Dziś jest 16.02.2019

Imieniny obchodzą Danuta, Julianna, Daniel, Bernard

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

8,5 kg, 7,5 tygodnia, 6 krajów, 1 kciuk

Autor: Magda Bębenek

Data publikacji: 16.10.2012 01:29

Liczba odwiedzin: 11749

Tagi: europa, hiszpania, islandia, francja, relacje, autostop, podróżnicze hardkory, turystyka autostopowa, autostop relacje z podróży

5000 km złapanych i 7300 km przelecianych. Początkowo planowany pobyt na Islandii przemienia się w 7,5 tygodni podróży, z dwóch krajów stopowych robi się sześć. Tylko waga bagażu podręcznego, z którym jeżdżę, i ilość kciuków, dzięki którym jeżdżę, pozostają bez zmian.

Auto-co?, czyli z czym to się je

W moim słowniku autostop to: sposób na przemieszczanie się z punktu A do B (ponad 3200 km na Islandii, około 5000 km cała podróż); poznawanie „lokalesów” i niejednokrotnie niezwykle edukacyjne rozmowy na temat kraju, jego kultury i historii; oszczędność pieniędzy, a tym samym przedłużanie przyjemności podróżowania (w trakcie 3,5-tygodniowego pobytu na Islandii wydałam 0 zł na transport);

Autostop w takich okolicznościach przyrody to sama przyjemność.Zagubiona z plecakiem gdzieś pomiędzy islandzkimi fiordami.
 
Autostop w takich okolicznościach przyrody to sama przyjemność.Zagubiona z plecakiem gdzieś pomiędzy islandzkimi fiordami.
fot. Magda Bębenek


Zwiedzanie bez przewodników – często dociera się w miejsca, do których inaczej się nie dotrze; wyjście na spotkanie przygodzie – nigdy nie wiesz, co i kto na ciebie czeka za kolejnym zakrętem (część ze zdjęć przy wodospadzie Skogarfoss zrobiła mi osobista fotograf księżniczki Omanu). Ale przede wszystkim, autostop to dla mnie ludzie i związane z nimi historie, o czym poniżej.

Stopobranie, czyli jak najlepiej złapać stopa

Tego nie wie nikt.

Czasem trzeba zdobyć się na odrobinę kreatywności.Opuszczając Dalvik po festiwalu rybnym na północy Islandii.
 
Czasem trzeba zdobyć się na odrobinę kreatywności.Opuszczając Dalvik po festiwalu rybnym na północy Islandii.
fot. Magda Bębenek



W Anglii, Francji i Polsce zagaduję kierowców na lotniskach, stacjach benzynowych i przy zajazdach. Na Islandii, we Francji, w Niemczech i w Polsce stoję przy poboczu drogi, uśmiecham się najszerzej jak mogę i prężnie wyciągam kciuk. Na Islandii, we Francji i w Niemczech stoję z kawałkiem kartonu (dziwnym trafem zazwyczaj pochodzącym z opakowania po płatkach śniadaniowych), na którym wypisaną mam nazwę miejsca, do którego chcę się udać.

Nie często udaje się złapać na stopa autobus!Opuściwszy Akureyri, północ Islandii.
 
Nie często udaje się złapać na stopa autobus!Opuściwszy Akureyri, północ Islandii.
fot. Magda Bębenek



W Hiszpanii, cóż – w Hiszpanii wsiadam w autobus.

Stopem z lotniska, czyli interesujące początki

Nie wszędzie mogę lub chcę dojechać stopem, więc potrzebnych jest kilka lotów: Londyn, Rejkiawik, Carcassonne, Magdeburg. Położenie podmiejskich lotnisk i parkingów się zmienia, mnie jednak niezmiennie od razu po wylądowaniu odszukać można przed budynkiem, gdzie próbuję znaleźć przychylnych kierowców. Z Gatwick do 5. strefy Londynu podrzuca mnie Damian, który w wyniku nieoczekiwanego zbiegu wydarzeń przyjeżdża po mnie również wtedy, gdy wracam z Islandii, a do tego oferuje nocleg i następnego dnia odwozi na Luton.

Z Keflaviku do Mosfellsbaer spotykam roześmianą parę znajomych, którzy wiozą mnie i Antoine (znajomego Francuza, z którym jeżdżę po Islandii), gubiąc się przy tym strasznie i cierpliwie dzwoniąc do oczekujących nas gospodarzy.

