Dziś jest 17.02.2019

Imieniny obchodzą Donat, Łukasz, Zbigniew, Franciszek

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

Na dach Afryki

Autor: Krzysztof Wasilonek

Data publikacji: 30.05.2013 12:30

Liczba odwiedzin: 96166

Tagi: afryka, tanzania, kilimandżaro, relacje, góry, krzysztof wasilonek, góry relacje z podróży

Kilimandżaro, drzemiący wulkan położony niemalże na równiku, od dawien dawna fascynuje i zachęca podróżników z całego świata do zmierzenia się z nim. Ta najwyższa góra kontynentu afrykańskiego przez stulecia uchodziła za niedostępną. Miejscowe legendy mówiły o duchach przodków zamieszkujących jej dwa najwyższe szczyty oraz o demonach chłodu, które zaatakują każdego śmiałka chcącego zakłócić ich spokój. W lutym 2012 r. z grupą znajomych przyjęliśmy ich wyzwanie.

Kilimandżaro: szczyty widziane z poziomu lasu deszczowego
 
Kilimandżaro: szczyty widziane z poziomu lasu deszczowego
fot. Krzysztof Wasilonek

PRZYLOT DO AFRYKI

07.02.2012

Po wielokrotnym przepakowywaniu się i pakowaniu od nowa, wreszcie każdemu z nas udało się zabrać wszystko (lub prawie wszystko), co było do zabrania. Spotykamy się na lotnisku na Okęciu. Okazuje się, że podobno limit kilogramowy na bagaż podręczny wynosi 6 kg, a nie 10, lecz i tak przyjęto nasze toboły. I dobrze, bo dodatkowo nabraliśmy do nich upominków dla sierot, którymi opiekuje się nasz organizator Dullah. Razem jest ich ok. 30 sztuk.

Lot Warszawa – Amsterdam przebiega bez zakłóceń aż do momentu lądowania. Silny powiew wiatru czy też turbulencja ciska samolotem z wystarczającą mocą, by nami wszystkimi wewnątrz podrzuciło. Szefowa załogi sprawia wrażenie mocno przemęczonej, kiedy się z nami żegna.

W Amsterdamie przesiadamy się do Boeinga 777-200 obsługiwanego przez Kenya Airways. Logo tego przewoźnika głosi „The Pride of Africa”. Okazuje się, że logo oddaje rzeczywistość, ponieważ samolot trzyma naprawdę wysoki standard. Poza ekranami wiszącymi na ścianie i suficie, każdy pasażer ma swój własny ekranik zamontowany w siedzeniu przed nim, a na nim może interaktywnie wybierać różne programy, filmy i muzykę.
Przed odlotem z głośników dobiega afrykańska muzyczka.
Jedzenie podane w trakcie lotu – ryż z wołowiną i fasolą oraz sałatka i ciasto orzechowe – bardzo dobre.

W nocy wszyscy śpią. Lot trwa ponad 7 godzin.


08.02.2012

Świt. Pierwsze promienie czerwonego jeszcze słońca wyłaniają się zza widnokręgu. Lecimy nad jałową ziemią. W pewnej chwili wypatrujemy Mount Kenya. Jego wierzchołek ledwo wystaje ponad spowijające go jeszcze o tej porze chmury, lecz udaje się nam rozróżnić jego charakterystyczny kształt. Niedługo później lądujemy w Nairobi. Pierwszy raz w życiu jestem pod równikiem.

Na lotnisku wypełniamy formalności wizowe. Strażnicy i celnicy są mili i uśmiechnięci. Nawet dowcipkują. Zupełnie nie beton, którego się często ludzie spodziewają. Wiza kosztuje 50 USD.

DROGA DO MOSHI I PIERWSZE SPOTKANIE Z KILI

Po odprawie spotykamy wspomnianego organizatora Dullaha i, odświeżywszy się trochę, udajemy się do małego busu, który ma nas zabrać do Tanzanii. Większy bagaż idzie na dach. Ludzie, którzy go ładowali przymilają się o napiwek i dostają po dolarze. Nie robią tego aż tak nachalnie i bezczelnie jak Hindusi, z którymi miałem podobne doświadczenia rok wcześniej. Później, podczas drogi, okazuje się, że nie tylko pod tym względem w Kenii jest przyjemniej niż w Indiach. Może to dlatego, że zaludnienie jest mniejsze, w zawiązku z tym mniejszy jest też ruch na jezdniach, ale panuje tu pod każdym względem większy porządek. Tutejsi kierowcy przestrzegają pasów ruchu i nie trąbią bez przerwy.

Drużyna w komplecie wraz z tragarzami
 
Drużyna w komplecie wraz z tragarzami
fot. Krzysztof Wasilonek

Krajobraz jest półpustynny. Krzewy i akacje walczą z suchą ziemią o wodę, jednocześnie padając ofiarami termitów. Niektóre akacje są wręcz „ubrane” w ich kopce.

Drogówka sprawdzająca nasze paszporty jest miła i uśmiechnięta. Policjanci i policjantki (a także celnicy) nie noszą broni na widoku, co znów odróżnia ich od ich indyjskich odpowiedników, którzy bez ciężkich sześciostrzałowych karabinów się nie pokazują (może dlatego, że realia są tu inne). Kolejne spostrzeżenie dotyczące celników: wszyscy są tu niesamowicie grubi. Nie brak im też poczucia humoru i wesołości.

Na tej jałowej ziemi gdzieniegdzie grupki Masajów ubranych w swe barwne tuniki wypasają krowy, owce lub osły. Częstym widokiem są tu małe trąby powietrzne unoszące się nad ziemią. Nie są one groźne, lecz kiedy przypadkiem jedna z nich przecina jezdnię i wpada na nasz pojazd, tym ostatnim dość mocno zarzuca.

