Dziś jest 22.10.2020

Imieniny obchodzą Halka, Kordian, Kordelia, Abercjusz

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

Denali, śnieżna bestia z koła podbiegunowego

Autor: Ola Bielecka

Data publikacji: 31.01.2014 14:00

Liczba odwiedzin: 3676

Tagi: ameryka północna, alaska, denali, mckinley, talkeetna, góry, ola bielecka, relacje. góry relacje z podróży

Relacja z zakończonej sukcesem, choć niepozbawionej przeszkód, wyprawy na najwyższy szczyt Ameryki Północnej będący zarazem jednym z trudniejszych w Koronie Ziemi.

Talkeetna Air Taxi welcomes you aboard

Na Alasce rozmiar ma znaczenie. Wszystko jest większe, groźniejsze i bardziej dzikie. Wypchany grizzly w hali lotniska, tak duży, że można pomylić go z rekonstrukcją niedźwiedzia jaskiniowego, zdjęcia w korytarzu prowadzącym do wyjścia przedstawiające leśne ostępy, rwące rzeki i dziką zwierzynę, a po wyjściu z budynku, pasmo górskie ciągnące się na horyzoncie Anchorage. Miasto, cywilizacja, a zaledwie pół godziny samochodem od centrum można zniknąć w leśnej głuszy.

Widok na Denali z kokpitu awionetki
 
Widok na Denali z kokpitu awionetki
fot. Ola Bielecka

Mój cel był jasno określony. Szczyt Denali (6194 m n.p.m.).
Musiałam tylko dostać się do Talkeetny. Maleńkiego miasteczka, w którym od ponad piętnastu lat funkcję burmistrza sprawuje kot Stubbs, na co dzień urzędujący w jedynym sklepie jaki miasteczko posiada i jednocześnie z miejsca, z którego regularnie odbywają się loty na lodowiec Kahiltna u podnóża Denali.

Jedyny sklep w Talkeetnie i jednocześnie siedziba burmistrza :)
 
Jedyny sklep w Talkeetnie i jednocześnie siedziba burmistrza :)
fot. Ola Bielecka

Podróżowanie po Alasce nie jest proste, o ile nie ma się do dyspozycji samochodu. Komunikacja autobusowa i pociągowa jest raczej marna, zupełnie jakby istniała dla samego istnienia i nikt tak naprawdę z niej nie korzystał. Po całym dniu szukania transportu dowiedziałam się, że nazajutrz do Talkeetny jedzie autobus. Zdecydowałam. Wyruszam następnego dnia. Taka okazja mogła się długo nie trafić.

Autobus był wygodny, a kierowca w czasie jazdy opowiadał przez mikrofon anegdoty o Alasce. Mój entuzjazm opadł kiedy gdzieś pomiędzy historią o dwumetrowym łososiu i sześciometrowym grizzly, usłyszałam, że ów autobus kończy trasę w Talkeetna Lodge, luksusowym górskim hotelu położonym kilka kilometrów od samego miasteczka. Co oczywiste Talketna Lodge nie była miejscem, w którym miałam zarezerwowany nocleg. Wszyscy, którzy nie zamierzali zatrzymywać się w hotelu musieli wyruszyć do centrum na piechotę. Łącznie ze mną i moim trzydziestokilogramowym plecakiem.

Trasa wiodąca na szczyt
 
Trasa wiodąca na szczyt
fot. Ola Bielecka

„Pakuj graty i lecimy!” Usłyszałam następnego dnia od pilota Talkeetna Air Taxi. Jak to? Już? Takie ładne słońce, chciałam chwilę odpocząć po podróży, przepakować się...

„Właśnie dlatego, że jest słońce. To nie zdarza się tu często, nawet latem. Taka pogoda to prawdziwa gratka i trzeba z niej korzystać póki się da.” Wtedy jeszcze nie dowierzałam, ale już następnego dnia, kiedy pogoda popsuła się na tyle, że samoloty przestały lądować na lodowcu przez kolejny tydzień, uwierzyłam.

Zostało jeszcze tylko to, co musi zrobić każdy wspinacz, zarejestrować się w Parku Narodowym. Procedura jest prosta, polega na wypełnieniu formularza i rozmowie ze strażnikiem parkowym, który pokazuje krótką prezentację przedstawiającą trasę wejścia, obozy, niebezpieczeństwa i zagrożenia. Wiedza w pigułce.