Z Carcassonne do Montpellier m.in. podstarzałego rosyjskiego kierowcę tira, który sprawia, że czuję się bardzo niekomfortowo, a mimo to chwilę później specjalnie dla mnie zjeżdża z autostrady i na pożegnanie wciska mi kiść przewożonych bananów; i młodego studenta w rozklekotanym Peugeot, który wysadza mnie w samym centrum miasta i z uśmiechem na twarzy życzy Bonne chance!

Z Magdeburga do Frankfurtu nad Odrą tzw. stop na zamówienie – lądujemy późno, więc przyjeżdża po nas ojciec Pauli, kumpeli, z którą jeżdżę po południu Francji i północy Hiszpanii.

Islandia, czyli raj dla autostopowicza


Pierwszym punktem programu podróży jest miesiąc autostopu i spania na dziko na Islandii – magicznej i, jak dla mnie, mistycznej wyspie.

Pełna wulkanów i kraterów, na które chętnie się wspinam; lawy, między której formacjami hasam podobnie do członków załogi przygotowującej się do lotu na Marsa; naturalnych gorących źródeł, w których zmarznięta po deszczu i wielogodzinnej wędrówce przy świetle gwiazd objadam się islandzkim chlebkiem, camembertem i czekoladą; lodowców, na których gotuję żurek i stawiam pierwsze kroki w rakach;

W końcu dotarłam na lodowiec, i to nie byle jaki - największy w Europie!Vatnajokull, Islandia.
 
W końcu dotarłam na lodowiec, i to nie byle jaki - największy w Europie!Vatnajokull, Islandia.
fot. Magda Bębenek

kierowców, którzy chętnie biorą autostopowiczów nawet, jeśli nie znają żadnego języka obcego. I to właśnie ci kierowcy, przyznaję bez bicia, niesamowicie mnie rozpieścili.

Islandia znana jest z tego, że łatwo tam złapać okazję. Powodów jest kilka: jest to kraj bardzo bezpieczny, więc ludzie nie widzą w zabieraniu podróżujących aż takiego zagrożenia, jak np. w Polsce; żyje tu niecałe 320 tys. osób rozproszonych na wyspie o powierzchni 103 tys. km kwadratowych i zdają sobie sprawę, że w niektórych miejscach kolejny samochód za szybko się nie pojawi; co roku jest tu mnóstwo turystów, którzy wypożyczają samochody i udają się w poszukiwaniu najpiękniejszych zakątków tutejszych fiordów, chętnie pomagając w tym mniej zamożnym podróżnikom; no i w końcu Þjóðvegur 1, czyli droga numer 1 – główna jednopasmowa obwodnica wyspy, dzięki której zawsze wiesz, gdzie jest wylotówka…

Isladzka idylla i najbardziej typowy krajobraz wybrzeża.
 
Isladzka idylla i najbardziej typowy krajobraz wybrzeża.
fot. Magda Bębenek



Icelandic challenge accepted!


Brak większych wcześniejszych doświadczeń autostopowych i wrodzona niecierpliwość sprawiają, że po upływie 10 minut, w trakcie których nie zatrzymuje się dla nas żaden kierowca, zaczynam marudzić Antoine’owi jak to już długo czekamy – on śmiejąc się serdecznie opowiada mi o sytuacjach, w których na podwózkę czekał po 4-5 godzin. Postanawiam udowodnić mu, że ze mną dłużej jak 15 minut czekać nie będzie! Nie udaje mi się bardzo rzadko.

Moje ulubione miasteczko zagubione we fiordach północno-zachodniej części wyspy.Szczególnie polecana kawiarnia z goframi belgijskimi i ręcznie ucieranym dżemem rabarbarowym.
 
Moje ulubione miasteczko zagubione we fiordach północno-zachodniej części wyspy.Szczególnie polecana kawiarnia z goframi belgijskimi i ręcznie ucieranym dżemem rabarbarowym.
fot. Magda Bębenek



Zazwyczaj mamy szczęście i bardzo szybko pojawiają się kolejne samochody, a w nich ciekawi kierowcy: trzy zwariowane Niemki, które nie powinny mieć prawa jazdy; businessman, który porzucił karierę w Rejkiawiku i przeprowadził się z rodziną na wybrzeże, gdzie kupili dom i teraz zarobkowo łowi ryby; para Włochów z lekkim przerażeniem w oczach w malutkim czerwonym 4x4 z popsutym sprzęgłem; właścicielka hostelu w malutkim miasteczku, która wychodzi z pracy, aby podwieźć nas na oddalone o kilka kilometrów pole z dostępem do wody pitnej, gdzie możemy się rozbić. Czasem, jak w Mosfellsbær, mamy duże szczęście – w przeciągu 5 minut zgarnia nas operator telewizji islandzkiej jadący dokładnie tam, gdzie chcemy: ponad 450 km na północ wyspy, gdzie w Dalvík odbywa się akurat coroczny festiwal rybny.