Droga w Tanzanii, po przekroczeniu granicy
 
Droga w Tanzanii, po przekroczeniu granicy
fot. Krzysztof Wasilonek

Docieramy do granicy kenijsko-tanzańskiej, przechodzimy odprawę i jedziemy dalej. W Tanzanii też wszyscy celnicy uśmiechnięci, lecz można już dostrzec pewne różnice między dwoma krajami. Ponieważ znakomita większość znanych atrakcji tzw. Czarnej Afryki leży na terytoriach tych dwóch państw, często są one wymieniane jednym tchem obok siebie i uznawane za bardzo podobne. Jest to błąd. O ile Kenia jest najbogatszym i najlepiej rozwiniętym krajem regionu, Tanzania jest raczej uboga. Do granicy dojechaliśmy piękną drogą o dobrej nawierzchni, lecz tuż za szlabanem witają nas dziury i popękany asfalt. Na szczęście, po kilku kilometrach sytuacja się zmienia, bowiem Tanzania w ostatnich latach mocno poprawiła jakość swych dróg.

Krajobraz wciąż jest półpustynny. Ziemia zmienia barwę na czerwoną. Wśród krzaków przebiega grupka strusi.

Nieco ponad godzinę później na horyzoncie pojawia się Ona: królowa wszystkich gór afrykańskich – potężne Kilimandżaro, wznoszące się nad rozległą równiną. Ziemia wokół niego jest czarna – wszak to drzemiący wulkan (ostatnia erupcja miała miejsce pod koniec XVIII w., mniej więcej w okresie rozbiorów). Szczyt spowijają gęste chmury. Niestety, przez większość dnia nie jest możliwe dostrzeżenie go, ponieważ Kilimandżaro posiada własny mikroklimat. Porastający jego podnóża las deszczowy za dnia paruje, a owa para gęstnieje w zimnych okolicach szczytu. W nocy natomiast znika, dlatego też wczesnym rankiem można oglądać Kili w pełnej okazałości.

Kilimandżaro widziane po raz pierwszy w okolicach południa. Szczyt spowijają gęste chmury
 
Kilimandżaro widziane po raz pierwszy w okolicach południa. Szczyt spowijają gęste chmury
fot. Krzysztof Wasilonek

Nazwę Kilimandżaro tłumaczy się na różne sposoby. Pierwsza interpretacja tego słowa to „Góra Karawan”, gdyż jej widok od zarania dziejów towarzyszył karawanom przemierzającym te ziemie. Przedrostek „ki” w języku suahili oznacza zdrobnienie, czyli w tym kontekście wiązałby się z nadaniem górze nazwy pieszczotliwej.

Inna interpretacja, przytoczona przez Alfreda Szklarskiego w powieści ,,Tomek na Czarnym Lądzie", lecz również akceptowana, to „Góra Ducha Sprowadzającego Zimno”, mająca być niejako zniekształceniem dawnych słów suahili, z których jedno było imieniem demona chłodu występującego w miejscowych mitologiach. Ponoć dostępu do góry bronią złośliwe duchy Warumu, tchnące chłodem w śmiałków chcących dostać się na szczyt. A jest czego bronić.

Szczyt Kibo górujący nad obozem
 
Szczyt Kibo górujący nad obozem
fot. Krzysztof Wasilonek

Szczyt Kibo, którego najwyższy wierzchołek Uhuru (co w suahili znaczy ,,Wolność") ma wysokość 5895 m n.p.m., jest wg dawnych wierzeń miejscem spoczynku duchów mężczyzn. Drugi co do wysokości szczyt Mawenzi to siedziba duchów kobiet. Te wszystkie straszydła dzielnie broniły góry aż do końca XIX w., kiedy pierwszym Europejczykom udało się na nią wejść (byli nimi Hans Meyer i Ludwig Purtscheller).

Przyznam, że o istnieniu Kilimandżaro dowiedziałem się właśnie z powieści Szklarskiego, gdy miałem 9 lat. Nie sądziłem wtedy, czytając z zapartym tchem o duchach i demonach, że sam któregoś dnia będę się z nimi mierzył. A tu proszę.

Po kilku godzinach jazdy docieramy do Arushy – jednej z dwóch głównych miejscowości w okolicach Kili. Tam przesiadamy się do innego busa jadącego do Moshi – drugiej z tych miejscowości. Mamy okazję się przekonać, jako kolejni biali w historii, jak złudne bywają mapy w przypadku Afryki. Rozległość niektórych państw nie pozwala odpowiednio wycenić dystansów. Na mapie Tanzanii Arusha i Moshi wydają się być tuż obok siebie. W rzeczywistości dzieli je ponad 150 km, pokonanie których zajmuje nam ponad 2 godziny, mimo, że jedziemy po dobrej asfaltowej drodze.

MOSHI

Gdy docieramy do hostelu i dostajemy przydział domków – ja jestem z Kubą i Mariolą w jednym, a Andrzej z Danielem w drugim – rozpakowujemy się i idziemy wymienić pieniądze. Podchodzi do nas dwóch sprzedawców plakatów. Jeden od nich kupuję. Próbują mi wcisnąć następne, idąc za nami przez większość drogi do ośrodka, lecz ostatecznie rezygnują, odstraszeni spojrzeniami Wemy i Kasanji’ego (w zdrobnieniu „Kaś”) – ludzi Dullaha, z którymi poznaliśmy się tuż przed wyjściem na miasto i którzy mieli być naszymi przewodnikami na Kili.

Ulica w Moshi
 
Ulica w Moshi
fot. Krzysztof Wasilonek



Moshi jest całkiem przyzwoitą miejscowością. Ruch umiarkowany i uporządkowany, a i rynsztokowo-zwierzęcych zapachów, których w Indiach dostatek, tutaj nie ma. Niestety, barwnych świątyń i pradawnych obyczajów też nie.