Statystyki górskie
 
Statystyki górskie
fot. Ola Bielecka

Samolot miękko usiadł na lodowcu. W bazie stało rozbitych kilka kolorowych namiotów otoczonych włóczniami traserów znaczących miejsca gdzie inni zakopali swoje depozyty. Zakopaliśmy więc swój i nasz mały, dwuosobowy zespół ruszył w trasę do pierwszego obozu.

Into the wild

Szczyt postanowiliśmy zdobywać „z marszu”. Niecałe dwa tygodnie przed przylotem na Alaskę byliśmy w Nepalu na wysokości ponad 6000 m, więc liczyliśmy na pozostałości aklimatyzacji. W tym akurat się nie pomyliliśmy, jednak wyjście w trasę o 10 rano było dużym błędem. Słońce było wysoko, a lodowiec zwyczajnie topił się pod stopami. Szczeliny, i tak już ogromne, otwierały się jeszcze bardziej. Wyglądały jak olbrzymie kratery ziejące pustką i chłodem.

Rozładunek na lodowcu
 
Rozładunek na lodowcu
fot. Ola Bielecka

Odcinek z bazy do obozu pierwszego usiany jest szczelinami. Jest ich tak dużo, że niekiedy trzeba nadkładać spory kawałek drogi, by móc je ominąć. Były momenty, że w mokrym śniegu zapadaliśmy się po uda. Serce podskakiwało do gardła przy każdym kolejnym kroku. Wpadnięcie do którejś ze szczelin wydawało się jedynie kwestią czasu. Chcieliśmy wyjść z bazy jak najszybciej, ale to był ewidentny błąd.

O tej porze roku na Alasce trwa dzień polarny. Trasę lepiej pokonywać wcześnie rano lub startować jeszcze w nocy. Jest całkiem jasno, a na pewno dużo bezpieczniej poruszać się po zmrożonym śniegu. Minusem tego rozwiązania jest niska temperatura. Słońce co prawda nie zachodzi, ale chowa się za szczytami, które na lodowiec rzucają cień, a temperatura znacznie spada.

Czas na sanki

Obóz drugi rozbiliśmy w miejscu, w którym widniały ślady po wcześniejszym obozowisku. Oprócz nas nie było tam nikogo. Zastanawialiśmy się, czy to na pewno właściwe miejsce i czy paręset metrów dalej nie znajduje się „prawdziwy” obóz pełen namiotów i ludzi. Zdecydowaliśmy jednak, że to miejsce dobre jak każde inne i nie ma co szukać dalej. Noc w obozie drugim przyniosła dywagacje na temat sanek – stałego elementu w wyposażeniu każdego wspinacza.

To najbardziej znienawidzony przedmiot wszystkich, którzy udają się na szczyt. No może oprócz obowiązkowego wiaderka do wypróżniania. Jeśli wcześniej nie miało się do czynienia z sankami, to wypracowanie metody posługiwania się nimi zajmuje trochę czasu. Mnie zajęło dokładnie 15 dni, o jeden mniej niż cała wyprawa. Pomiędzy obozami spotkać można ludzi, którzy dzielą się na kilka grup. Kopiących z wściekłością swoje sanki, które właśnie po raz kolejny wywróciły się na bok, krzyczących na swoje sanki w zrozumiałym tylko sobie języku, siedzących na swoich sankach z wyrazem twarzy mówiącym: „poddałem się” lub tych, którzy wykorzystują je do sprawniejszego transportu swoich rzeczy. Tych widzi się rzadko.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że sanki nie są sporym ułatwieniem. Dzięki nim można zabrać dwa razy tyle rzeczy, niż zdołałoby się udźwignąć na plecach, ale okiełznać je to prawdziwa sztuka. Kiedy jest z górki, sanki wjeżdżają z impetem w nogi, uderzają w łydki i podcinają tak, że traci się równowagę. Na podejściu przy każdym zatrzymaniu, szarpią do tyłu, przewracają się na boki, nie dają utrzymać w torze marszu. Dochodzi do tego sztuka w miarę szybkiego i bezproblemowego ich rozpakowywania i zapakowywania. Zdecydowanie wskazane byłoby szkolenie z używania sanek przed wyruszeniem na lodowiec.