Chcących nauczyć się oprawy mięsa rekina zapraszam do Dalvik na coroczny  Fiskidagurinn Mikli.
 
Chcących nauczyć się oprawy mięsa rekina zapraszam do Dalvik na coroczny Fiskidagurinn Mikli.
fot. Magda Bębenek



Z czarnych plaż Vík luksusową terenówką dostajemy się pod sam camping stolicy, a podgrzewane skórzane siedzenia są cudną odmianą po zimnym namiocie, w którym co nocy przymarzam.

Na porządku tygodniowym, tak to ujmijmy, pojawiają się sytuacje chwytające za serce: zgarnia nas kawalkada kamperów, w której francuscy emeryci objeżdżają wyspę – rozbijamy się wszyscy nad małą rzeczułką nieopodal Holmavík i słuchając Boba Marleya pałaszujemy z Antoine'm nasze zupki chińskie, zagryzając je grzankami z foie gras i popijając winem, którym częstują nas nowi znajomi.

Francuski styl biesiadowania na islandzkim bezludziu.
 
Francuski styl biesiadowania na islandzkim bezludziu.
fot. Magda Bębenek



W drodze do Þingvellir podwozi nas niezwykle ciepła i otwarta para Islandczyków, która opowiada nam o domu opieki dla niepełnosprawnych, który udało im się zbudować z dotacji ludzi z całego kraju, w którym koniec końców lądujemy na lunch i opowieści o tym, jak wiele można zdziałać, jeśli tylko ma się chęć udzielania pomocy innym; w drodze do Olafsvík trafiamy na małżeństwo podróżujące z 12-letnią córką i dwoma słodkimi psiakami. Małżeństwo zamiast podwieźć nas tych początkowych 15 km spędza z nami ponad 7 godzin obwożąc nas po okolicy – podwożąc pod sam jęzor lodowca Snæfellsjökull, pokazując swoje rodzinne miejsce piknikowe ukryte między skałami pięknej plaży i zabierając do ulubionej kawiarni z widokiem na morską jaskinię.

Nasi przewodnicy po okolicach lodowca Snaefsjokull.
 
Nasi przewodnicy po okolicach lodowca Snaefsjokull.
fot. Magda Bębenek



Francja czyli cud, miód i bagietki


Z Islandii przez Londyn, i ponowne spotkanie z Damianem, trafiam na malutkie lotnisko w Carcassonne, skąd od razu udaję się do Montpellier – pełnego studenckiego luzu i francuskiej elegancji najszybciej rozwijającego się miasta kraju. Nawet wśród podróżników pokutuje opinia, że Francuzi są niesympatyczni i zamknięci na obcokrajowców, jednak ja z Paulą nigdy tego nie doświadczamy.

Przyznaję, że moja znajomość francuskiego może mieć tutaj znaczenie, jednak patrząc na to, jak starają się komunikować z kumpelą, która po francusku jedynie kawę na wynos umie zamówić (Un café à emporter svp – jest z tego bardzo dumna), opinia ta nadal wydaje mi się mocno przesadzona. W Montpellier, dokąd przylatuje Paula, spotykamy się z Michałem i Eweliną, którzy stopem jadą do nas z Barcelony (można powiedzieć, że przecierają nam szlaki!), również tu rozpoczyna się trwająca następne dwa tygodnie fascynacja połączeniem smaku serów kozich i miodu.

Który najlepiej smakuje polany miodem i schrupany ze świeżą bagietką?Na targu w Aix en Provence, Francja.
 
Który najlepiej smakuje polany miodem i schrupany ze świeżą bagietką?Na targu w Aix en Provence, Francja.
fot. Magda Bębenek



Spędzamy cudowny wieczór u hostów i rano ruszamy nad morze, jednak mając pod ręką bardzo tanie lokalne autobusy postanawiamy nie stopować – więcej czasu i pieniędzy pochłonęłoby dojechanie do punktu startowego niż podróż komunikacją na miejsce. Dojazd z nadmorskiego kurortu Le Grau du Roi, gdzie spędzamy noc ukryci w wydmach, do uroczego Aix en Provence rzeczywiście zajmuje nam relatywnie sporo czasu, ale to tak naprawdę jedyny tak kłopotliwy odcinek na francuskich drogach.