Od naszych przewodników dostajemy pouczenie, by nikomu z miejscowych nie mówić, gdzie jesteśmy zakwaterowani, ani pod żadnym pozorem nie opowiadać im, że coś od nich kupimy w późniejszym terminie. Mogą śledzić turystę aż do ośrodka, po czym poczekać na niego do ustalonego terminu, w którym ten rzekomo miał coś od nich kupić, a w przypadku odmowy rozpocząć awanturę na ulicy. Tym razem sprzedawcy nas nie śledzili, gdyż przelękli się naszych przewodników.

Wieczorem jemy w hostelowej restauracji dobrą kolację na bazie ryżu, ustalamy z Dullahem plan wycieczki i przy okazji dowiadujemy się, że będziemy musieli zmienić nieco układ naszych safari, które miały nastąpić po wejściu na Kili, gdyż Dullah niedostatecznie się z nami porozumiał przez Internet co do cen (Sorry, my friends, misunderstanding). Takie sytuacje wcale nie są w Afryce rzadkością. Afrykanie bowiem, organizując cokolwiek, często mają w zwyczaju stworzenie szkieletu przedsięwzięcia i pozostawienie reszty losowi. Należy się z tym liczyć, kiedy się tu przyjeżdża.

Przekazujemy Dullahowi podarunki dla sierot i miło się z nim żegnamy. Następnie się kąpiemy, upewniwszy się, że woda jest już dostępna (w tych okolicach zdarzają się przerwy w jej dostawach).
Zęby i naczynia myjemy wodą butelkowaną.

Jutro wyruszamy na wspinaczkę.

Drużyna w komplecie :)
 
Drużyna w komplecie :)
fot. Krzysztof Wasilonek

WSPINACZKA

09.02.2012

Jedziemy z Moshi do bramy wejściowej na trasie Machame, którą wybraliśmy na wspinaczkę. Trasa ta zajmuje 6 dni i jest dobra ze względu na aklimatyzację. Jest nieco trudniejsza od najpopularniejszej trasy Marangu, zwanej też „Coca-Cola Route”.
Przy bramie Machame spotykamy grupkę Polaków. A w zasadzie Polek – pań w okolicach 60-tki, które wyruszyły na wyprawę bez mężów. Ich przewodnik, również Polak, jest jedynym mężczyzną w grupie.

W drodze do bramy Machame
 
W drodze do bramy Machame
fot. Krzysztof Wasilonek

Przed wyruszeniem napoczynamy lunch z pudełek, które dostaliśmy na drogę. Hamburger z jajkiem smażonym, babeczka, dwa pieczone kawałki kurczaka i dwa banany. Kiedy jemy, podbiega do nas małpa i ładnie pozuje do zdjęć. Potem, gdy na chwilę się odwracam, zakrada się do mojego pudełka z jedzeniem i zabiera babeczkę oraz jedną z dwóch połówek bułki, w której tkwi hamburger. Mogłem ją tylko pogonić i uraczyć polskimi epitetami.

Ruszamy w drogę wraz z naszymi przewodnikami – Wemą i Kaśem. Wema wybija do przodu wraz z tragarzami, Kaś idzie z nami. Tragarze są na Kili obowiązkowi. Przepis ten wprowadzono, ponieważ wszystkie okoliczne miejscowości żyją głównie z tej góry i każdy chce zarobić. Na każdego turystę przypada przynajmniej po dwóch tragarzy i jest to absolutne minimum. Jeśli bowiem turysta zasłabnie, jednej osobie może być trudno go znieść.

Pierwsze piętro: las deszczowy. Ścieżkę zrobiono po ty, by w razie ulewy ludzie nie zjeżdżali wraz z błotem
 
Pierwsze piętro: las deszczowy. Ścieżkę zrobiono po ty, by w razie ulewy ludzie nie zjeżdżali wraz z błotem
fot. Krzysztof Wasilonek

Idziemy z początku asfaltową drogą, która następnie przechodzi w piaszczystą, ułożoną w schody ścieżkę. Otacza nas tropikalny las deszczowy, w którym pełno małp i krzyczących ptaków. Ta część trasy jest długa, lecz w miarę łagodna. Po drodze spotykamy jedną z polskich pań, która jest bliska rezygnacji. Widzimy też osłabionego tragarza, którym wkrótce zajmą się koledzy. Tragarze dźwigają olbrzymie plecaki i ciężkie towary, które nakładają na głowę. Jak się później dowiadujemy, nie każdy miejscowy może być tragarzem. Może nim być ten, kto wytrzymał trzy wejścia na górę. Jeśli ktoś się chce zatrudnić jako tragarz, nie może jednak się przyznać szefowi, że nigdy nie wchodził, gdyż to drastycznie by zmniejszyło jego szanse na otrzymanie pracy. Szefowie jednak czasem sami widzą, co się dzieje, i na pierwsze wejście dają nowicjuszowi lżejszy przydział bagaży, by sprawdzić, jak sobie poradzi.

Docieramy na wysokość 3000 m, do pierwszego obozu Machame. Nasi tragarze już rozbili nasze namioty. Możemy się przebrać i nieco przemyć w miskach z rozgrzaną wodą, które nam przynoszą. Po jakimś czasie zapraszają nas do namiotu-jadalni, gdzie dostajemy olbrzymią obiadokolację (popcorn z chlebem, zupa jarzynowa, ziemniaki z wołowiną i sosem – prawdziwe luksusy).

Idziemy spać. Księżyc rozjaśnia pole namiotowe. Temperatura gwałtownie spadła po zachodzie słońca. Jest zimno. Kuba, z którym dzielę namiot, chrapie mimo zażycia specjalnych kropel. Coś drapie w zewnętrzne poszycie namiotu. Prawdopodobnie mysz. Kuba krzyczy: „W jajka się podrap!”. Drapanie ustaje.