Dwa trawersy

Najtrudniejszym technicznie odcinkiem jest droga z obozu czwartego do piątki. Na podejściu znajduje się stromy odcinek z linami poręczowymi, a tuż za nim rozpoczyna się wiodący prawie do samego obozu trawers grani. Jest stromo, a dokładając do tego silne podmuchy wiatru, robi się niebezpiecznie. Śnieg wywiewany jest stąd bardzo szybko odsłaniając grubą warstwę lodu przyklejoną do niemal pionowych skalnych ścian. To jeden z bardziej męczących odcinków, głównie z powodu konieczności ciągłej koncentracji na każdym kroku.

Obóz trzeci
 
Obóz trzeci
fot. Ola Bielecka

Trawersem rozpoczyna się też droga na szczyt. Ten jednak jest łagodny i praktycznie bezwietrzny. To ważne, bowiem tuż za załomem kończącym trawers wspinacze wychodzą na otwartą przestrzeń, na której szaleje wichura. To Przełęcz Denali. Wieje tu z taką siłą, że odłamki lodu i pokruszonych skał niesione wiatrem zostawiają rysy na goglach i okularach. Droga na szczyt jest długa, żmudna i bardzo męcząca. Przed wiatrem nie ma ucieczki. Wdziera się przez każde, najgrubsze nawet ubranie. Nie wolno się zatrzymać, ale rozrzedzone powietrze nie pozwala na szybki marsz. Nie ma się gdzie schować, nie ma gdzie odpocząć. To lodowe pustkowie, w którym nie ma niczego, co mogłoby sprzyjać człowiekowi.

Ze względu na swoje położenie geograficzne, Denali zaliczany jest do grona szczytów o najbardziej nieprzyjaznych warunkach na ziemi. Temperatura może spadać tu do minus 50 stopni, a huraganowe wiatry zwalają z nóg. Zawartość tlenu w powietrzu odpowiada szczytom o dużo większych wysokościach, za to położonych bliżej równika. Połowa masywu pokryta jest warstwą lodowo-śnieżną o grubości kilkuset metrów. Nie dziwi więc fakt, że tak niewielu z tych, którzy wyruszają, by zdobyć szczyt się to udaje i że każdego roku góra pochłania wiele ofiar.

Wspinacze zmierzający do obozu czwartego
 
Wspinacze zmierzający do obozu czwartego
fot. Ola Bielecka


Droga na szczyt

Football field to ogromny połać płaskiego terenu, z którego po raz pierwszy oczom wspinaczy ukazuje się wierzchołek Denali. Pokonanie śnieżnego pola jest frustrujące. Choć praktycznie płaskie, nie powoduje że można przyspieszyć kroku. Wysokość jest zabójcza. Ilość tlenu odpowiada 42% na poziomie morza. Kolejne metry pokonuje się w tempie: jeden krok, pięć oddechów, jeden krok, dziesięć oddechów. Stąd droga wznosi się na ostatnią prostą, trawers prowadzący na sam wierzchołek.

Byłam wycieńczona. Przed ostatnim podejściem, ostatkiem sił zrzuciłam plecak i usiadłam na nim, aby odpocząć. Było mi zimno tak bardzo, że trzęsły mi się ręce. Do głowy przychodziły różne myśli. Zawrócić? Próbować? Chciałam, żeby to już się skończyło, żeby skończyła się walka o każdy metr, przeszywające igiełki zimna, które rozsadzały płuca z każdym oddechem i zmęczenie, które powodowało, że zamykały mi się powieki gdy przystawałam na zaledwie kilka sekund.

Siedziałam na plecaku próbując skupić się na własnych myślach kiedy zauważyłam poruszające się szybko dwa czarne punkty. Dwaj wspinacze. Schodzili ze szczytu, szli dziarsko, bez przystanków. Zatrzymali się dopiero tuż obok mnie. Zaczęli rozmawiać nie spoglądając w moją stronę. Półprzytomna nie rozumiałam nawet w jakim mówili języku. W tym momencie jeden z nich zwrócił na mnie uwagę, odwrócił się i zaproponował kubek gorącej kawy z termosu. Było co najmniej minus 40, a on podawał mi kubek gołą ręką, bez rękawic! Drugi skinął mi głową, dopalał papierosa. Papierosa! Trzymał go między palcami, a na dłoniach tak jak ten drugi, nie miał rękawiczek. Wciąż trzęsłam się z zimna. Patrzyłam na nich jak zahipnotyzowana. Dwa cyborgi. Śnieżne mutanty. Zaczęli pakować rzeczy. Oddałam pusty kubek.