Plażowe losy backpackera i autostopowicza - w której wydmie śpimy?Le Grau du Roi, Francja
 
Plażowe losy backpackera i autostopowicza - w której wydmie śpimy?Le Grau du Roi, Francja
fot. Magda Bębenek


Okazuje się zresztą, że Aix było tego warte – jednodniowy pobyt szybko zamienia się w trzy dni: wspólne gotowanie i odkrywanie zawartości prowansalskich piekarni, łamańce językowe i długie rozmowy sprawiają, że mamy problem, żeby pożegnać się z naszymi gospodarzami. Tutaj również żegnamy się z moimi przyjaciółmi i, ponownie we dwie, ruszamy z Paulą do Avignon, którego średniowieczna architektura ukryta za potężnymi murami starego miasta natychmiast nas urzeka.

Urzekające i majestatyczne Avignon.
 
Urzekające i majestatyczne Avignon.
fot. Magda Bębenek



Niestety, pierwszego wieczora Paula ma mały wypadek i od następnego dnia porusza się o kulach, co daje nam jednak możliwość sprawdzenia, czy francuscy kierowcy są czuli na cierpienie innych…

Testujemy poziom współczucia wśród francuskich kierowców. Gdzieś w drodze do Tuluzy.
 
Testujemy poziom współczucia wśród francuskich kierowców. Gdzieś w drodze do Tuluzy.
fot. Magda Bębenek

Okazuje się, że z tą czułością jest umiarkowanie i przejechanie trochę ponad 380 km na zachód do Tuluzy zajmuje nam większość dnia. Na szczęście Paula zawsze ma ze sobą dobrą muzykę, więc usadawiamy się przy wyjazdach kolejnych stacji benzynowych i puszczamy największe przeboje lata, które w połączeniu z pięknym słońcem (prawie) pomagają nam zapomnieć, że 3 metry dalej licznymi pasami przelewa się morze samochodów, zamiast wód pobliskiego Morza Śródziemnego.

Hiszpania, czyli skąd odjeżdża najbliższy autobus

Z Tuluzy, stolicy europejskiego przemysłu lotniczego, która letnimi wieczorami pulsuje energią ludzi bawiących się w dziesiątkach klubów i pubów oraz biwakujących w grupkach znajomych nad Garonną, w której odbijają się tęcze świateł zdobiących liczne mosty, ruszamy dalej na południe, do intrygującej Barcelony.

Piękna Tuluza nocą, niezapomniana energia miasta i jego mieszkańców.
 
Piękna Tuluza nocą, niezapomniana energia miasta i jego mieszkańców.
fot. Magda Bębenek

Wielokrotnie słyszałam, że jeżdżenie stopem po Hiszpanii jest nie dość, że trudne, to i niebezpieczne. Cechą charakterystyczną tego rodzaju podróży miały być długi czas oczekiwania z jednej, i ogromna wylewność i szczodrość kierowców z drugiej strony. Do granicy hiszpańskiej jedzie nam się bardzo dobrze, udaje się nawet złapać na stopa Polkę, która okazuje się być koleżanką mojej znajomej z klasy z podstawówki, jakże by inaczej.

Wraz z dojazdem pod bramki graniczne kończy się jednak la vie est belle i zaczyna zmęczenie, które ogarnia człowieka po zbyt długim napromieniowaniu. Zdążymy zjeść lunch, pokręcić się wokół pobliskiej budki celnej, poczytać, popisać, potańczyć, a samochody nadal się nie będą zatrzymywać. Do czasu, gdy podjeżdża do nas minivan, a w nim dwóch starszych Hiszpanów. Patrzymy po sobie zdesperowane i oceniając ich jako bezbronnych, wsiadamy do z lekka zadymionego auta. Niebezpieczna ta podróż nie jest, ale trudna ze wszech miar – nasi kierowcy palą jak smoki i raczą nas niewybrednymi żartami, ja dodatkowo nienauczona Sycylią popełniam błąd zdejmując okulary przeciwsłoneczne i pokazując błękitne oczy, wyraźnie odbijające się od opalonej skóry. Paula, nie znając za bardzo hiszpańskiego, i tak przeczuwa, że atmosfera jest gęsta, i to bynajmniej nie z powodu dymu, jednak nie wie, jak bardzo niekomfortowo czuję się ja.