Czujemy pierwsze skutki uboczne Diuramidu, leku na chorobę wysokościową. Drętwieją nam kończyny i zbiera się w pęcherzach. Jeśli chodzi o chorobę wysokościową, zaczyna się ona właśnie powyżej 3000 m n.p.m. i może dopaść każdego, niezależnie od wieku i wytrenowania. Tak naprawdę nikt nie wie, jak ją zniesie, jeśli sam się nie sprawdzi. Każdy organizm jest inny. Właśnie z powodu tej choroby większość ludzi, którzy podejmują się co roku wspinaczki na Kili, rezygnuje w pewnym momencie i zawraca z trasy.

Na chorobę wysokościową są różne sposoby. Najczęściej zalecanym jest spożywanie dużych ilości wody, lecz ktoś ją musi nieść. Diuramid, w niektórych krajach znany również jako Diamox, jest jedynym znanym skutecznym lekiem na tę chorobę. Budzi jednak pewne kontrowersje, gdyż, wg niektórych specjalistów, nie likwiduje skutków choroby, lecz sprawia, że się ich nie odczuwa, czyli je maskuje. W naszym przypadku tak jednak nie było. Lek jest w miarę tani (ok. 20 zł) i wydawany na receptę. Polecił nam go Andrzej, który już wcześniej z niego korzystał. Prawda jest taka, że szkoda by było wydać kilka tys. złotych na wyprawę, a ostatecznie nie wejść na górę z powodu choroby, prawda?

10.02.2012

Po zimnej nocy wychodzimy z oszronionych namiotów. Kuba chrapał niesamowicie. Kiedy tylko słońce wyłania się zza góry (a dzieje się to szybko), znów jest gorąco i szron błyskawicznie topnieje.

Lobelie i senecio (starcy) – typowa roślinność tego piętra
 
Lobelie i senecio (starcy) – typowa roślinność tego piętra
fot. Krzysztof Wasilonek

Tego dnia mamy podejście krótkie, lecz strome. Opuszczamy las deszczowy i wchodzimy w strefę roślin wyższych pięter (wrzosowiska). Poza roślinami, które można zobaczyć na tych wysokościach także w Europie, jest tu dużo lobelii i senecio (czyli po polsku starców) – na Kili mają one postać grubych drzewek o pniach przypominających ananasa a liściach palmę. Ptactwo również się zmienia. Jest tu dużo kruków, które bezczelnie podchodzą do ludzi, wypatrując łupu.

Nocujemy na płaskowyżu Shira. Jest jeszcze chłodniej niż poprzedniego dnia.

Świt na Kilimandżaro (obóz Shira): Góra Meru skąpana w porannej mgle
 
Świt na Kilimandżaro (obóz Shira): Góra Meru skąpana w porannej mgle
fot. Krzysztof Wasilonek

11.02.2012

Budzi nas krakanie kruków. Te ptaszyska zastępują tu koguty.
Po bardzo dobrej wyżerce ja i Kuba mamy problemy żołądkowe. Musimy co jakiś czas skakać za skały.

Kruki czekają na łup
 
Kruki czekają na łup
fot. Krzysztof Wasilonek

Na tej wysokości, przekraczającej 3500 m, krajobrazy są już półpustynne.

Tego dnia zaliczamy Lava Tower, stołową formację skalną wyłaniającą się spośród mgieł, gdy przeskoczy się rzeczkę. Lava Tower znajduje się na wysokości 4600 m. Spożywamy tam drugie śniadanie i wracamy na wysokość 3600 m, tym razem do obozu Barranco. Po drodze dopada nas tropikalny deszczyk.

Lava Tower
 
Lava Tower
fot. Krzysztof Wasilonek

Obóz Barranco znajduje się nad widowiskowym wąwozem.
Ja i Kuba mamy sraczkę, lecz Mariola też nie czuje się dobrze. Wciąż zbiera jej się na wymioty.

Wieczorem dostajemy od naszych przewodników po kubku ciepłej wody z sokiem cytrynowym, solą i cukrem. Wcześniej połknęliśmy z Kubą Stoperan, a ja zjadłem dodatkowo 2 banany. Pomogło. Jeśli macie tego rodzaju problemy, naprawdę polecam spożycie większej ilości bananów. Banan jest bardzo chłonny, dzięki czemu zgarnia większość zbędnych płynów nadgorliwie wydzielanych przez jelita.

Noc spędzamy w namiocie we tróję z Mariolą. Jej namiot nie jest dobry na niskie temperatury. Kuba chrapie przy wdechu i pluje przy wydechu. Raz odwracam się w jego stronę i dostaję charą w twarz.

Jest duszno i ciasno, ale przeżyliśmy.

12.02.2012

Tego dnia mamy do zaliczenia dwa obozy, na dwóch różnych wysokościach. Aby dostać się do pierwszego, musimy pokonać sporą część trasy, wspinając się po skałkach. Jest to fajne i szybko zdobywa się wysokość, ale przewodnik Kaś wciąż powtarza ,,pole-pole", czyli „powoli”. Mnie to wcale nie przeszkadza. Powietrze jest tak rozrzedzone, że ciężko się oddycha. Prawdopodobnie nie dotarłbym na tę wysokość, gdyby nie Diuramid.

Autor przy strumyczku z lodowca. Ponownie nieco niższe piętro. W oddali, okazali ,,starcy"
 
Autor przy strumyczku z lodowca. Ponownie nieco niższe piętro. W oddali, okazali ,,starcy"
fot. Krzysztof Wasilonek

Po kilku godzinach, gdy teren jest nieco bardziej płaski, docieramy do strumienia pochodzącego z topniejącego lodowca, którego za 10 lat podobno ma już nie być. Tu uzupełniamy zapasy wody. Szef naszych przewodników, Wema, mówi, że na tej wysokości bakterii nie ma.