– Skąd jesteście panowie? – wydusiłam resztką sił jaka została mi na mówienie. – Z Archangielska – odpowiedzieli.

Baza
 
Baza
fot. Ola Bielecka

Grań szczytową pokonywałam rozmyślając, że pewnego dnia odwiedzę Archangielsk. Pomimo tego, że do szczytu zostało tak niewiele, wysiłek był coraz większy. Wcale nie przybywało mi energii. Wręcz przeciwnie, dystans zdawał się nie zmniejszać, a szczyt nie przybliżać ani o metr. Kiedy tam dotarłam praktycznie zawróciłam w miejscu i zaczęłam schodzić. Nie miałam ze sobą nic, nawet aparatu. Plecak zostawiłam pod granią, żeby odciążyć się maksymalnie i zwiększyć szanse na wejście. Atak szczytowy zajął mi 14 godzin. Po dotarciu do obozu padłam na śnieg i długo leżałam przed namiotem. Jeszcze nigdy nie byłam tak zmęczona.

Uwięzieni w bazie

To było najszybsze zejście z gór, jakie kiedykolwiek mi się przytrafiło. Bez zbędnego ociągania się, bez zwłoki. Myślałam tylko o jednym, żeby jak najszybciej znaleźć się na dole. W jeden dzień zeszliśmy do obozu czwartego, a drugiego dnia do jedynki. Nie mieliśmy siły ciągnąć się od razu do bazy, więc zostaliśmy w jedynce na noc. Nazajutrz był jeden z najcieplejszych dni. Chmury wisiały nisko jak nigdy. Ich gruba warstwa zatrzymywała ciepło przy ziemi powodując duchotę.

Trasa do bazy ciągnęła się w nieskończoność. Nad głową, nisko nad chmurami słyszałam warkot silników latających na lodowiec awionetek. Kiedy dotarliśmy do celu, okazało się, że na samolot czeka już grupa Koreańczyków. Było ich niewielu, więc znaleźliśmy swoje miejsce w kolejce. Jednak w ciągu następnej godziny dotarło ich do bazy jeszcze więcej. Zwrócili się do nas z błagalną prośbą, abyśmy pozwolili im polecieć jednym samolotem. Zgodziliśmy się.

Wdzięczna nam grupa Koreańczyków odleciała, jak się potem okazało, ostatnim samolotem tego dnia. I ostatnim jaki odleciał przez następne dwa tygodnie. Pogoda pogorszyła się na tyle, że wylot z lodowca stał się niemożliwy. Przeklinaliśmy ten dzień i Koreańczyków.

I tak minęły dwa tygodnie, w czasie których każdy dzień wyglądał tak samo. Rano pakowaliśmy cały sprzęt do plecaków, zwijaliśmy namiot, a z nim wszystkie graty. Na wierzchu zostawialiśmy tylko menażki, aby móc coś w ciągu dnia ugotować. Potem siadaliśmy na spakowanych plecakach i patrzyliśmy w niebo. Czekaliśmy. Mijała godzina za godziną, a my siedzieliśmy tak aż do wieczora. Wtedy przychodziła dziewczyna opiekująca się bazą i oznajmiała, że dziś już nic nie przyleci.

W czasie tych dwóch tygodni do bazy zeszła prawie setka ludzi. Tłoczyli się coraz bardziej. Zaczęło brakować miejsca na namioty. Widząc to cieszyłam się, że to my jesteśmy pierwsi w kolejce na pierwszy samolot, jaki będzie mógł przylecieć.

Po tygodniu i stale przybywającej liczbie wspinaczy w bazie zaczęło robić się nerwowo. Dochodziło do bójek, gdy nagle stawało się niejasnem, kto jest pierwszy w koleje do samolotu, były próby przekupienia dziewczyny zarządzającej bazą i listą lotów. Trzeba było być czujnym. Cały dzień kręciłam się wokół namiotu bazowego, tak by w każdej chwili móc zainterweniować, gdyby tylko ktoś chciał poddać w wątpliwość moje pierwszeństwo na liście wylotowej.

W starym składziku znalazłam zostawioną przez kogoś lemoniadę w proszku i jakiś garnek. Od tamtej pory całe dnie spędzałam na topieniu śniegu i przygotowywaniu lemoniadę dla kolejnych wspinaczy, którzy każdego dnia docierali do bazy. Tak zostałam „lemonade girl”.