Te 250 km wydaje się ciągnąć w nieskończoność, jednak dojeżdżamy w końcu do małego miasteczka tuż za granicami katalońskiej stolicy, gdzie kierowcy wsadzają nas w metro. Jednak zanim nas skierują na dworzec, nie chcą nawet słyszeć o tym, żebyśmy nie zjadły i nie napiły się z nimi w pobliskiej tawernie. Wszelkie kolejne podróże po Costa Brava odbywamy autobusem.

Po hiszpańskich perypetiach stopowych pora na relaks na wybrzeżu.
 
Po hiszpańskich perypetiach stopowych pora na relaks na wybrzeżu.
fot. Magda Bębenek



Najgrubszą kreską zapisane w pamięci

Wszystkie z powyższych, ale gdzieś między nimi: oferta pracy w charakterze niani, jaką słyszę w drodze na farmę koni gdzieś w północnej Islandii, po tym jak kilka minut bawię się z małym synkiem prowadzącej samochód kobiety i wieczorna wycieczka do jej domu, żeby poznać całą rodzinę, a noc spędzić w rozbitym w ogródku namiocie; jeśli będziecie kiedyś musieli w drodze z Frankfurtu do Warszawy późnym popołudniem zahaczyć o centrum Poznania, żeby odebrać islandzki dżem dla waszej mamy, dopilnujcie, żeby znajomi odwieźli was w dobry punkt – łapanie stopa ze środka autostrady, gdzie kierowcy nie mają się jak zatrzymać, a Wy w ogarniającej panice wysyłacie swojemu tacie współrzędne miejsca, w którym się znajdujecie w oparciu o GPS w aparacie fotograficznym, żeby napisał jak długo i w którym kierunku maszerować do najbliższej stacji to nic ciekawego. Uwierzcie na słowo.

Hardokor czy nie?

Za każdym razem, gdy streszczam ludziom zeszłe lato, widzę w ich oczach przerażenie pomieszane z podziwem: miesiąc stopem i pod namiotem na Islandii, kolejny we Francji i Hiszpanii, a wszystko to z 8,5-kilogramowym bagażem podręcznym – brzmi hardkorowo.

Jednak kiedy by spojrzeć na taką podróż dzień po dniu, okaże się, że podobny wyjazd nie jest niczym nadzwyczajnym. Że przy pewnej dawce samozaparcia i motywacji oraz odpowiedniego know-how, każdy z nas może być podróżniczym hardkorem. Tego Wam życzę i do tego zachęcam!

Jeśli szukasz inspiracji, zapraszam do siebie!

Stopem każdy jeździć może, jeżdżę i ja!Rejkiawik, Islandia
 
Stopem każdy jeździć może, jeżdżę i ja!Rejkiawik, Islandia
fot. Magda Bębenek



Komentarze (21)

  • Amigoska (gość)

    Amigoska (gość)

    02.11.12, 16:00

    Magda, swietna historia :) Ja mialam okazje stopem tylko po Korsyce jezdzic, ale musze powiedziec, ze moja spisana opowiesc bardzo mi Twoja przypomina, hihi :)

    Zgłoś

  • Magu Bee (gość)

    Magu Bee (gość)

    28.10.12, 08:24

    Agat, Kasia P - nic prostszego! Obecnie mozna dostac bilety na Islandie w naprawde atrakcyjnej cenie, nawet z Warszawy. Wracam tam w czerwcu '13 na 3 tygodnie - zapraszam! :)

    Zgłoś

  • 28.10.12, 08:24

    Komentarz usunięty

  • Kasia P (gość)

    Kasia P (gość)

    22.10.12, 20:55

    Bomba! Zazdroszczę odwagi i wytrwałości. Też chcę pojechać w taką podróż ;)

    Zgłoś

  • Agat (gość)

    Agat (gość)

    18.10.12, 21:35

    Super napisane. Też się wybiorę w taką podróż... kiedyś :)

    Zgłoś

  • Malina (gość)

    Malina (gość)

    18.10.12, 18:15

    Wyprawa genialna. Jesteś odważną dziewczyną, ale powinnaś podziękować również rodzicom za ich odwagę, geny dobre!!!!