Podziwiam siłę i wytrwałość tragarzy. Objuczeni do granic możliwości, muszą iść pod górkę szybciej niż turyści. Wema też tak pracował kilka lat wcześniej.

Życie tragarzy nie jest łatwe. W obozie Shira Wema pokazywał nam jaskinię, w której sypiali jeszcze 13 lat wcześniej, podczas, gdy turyści nocowali w namiotach. Nadal czuć w niej dym po ogniskach. Podczas naszego wejścia pierwszej nocy spali w namiocie służącym za jadalnię. Jeden się przez to przeziębił i dostał gorączki. Poratowałem go Apapem i Teraflu. Następnie sprowadzono go na dół.

Teraz, stojąc nad strumykiem i ciężko dysząc przed następnym podejściem, które jest bardzo strome, widzę, jak jeden z tych drobnych twardzieli nabiera kilkulitrowy baniak wody, po czym zarzuca sobie na plecy kosz, w którym spoczywają trzy 80-litrowe plecaki, wrzuca na niego czwarty, bierze baniak w jedną rękę i zasuwa pod górę. Ja to podejście pokonuję bez obciążenia w 20 minut i czuję, że wypluwam płuca. A oni wbiegają sobie na nie, zahartowani kilkuletnią pracą. Uśmiechają się przy tym przyjaźnie i krzyczą ,,Jambo!".

Gotowi do dalszej drogi
 
Gotowi do dalszej drogi
fot. Krzysztof Wasilonek

Kiedy docieramy do obozu Karrangu, zjadamy w nim obiad i idziemy do następnego. Obóz Barafu, położony wśród skał i otoczony niemalże pustynnym płaskowyżem, jest ostatnim i najwyższym na trasie Machame. Nad nim wznosi się szczyt Kibo. Podczas podejścia dobiega nas dudnienie. Mamy okazję zaobserwować lawinę kamieni, która stoczyła się ze szczytu.
Kolacja jest skromna. Nie możemy mieć obciążonych żołądków. To właśnie podczas tego ostatniego podejścia większość ludzi się wycofuje, a ci, którzy docierają na szczyt, niewiele z tego wejścia pamiętają z powodu niedotlenienia.

Wema i Kaś mówią nam, że podejście rozpoczniemy o północy, aby na wierzchołku Uhuru znaleźć się o 6 rano i zobaczyć wschód słońca. Mówią, że temperatura wynosi ok. – 15 stopni, lecz wiatry sprawiają, że temperatura odczuwalna jest o wiele niższa. Podczas wejścia będą nam towarzyszyć oni oraz ich asystent – wąsaty, małomówny Murzyn o zaciętym spojrzeniu. W tym celu ostatniego dnia miał być odciążony i nic nie nieść, lecz z powodu choroby wspomnianego tragarza i tak wtargał do obozu mnóstwo bagażu. Ale jest twardy i da radę. Wema zachęca nas do dania czadu. Mamy wchodzić powoli, zygzakiem, lecz musimy walczyć i się nie poddawać. Nie po to od kilku dni się wspinaliśmy, by teraz zrezygnować.

Budzą nas około godziny 12.

SZCZYT

13.02.2012

Przewodnicy ustawiają turystów w sznureczek i każą zapalić lampki-czołówki. Rozpoczynamy wejście. Śnieg zasypał wszystko i dalej ostro zacina. Powietrzem niemalże nie da się oddychać. Zaczyna mnie boleć głowa. Przy kichnięciu z nosa leci mi krew. Andrzej mówi, że na tej wysokości to normalne.

Wspinamy się po skałach i idziemy dziwnymi ścieżkami. Warumu, mroźne demony, atakują nas przenikliwym zimnem. Jestem ubrany chyba najgrubiej w życiu. Kalesony, spodnie, t-shirt, bluza, polar i gruba kurtka z kapturem. Pod kapturem czapka.

Szczyty Mawenzi i Kibo są coraz bliżej
 
Szczyty Mawenzi i Kibo są coraz bliżej
fot. Krzysztof Wasilonek

Na niebie odwrócone do góry nogami gwiazdozbiory (wszak jesteśmy po drugiej stronie równika) i efekt halo wokół księżyca. Niektórzy z nas boją się, czy to przypadkiem nie omamy spowodowane chorobą wysokościową. Ale skoro wszyscy je widzimy…

Od czasu do czasu mija nas jakaś schodząca w dół osoba, która nie wytrzymała. Ja sam słabnę. Wąsacz, asystent Wemy i Kaśa, przejmuje mój plecak. Po jakimś czasie także plecak Kuby przechodzi w ręce Wemy. Od czasu do czasu przystajemy wśród skał, by napić się lodowatej wody. Przerwy trwają zaledwie kilka minut. Po chwili suche ,,toende!" (idziemy!) przewodników każe nam iść dalej. Tym razem nasi łagodni przewodnicy są stanowczy. Nie możemy zbyt długo siedzieć, bo zamarzniemy, albo się zniechęcimy. Na dodatek ten brak powietrza.

Kuba po jakimś czasie zaczyna ciężko oddychać, a wręcz tracić oddech. Wema proponuje, że z nim zostanie nieco w tyle i ewentualnie dołączą do reszty grupy później, albo wrócą na dół. Zdrowie jest ważniejsze niż zdobycie szczytu. Ale nie dla Kuby. On się uparł, że po prostu MUSI wejść na tę górę! Kilka razy się chwieje. Podtrzymuję go. Ostatecznie rzeczywiście zostaje w tyle wraz z Wemą. Reszta z nas idzie dalej. Patrzę na szczyt. Nie wydaje się być ani o centymetr bliżej, a idziemy już od kilku godzin.
Mój oddech staje się płytszy. W głowie cały mózg mi pulsuje i tłucze w czaszkę od środka. Muszę prosić o częstsze przerwy. Kaś i Wąsacz podają mi wodę.
– Patrz – mówi Kaś. – To już za chwilę. Stella Point. Potem jest już płasko.