Po dwóch tygodniach chmury trochę zrzedły, ale wciąż nie było idealnych warunków do opuszczenia bazy. Pojawił się jednak cień nadziei. Dostaliśmy komunikat z Talkeetny. Jeden z pilotów zdecydował się polecieć. Czekaliśmy na niego długo, aż wreszcie na horyzoncie pojawił się maleńki czerwony punkcik, a już za chwilę awionetka stała obok nas.

– Nie wystartuję – powiedział pilot, otrzepując podeszwę buta o płozę samolotu. – Śnieg jest za miękki, samolot się zapada. Zrobiło mi się w tym momencie gorąco. – Musicie zrobić pas startowy.

Jak na komendę ponad sto osób założyło na nogi narty, rakiety śnieżne lub co kto miał i przez godzinę maszerowało kawalkadą, ramię przy ramieniu udeptując śnieg. Tak właśnie wspólnymi siłami zrobiliśmy tego dnia pas startowy dla awionetki na lodowcu Kahiltna.

Kilkanaście minut później wzbijałam się w powietrze. Chmury wisiały tak nisko, że musieliśmy lecieć tuż nad granią, co z kolei powodowało niebezpieczeństwo zahaczenia o ośnieżone szczyty. W słuchawkach słyszałam głośne i przeciągłe „Pull up, pull up”. Ale jedyne co się wtedy liczyło, to że lecimy. Już po chwili biel pode mną zastąpiła zieleń gęstwiny alaskańskich lasów. Odetchnęłam głęboko, tak bardzo brakowało mi tego widoku.

Obóz czwarty
 
Obóz czwarty
fot. Ola Bielecka


Przydatne informacje

Jest ich zdecydowanie za dużo, by wymienić wszystkie, więc tylko kilka dotyczących samego tekstu.

Sanki. Dobrze jest wcześniej poczytać i przemyśleć jak ich używać. Warto nauczyć się kilku patentów, na przykład jak szybko je zapakowywać i rozpakowywać, tu przydają się bardzo lekkie, nieprzemakalne worki w różnych rozmiarach. Warto pomyśleć o zrobieniu hamulca dla sanek, np. z linki z zawiązanymi węzłami.

Ponieważ lodowiec jest bardzo niebezpieczny, koniecznością jest umiejętność wychodzenia ze szczeliny i wyciągania z niej partnera.

Na lodowiec latają dwie linie: K2 i Talkeetna Air Taxi. Tylko TAT dysponuje nawigacją, która umożliwia latanie w chmurach, warto więc to ich wybrać.

Jeśli ktoś zamierza po zakończonej wspinaczce pozwiedzać Alaskę, warto wynająć samochód. Najlepiej zrobić to przez stronę internetową, jest dużo taniej niż na miejscu w punkcie wynajmu.
W gazetach trzeba szukać kuponów rabatowych. Amerykanie są ich fanami, a czasem trafiają się perełki. Ja znalazłam 50% zniżkę na lot na lodowiec.

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • Następna »

Komentarze (2)

  • Stefan (gość)

    Stefan (gość)

    07.02.14, 07:43

    Olu, jak dałaś radę upakować tyle cennych i wspaniałych przeżyć w Twoje życie!? Podziwiam Cię. Buziaki

    Zgłoś

  • Piotr Kos (gość)

    Piotr Kos (gość)

    07.02.14, 00:37

    Piękna historia Olu. Po przeczytaniu tego artykułu mój podziw dla Ciebie wzrósł bardzo. Troszeczkę podobną przygodę ( podkreślam troszeczkę ) przeżyłem na lotnisku w Lukli. Z powodu złej pogody na wylot czekałem tydzień. Ale gdzie mi tam do Ciebie. Dwa tygodnie w śniegu, mrozie na takim odludziu. Szacun.