    Zgłoś

  • Magu Bee (gość)

    Magu Bee (gość)

    18.10.12, 11:53

    Montpellier ma świetny klimat! Co do DD, ja pierwszych znajomych diverów miałam w Berlinie, a z całą społecznością poznałam się lepiej kiedy pracowałam jako wolontariusz na festiwalu Roskilde. Pierwszą reakcją, zanim wiedziałam bliżej co i jak ludzie robią, było oczywiście "ewwww". Potem ich posłuchałam, ich motywacje do mnie przemówiły. A, no i to, że DD wcale nie oznacza nurkowania do ulicznych koszy na śmieci po resztki jedzenia, a np. podejście pod zamykającą się piekarnie, gdzie tak czy siak wystawiają worki wypieków w idealnym stanie, jest bardzo logiczne (w ten sposób mieliśmy w Aix ucztę dla 7 osób z wyrobów Paul's - rozpusta!). O wielu rzeczach się u nas nie mówi, fakt. Ale za to "u nas" bym bardziej całe "komercyjne społeczeństwa" rozumiała, nie samą Polskę. Uważam, że czas najwyższy to zmienić :) Pozdrawiam!

    Zgłoś

  • Ola

    Ola

    18.10.12, 09:55

    dzięki za komentarz pod moją relacją :) widzę, że byłaś w Montpellier, studiowałam tam i wiem, że to miasto jest rajem dla stopowicza. A o dumpster diving aktycznie w Polsce mało się mówi, ja się o tym dowiedziałam 10 lat temu we Francji, a z samą tą nazwą dopiero się spotkałam w Nowej Zelandii.

    Zgłoś

  • magulicious@...

    magulicious@...

    17.10.12, 23:57

    Dziękuję dziewczyny! Zapraszam także na bloga, tam dużo więcej zdjęć i przygód: www.maguliciousworld.blogspot.com, a bardziej na bieżąco na fanpage: www.facebook.com/magubee

    Zgłoś

  • Ela K (gość)

    Ela K (gość)

    17.10.12, 19:33

    Gratuluję odwagi. Z podziwem czytałam relację.

    Zgłoś

  • Kasia J (gość)

    Kasia J (gość)

    17.10.12, 18:59

    Zazdroszczę odwagi, gratuluję dobrego tekstu i GŁOSUJĘ :)

    Zgłoś

  • Magu Bee (gość)

    Magu Bee (gość)

    17.10.12, 00:05

    Lui - zawsze pozytywnie i do przodu! :) Kamila - dziękuję! Casablanca - podróżowało się niesamowicie, szczególnie po Islandii. Przepiękne miejsce, niesamowita okazja do oddychania pełną piersią i picia najczystszej wody na świecie prosto ze strumyczków. Za rok wracam!

    Zgłoś

  • casablanca (gość)

    casablanca (gość)

    16.10.12, 22:40

    świetnie się czyta!:) wyobrażam sobie jak się podróżowało...;]

    Zgłoś

  • Kamila (gość)

    Kamila (gość)

    16.10.12, 21:32

    "Niech Cię dobre bogi, niech Cię dobre wiatry!" Szerokich dróg i samych dobrych ludzi na Twojej drodze Magdo!

    Zgłoś

  • Lui (gość)

    Lui (gość)

    16.10.12, 20:28

    Fajna opowieść, pozytywne foty :)

    Zgłoś

  • Anna M (gość)

    Anna M (gość)

    16.10.12, 19:53

    Super !! trzymam kciuki!!

    Zgłoś

  • Magu Bee (gość)

    Magu Bee (gość)

    16.10.12, 19:34

    Dziękuję za wszystkie komentarze! Cieszę się, że tekst się podoba :)

    Zgłoś

  • mwd (gość)

    mwd (gość)

    16.10.12, 19:00

    Genialny artykuł! Zerknąłem tak od niechcenia, a po chwili mnie wciągnął i do tego obudził, ładując pozytywną dawką energii na dalszą cześć wieczoru. A czy to hardcore? Połowa tego nie mieści mi się w głowie, więc tak — dla mnie to megapozytywny hardcore, ekstremum minimalnego podróżowania w skondensowanej czasowo pigułce wrażeń…

    Zgłoś

  • Alicja (gość)

    Alicja (gość)

    16.10.12, 18:48

    Wow! Magu ta opowiesc jest naprawde niesamowita! A zdjecia to juz totalna bomba!

    Zgłoś

  • Pablo (gość)

    Pablo (gość)

    16.10.12, 18:18

    wooow, mój łokieć na jednym ze zdjęć! :P

    Zgłoś


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyszukiwarka lotów

Osoby podróżujące

Osoby podróżujące