Roślinności na tym piętrze już prawie nie ma. na krajobraz składają się skały pochodzenia wulkanicznego
 
Roślinności na tym piętrze już prawie nie ma. na krajobraz składają się skały pochodzenia wulkanicznego
fot. Krzysztof Wasilonek

Stella Point leży niecałe 200 m niżej niż Uhuru. Do tego ostatniego jest z niego zaledwie kilka kroków, lecz większość ludzi właśnie w tym miejscu rezygnuje z dalszej wspinaczki.
Kaś chwyta mnie za dłoń i zaczyna prowadzić. Wąsacz mu pomaga. A ja zdycham. Już ledwo rejestruję, co się wokół mnie dzieje.
– Jak tam? Dasz radę? – pyta Andrzej.
– Dam. Muszę – sapię.
Przecież to tylko kilka kroków. Potem będzie płasko.
Mariola i Daniel też już ledwo żyją. Później powiedzą, że zastanawiali się, czy się nie wycofać. Myśleli o przyjemnych rzeczach, jak dom i ciepłe kraje. A ja patrzyłem na szczyt, dostając przy tym jeszcze większej palpitacji i myślałem: „Zdobędę cię, ty k*@#%wo! Zobaczysz!”

Z tymi przyjaznymi myślami docieram wreszcie do Stella Point. Akurat zaczyna wyłaniać się słońce. Kaś i Wąsacz nam gratulują. Jednocześnie pokazują ścieżkę do Uhuru. Może być odległe o jakieś 200 m, tak, jak mówili. Tam też dojdę!

I zaczynam się wlec. Podobno twarz mam całą mokrą. Moje zmysły niewiele wychwytują.

A słońce wstaje i oświetla odwieczny lodowiec otoczony chmurami. Pojedyncze szczyty Kilimandżaro wystają spośród gęstych obłoków niczym wyspy na mleczno-złotym morzu.
Widzę zaledwie garstkę ledwo żywych turystów. Choć to nie wydaje się wiarygodne, jeden z nich jest jeszcze bardziej zdechły ode mnie. Moim żółwim tempem wyprzedzam jego ślimacze.
Wąsacz wyłącza mi niepotrzebną już latarkę-czołówkę i bierze mnie pod rękę. Zaczyna mnie ciągnąć i… Tak! Jestem na Uhuru! Najwyższy wierzchołek Afryki zdobyty! Powinienem się cieszyć, lecz obawiam się, że każdy atak euforii sprawi, iż głowa mi wybuchnie.

Świt na szczycie Kibo
 
Świt na szczycie Kibo
fot. Krzysztof Wasilonek

Robimy pamiątkowe zdjęcia, po czym Kaś mówi mi, żebym już zszedł. Na niższych wysokościach jest więcej tlenu. Nie sprzeciwiam się. Po drodze spotykamy Kubę. Dotarł tu! Wema zachęcał go do walki przez całą drogę. Co ciekawe, nasi przewodnicy wcale nie są grubo ubrani. Niektórzy mają wręcz szorty. Ale nie interesuje mnie to teraz. Chcę na dół!

Widok z góry
 
Widok z góry
fot. Krzysztof Wasilonek

Później Kuba opowiadał, że tuż przed zejściem zobaczyli z Wemą starego Niemca, który dostał drgawek. Jego żona i przewodnik byli bezradni. Wema rozebrał go niemalże do naga, co sprawiło, że krew w jego żyłach popłynęła szybciej. Niemiec, niczym naćpany, zaczął wszystkim gratulować, dziękować i obiecywać im przyjaźń. Wema spytał go, czy jest w stanie policzyć wszystkich ludzi. Niemcowi się to udało. Kryzys minął.

Ja schodzę z moją grupą, ale szybko się rozdzielamy. Każdy schodzi własnym rytmem. Droga, która w nocy była zamarznięta, twarda i śliska, teraz jest żwirowata. Żwir, a w zasadzie popiół wulkaniczny, ucieka spod nóg co sprawia, że się po nim zjeżdża. Mnie nogi się plączą i wywijam orła. Uderzam potylicą o kamień, lecz gruby kaptur i czapka amortyzują wstrząs. Kaś pomaga mi wstać.

Podczas tego powrotu wywalam się jeszcze dwa razy i łamię jeden z moich kijków trekkingowych. Na szczęście mam drugi.
Kiedy słońce wzeszło całkowicie i rozświetliło okolicę, ta cała zmarzlina zamieniła się w pustynię. Krajobrazy są tak martwe, że równie dobrze mogą występować na Marsie. Jedynie wystający gdzieś zza horyzontu zaśnieżony szczyt Mawenzi pokazuje, że to jednak Ziemia.

Szczyt Mawenzi
 
Szczyt Mawenzi
fot. Krzysztof Wasilonek

Jest gorąco. Moja odzież, wystarczająco gruba, by chronić mnie przed nocnym zimnem, teraz jest torturą. Na dodatek nie mam wody, bo została w plecaku, który zabrał Wąsacz.
Przez 2 godziny, albo i więcej, wlokę się przez pustynię. Wreszcie w oddali dostrzegam leżący na płaskowyżu obóz. Z tej perspektywy wygląda jak młodszy brat Machu Picchu. Muszę do niego zejść po skałach, asekurując się rękami. Raz się wywalam, bo nogi mam jak z waty.