    Zgłoś


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyprawy pod patronatem Etraveler.pl

  • Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Autor: Źródło: materiały promocyjne

    Data publikacji: 25.03.2015 09:20

    Liczba odwiedzin: 3405

    Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza Równoleżnik Zero, który odbędzie się w dniach 9-11 kwietnia 2015 r. w Mediatece (Pl. Teatralny 5) i Bibliotece Turystycznej (ul.Szewska 78) to wydarzenie skierowane do osób pragnących poczuć klimat podróżowania oraz wspaniała okazja do spotkania z podróżnikami i autorami książek. Tegoroczna edycja będzie poświęcona krajom Ameryki Północnej i Środkowej. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 02.03.2015 10:11

    Liczba odwiedzin: 3381

    Pięcioletnia podróż Pawła Kilena w poszukiwaniu przygody i spełnienia marzeń. Z lekkim zarysem planu i z bardzo małym budżetem. Udowadnia wszystkim, a przede wszystkim sobie, że powiedzenie „Chcieć, to móc” nie jest fikcją. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • WyCHILEoutowana

    WyCHILEoutowana

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.09.2014 12:38

    Liczba odwiedzin: 9058

    „Nigdzie indziej na świecie nie ma tylu Niemców, którzy mówią po hiszpańsku i czczą bohatera narodowego o nazwisku O’Higgins”. Właśnie ta, zasłyszana wieki temu opinia na temat Chile pchnęła moje zainteresowania w kierunku owego chudego jak patyk kraju. Choć od tamtego czasu minęło już wiele lat, ciekawość pozostała, ale decyzja o wyjeździe zapadła dopiero niedawno. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka południowa, chile, patagonia

  • Czas na debiut – Strefa Darien

    Czas na debiut – Strefa Darien

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 25.09.2014 10:24

    Liczba odwiedzin: 5010

    Książka Michała Zielińskiego to osobisty zapis wrażeń z wyprawy do jednego z najmniej uczęszczanych rejonów świata – południowoamerykańskiej selvy, czyli dżungli. »

    Tagi: patronat medialny

  • Kurs na Indonezję

    Kurs na Indonezję

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 19.09.2014 09:47

    Liczba odwiedzin: 5889

    Karolina i Bartek, para młodych inżynierów z Krakowa i autorów bloga Kurs na Wschód, wkrótce rusza w kolejną podróż. Tym razem zamierzają odwiedzić Indonezję, przyjmując za cel nie tylko relaks pod palmami, ale także zebranie sporej ilości materiału reporterskiego, który ma czytelnikom ich bloga pokazać azjatycki kraj od podszewki. Karolina i Bartek obierają kurs na Indonezję! »

    Tagi: patronat medialny, azja, indonezja

  • 8000 km Across Canada

    8000 km Across Canada

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 01.08.2014 16:09

    Liczba odwiedzin: 5606

    Czy można pokonać pieszo dystans 8000 km w ciągu 8 miesięcy, samotnie, bez większego wsparcia z zewnątrz, mierząc się z różnorodnymi warunkami klimatycznymi oraz terenowymi? Można, trzeba mieć tylko jasno określony cel. A taki z pewnością przyświeca Jakubowi Mudzie, który wraz z początkiem stycznia 2015 roku wybiera się w pieszą wyprawę 8000 km Across Canada, od wybrzeża Pacyfiku aż po Atlantyk. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka północna, kanada

  • 850 km, by znaleźć dom

    850 km, by znaleźć dom

    Autor: Anna Kaca

    Data publikacji: 16.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 5347

    W tegoroczne wakacje razem z moim czworonogiem pokonam pieszo 800 km, promując adopcje psów aktywnych. Od Karkonoszy po Bieszczady będę prezentować ludziom dwa bardzo aktywne psy, które od wielu lat nie potrafią znaleźć domu. Pokaże również, że wakacje można spędzać ze swoim czworonogiem w fajny dla obu stron sposób. »

    Tagi: patronat medialny

  • Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Autor: Archeolodzy w podróży

    Data publikacji: 11.07.2014 12:45

    Liczba odwiedzin: 4150

    Minął ponad rok, odkąd grupa archeologów i jeden grafik zdecydowali się na podróż swojego życia, odwiesiła na jakiś czas pracę i studia i wyruszyła do Rosji. Teraz, projekt „Archeolodzy w Podróży” odżywa – w nieco zmienionym składzie (więcej info tutaj: http://archeolodzywpodrozy.blogspot.com/p/o-nas.html) ruszamy tym razem na północ! »

    Tagi: europa, norwegia, skandynawia, patronat medialny

  • Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Autor: Tomasz Korgol

    Data publikacji: 01.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 4046

    Celem mojej najbliższej wyprawy jest Nepal. Trasa wiedzie z Wrocławia przez Węgry, Bułgarię, Rumunię, Turcję, Gruzję, Armenię, Irak (Kurdystan), Iran, Pakistan, Indie, Nepal. Łącznie 15 tysięcy kilometrów, samotnie, autostopem. Wyprawa jest częścią projektu pod nazwą ,,Z uśmiechem na (Bliski) Wschód”. »