Gdy wreszcie dotarłem, ślamazarnymi ruchami się rozbieram i przez godzinę próbuję sobie przypomnieć, jak się zwija śpiwór, lecz mój pokiereszowany mózg gdzieś zapodział tę informację.
Azizi, nasz nastoletni „kelner”, przynosi nam sok. Idę spać.

Budzę się po kilkudziesięciu minutach z łupiącą głową. Ratuje mnie Ibuprofen i kilka kubków gorących napojów. Dopiero teraz dociera do mnie, czego dokonaliśmy. I to wszyscy!

Wema zarządza wymarsz. Rozpoczynamy dwudniowe schodzenie z Kilimandżaro trasą Mweka.

Jeszcze tego samego dnia docieramy do lasu deszczowego i tam nocujemy. Co jakiś czas pada deszcz.

Przezornie pytamy Wemę o wysokość standardowych napiwków. Wychodzi więcej, niż przewidywał Dullah. I to dwukrotnie. Napiwki mamy jednak dać w Moshi. Na razie tragarze dostali od nas trochę ciepłej odzieży (rozdaliśmy im ją tuż przed wejściem na szczyt), którą i tak pewnie sprzedadzą.

ZEJŚCIE I NAPIWKI

14.02.2012

Przez pół dnia schodzimy, otoczeni tropikalną roślinnością. Daniel zaczyna się źle czuć. Jak się później okaże, dostał infekcji bakteryjnej.

Zejście: to, co w nocy było pokryte śniegiem, teraz zamieniło się w wulkaniczną pustynię
 
Zejście: to, co w nocy było pokryte śniegiem, teraz zamieniło się w wulkaniczną pustynię
fot. Krzysztof Wasilonek

Gdy bez większych niespodzianek docieramy do hostelu, wzywamy Dullaha. Należy wyjaśnić sprawę napiwków. Po długich pertraktacjach daliśmy tyle, ile mogliśmy, a dodatkowo Andrzej dorzucił swój niepotrzebny namiot. Nasi przewodnicy rozumieją naszą sytuację i, przynajmniej oficjalnie, nie gniewają się. Wszystkim jest jednak smutno. Jednocześnie ograniczamy nasze zaufanie do Dullaha.

Mieliśmy sporo szczęścia. Zazwyczaj ceremonia rozdawania napiwków odbywa się w ostatnim obozie w lesie deszczowym. To w tym miejscu następują targi i udawane łzy tragarzy, że napiwek (jaki by nie był) jest za niski. Prawdą jest, że napiwki są obowiązkowe i istnieją kwoty minimalne od kilkunastu do ponad dwudziestu dolarów. Niestety, rząd tanzański inkasuje większość regularnych wypłat tragarzy, przez co napiwki stanowią w rzeczywistości ich główny zarobek.

Po ostatecznym otrzymaniu ustalonej kwoty, tragarze odśpiewują swój niezwykle melodyjny, radosny hymn, któremu czasem towarzyszą tańce. W naszym przypadku odśpiewali go przed otrzymaniem zapłaty, gdyż takie były warunki umowy z Dullahem. Ale zazwyczaj się tak nie zdarza.

Dowód, że autorowi się udało :)
 
Dowód, że autorowi się udało :)
fot. Krzysztof Wasilonek

Później Wema zabiera nas na spacer po Moshi. Jest tu ładnie. Miasteczko ma klimat naszych nadmorskich kurortów. Jest tu dosyć czysto, ludzie nie są nachalni, panuje porządek. Tak, jak w Indiach słyszałem co chwilę na ulicy Angredź! („Anglik” – tak w tym kraju potocznie się określa białych), tak tutaj słyszę Wazungu!

Zaprowadzamy Daniela do lekarza. Dostaje receptę na antybiotyk, który, jak się później okazuje, szybko wyleczy jego zapalenie.

Sukces wspinaczki napawa nas optymizmem na dalszą część tanzańskiej wyprawy. Już następnego ranka mamy ruszać dalej.

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • Następna »

Komentarze (3)

  • 10.04.15, 08:35

    Komentarz usunięty

  • 03.10.13, 10:10

    Komentarz usunięty

  • 26.09.13, 09:37

    Komentarz usunięty


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyprawy pod patronatem Etraveler.pl

  • Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Autor: Źródło: materiały promocyjne

    Data publikacji: 25.03.2015 09:20

    Liczba odwiedzin: 2455

    Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza Równoleżnik Zero, który odbędzie się w dniach 9-11 kwietnia 2015 r. w Mediatece (Pl. Teatralny 5) i Bibliotece Turystycznej (ul.Szewska 78) to wydarzenie skierowane do osób pragnących poczuć klimat podróżowania oraz wspaniała okazja do spotkania z podróżnikami i autorami książek. Tegoroczna edycja będzie poświęcona krajom Ameryki Północnej i Środkowej. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 02.03.2015 10:11

    Liczba odwiedzin: 2555

    Pięcioletnia podróż Pawła Kilena w poszukiwaniu przygody i spełnienia marzeń. Z lekkim zarysem planu i z bardzo małym budżetem. Udowadnia wszystkim, a przede wszystkim sobie, że powiedzenie „Chcieć, to móc” nie jest fikcją. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • WyCHILEoutowana

    WyCHILEoutowana

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.09.2014 12:38

    Liczba odwiedzin: 7460

    „Nigdzie indziej na świecie nie ma tylu Niemców, którzy mówią po hiszpańsku i czczą bohatera narodowego o nazwisku O’Higgins”. Właśnie ta, zasłyszana wieki temu opinia na temat Chile pchnęła moje zainteresowania w kierunku owego chudego jak patyk kraju. Choć od tamtego czasu minęło już wiele lat, ciekawość pozostała, ale decyzja o wyjeździe zapadła dopiero niedawno. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka południowa, chile, patagonia