    Tagi: patronat medialny, azja, indie, nepal

  • Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 30.05.2014 11:39

    Liczba odwiedzin: 3685

    W trakcie minionego I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej, któremu patronował między innymi portal Etraveler.pl, słuchacze mieli okazję nie tylko przenieść się w odległe i niezwykle różnorodne części świata, ale i dostali spory zastrzyk inspiracji, po którym na pewno niełatwo będzie wysiedzieć w domu. »

    Tagi: europa, polska, patronat medialny

  • Gobi Expedition 2014

    Gobi Expedition 2014

    Autor: Łukasz Kraka-Ćwikliński

    Data publikacji: 26.05.2014 16:34

    Liczba odwiedzin: 3815

    Wyprawa przez drugą co do wielkości pustynię na świecie zbliża się wielkimi krokami. Do jej rozpoczęcia zostały niespełna dwa miesiące, co sprawia, że jest to dobry moment, by przypomnieć zainteresowanym, na czym polega jej wyjątkowość. »

    Tagi: azja, mongolia, gobi, patronat medialny

  • Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.05.2014 15:10

    Liczba odwiedzin: 3137

    Już w najbliższy piątek (30.05.) rusza w Lublinie Festiwal Podróżniczy u Przyrodników. W programie znalazły się slajdowiska z całego świata: Kolumbia, Antarktyda, Portugalia, Niemcy, Słowenia, Chorwacja) oraz z Polski (Opolszczyzna i Białowieski Park Narodowy). Ideą Festiwalu jest ukazanie piękna i bogactwa przyrody w skrajnie różnych rejonach świata. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Bałkany Trip 2014

    Bałkany Trip 2014

    Autor: BusTrip into the Wild

    Data publikacji: 12.05.2014 09:20

    Liczba odwiedzin: 15665

    Jak opisać w kilku słowach projekt BusTrip Into The Wild? 26-letni volkswagen T3, siedmioro podróżników i 12 krajów, które chcemy odwiedzić w trzy tygodnie, jak najmniejszym kosztem. »

    Tagi: patronat medialny, europa

  • I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 28.04.2014 10:02

    Liczba odwiedzin: 24285

    Już 23 i 24 maja rusza w Środzie Wielkopolskiej pierwszy Festiwal Podróżniczy organizowany przez Klub Szalonego Podróżnika. Dwa dni festiwalowe będą składać się z prezentacji prelegentów o „Statuetkę Klubu Szalonego Podróżnika” za najlepszą prezentację podróżniczą, prezentacji filmów oraz relacji podróżniczych zaproszonych gości specjalnych. Poza tym na każdego z uczestników czekają liczne konkursy i atrakcje festiwalowe. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • 4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    Autor: Joanna Maślankowska i Adam Wnuk

    Data publikacji: 15.04.2014 11:35

    Liczba odwiedzin: 4077

    1 miesiąc, 2 autostopowiczów i 4 żywioły do pokonania. Podczas miesięcznej wyprawy zasmakujemy dań gotowanych w rozgrzanej ziemi, wykąpiemy się w najwspanialszych wodospadach Europy, staniemy na skraju dwóch ogromnych płyt tektonicznych jednocześnie i (mam nadzieję) nie zostaniemy porwani razem z namiotem przez niezwykle silne wiatry. Wszystko to z dobytkiem na plecach i wyciągniętym w górę kciukiem. »

    Tagi: patronat medialny, europa, islandia

  • I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 21.03.2014 14:44

    Liczba odwiedzin: 39351

    24 maja 2014 r. w Ośrodku Kultury w Środzie Wielkopolskiej w ramach Średzkich Sejmików Kultury 2014 odbędzie się I Festiwal Podróżniczy zorganizowany przez poznański Klub Szalonego Podróżnika. W ramach Festiwalu przewidziane są przede wszystkim prelekcje podróżnicze, slajdowiska, dyskusje i spotkania z podróżnikami. Prelegenci przedstawią swoje dotychczasowe podróże po różnych regionach świata i opowiedzą związane z nimi historie, przygody i wrażenia. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • Następna »

Spotkania i imprezy podróżnicze