  • Czas na debiut – Strefa Darien

    Czas na debiut – Strefa Darien

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 25.09.2014 10:24

    Liczba odwiedzin: 4155

    Książka Michała Zielińskiego to osobisty zapis wrażeń z wyprawy do jednego z najmniej uczęszczanych rejonów świata – południowoamerykańskiej selvy, czyli dżungli. »

    Tagi: patronat medialny

  • Kurs na Indonezję

    Kurs na Indonezję

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 19.09.2014 09:47

    Liczba odwiedzin: 4957

    Karolina i Bartek, para młodych inżynierów z Krakowa i autorów bloga Kurs na Wschód, wkrótce rusza w kolejną podróż. Tym razem zamierzają odwiedzić Indonezję, przyjmując za cel nie tylko relaks pod palmami, ale także zebranie sporej ilości materiału reporterskiego, który ma czytelnikom ich bloga pokazać azjatycki kraj od podszewki. Karolina i Bartek obierają kurs na Indonezję! »

    Tagi: patronat medialny, azja, indonezja

  • 8000 km Across Canada

    8000 km Across Canada

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 01.08.2014 16:09

    Liczba odwiedzin: 4489

    Czy można pokonać pieszo dystans 8000 km w ciągu 8 miesięcy, samotnie, bez większego wsparcia z zewnątrz, mierząc się z różnorodnymi warunkami klimatycznymi oraz terenowymi? Można, trzeba mieć tylko jasno określony cel. A taki z pewnością przyświeca Jakubowi Mudzie, który wraz z początkiem stycznia 2015 roku wybiera się w pieszą wyprawę 8000 km Across Canada, od wybrzeża Pacyfiku aż po Atlantyk. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka północna, kanada

  • 850 km, by znaleźć dom

    850 km, by znaleźć dom

    Autor: Anna Kaca

    Data publikacji: 16.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 4024

    W tegoroczne wakacje razem z moim czworonogiem pokonam pieszo 800 km, promując adopcje psów aktywnych. Od Karkonoszy po Bieszczady będę prezentować ludziom dwa bardzo aktywne psy, które od wielu lat nie potrafią znaleźć domu. Pokaże również, że wakacje można spędzać ze swoim czworonogiem w fajny dla obu stron sposób. »

    Tagi: patronat medialny

  • Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Autor: Archeolodzy w podróży

    Data publikacji: 11.07.2014 12:45

    Liczba odwiedzin: 3364

    Minął ponad rok, odkąd grupa archeologów i jeden grafik zdecydowali się na podróż swojego życia, odwiesiła na jakiś czas pracę i studia i wyruszyła do Rosji. Teraz, projekt „Archeolodzy w Podróży” odżywa – w nieco zmienionym składzie (więcej info tutaj: http://archeolodzywpodrozy.blogspot.com/p/o-nas.html) ruszamy tym razem na północ! »

    Tagi: europa, norwegia, skandynawia, patronat medialny

  • Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Autor: Tomasz Korgol

    Data publikacji: 01.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 2935

    Celem mojej najbliższej wyprawy jest Nepal. Trasa wiedzie z Wrocławia przez Węgry, Bułgarię, Rumunię, Turcję, Gruzję, Armenię, Irak (Kurdystan), Iran, Pakistan, Indie, Nepal. Łącznie 15 tysięcy kilometrów, samotnie, autostopem. Wyprawa jest częścią projektu pod nazwą ,,Z uśmiechem na (Bliski) Wschód”. »

    Tagi: patronat medialny, azja, indie, nepal

  • Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 30.05.2014 11:39

    Liczba odwiedzin: 2805

    W trakcie minionego I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej, któremu patronował między innymi portal Etraveler.pl, słuchacze mieli okazję nie tylko przenieść się w odległe i niezwykle różnorodne części świata, ale i dostali spory zastrzyk inspiracji, po którym na pewno niełatwo będzie wysiedzieć w domu. »

    Tagi: europa, polska, patronat medialny

  • Gobi Expedition 2014

    Gobi Expedition 2014

    Autor: Łukasz Kraka-Ćwikliński

    Data publikacji: 26.05.2014 16:34

    Liczba odwiedzin: 2951

    Wyprawa przez drugą co do wielkości pustynię na świecie zbliża się wielkimi krokami. Do jej rozpoczęcia zostały niespełna dwa miesiące, co sprawia, że jest to dobry moment, by przypomnieć zainteresowanym, na czym polega jej wyjątkowość. »

    Tagi: azja, mongolia, gobi, patronat medialny

  • Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.05.2014 15:10

    Liczba odwiedzin: 2461

    Już w najbliższy piątek (30.05.) rusza w Lublinie Festiwal Podróżniczy u Przyrodników. W programie znalazły się slajdowiska z całego świata: Kolumbia, Antarktyda, Portugalia, Niemcy, Słowenia, Chorwacja) oraz z Polski (Opolszczyzna i Białowieski Park Narodowy). Ideą Festiwalu jest ukazanie piękna i bogactwa przyrody w skrajnie różnych rejonach świata. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Bałkany Trip 2014

    Bałkany Trip 2014

    Autor: BusTrip into the Wild

    Data publikacji: 12.05.2014 09:20

    Liczba odwiedzin: 10293

    Jak opisać w kilku słowach projekt BusTrip Into The Wild? 26-letni volkswagen T3, siedmioro podróżników i 12 krajów, które chcemy odwiedzić w trzy tygodnie, jak najmniejszym kosztem. »

    Tagi: patronat medialny, europa

  • I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 28.04.2014 10:02

    Liczba odwiedzin: 14832

    Już 23 i 24 maja rusza w Środzie Wielkopolskiej pierwszy Festiwal Podróżniczy organizowany przez Klub Szalonego Podróżnika. Dwa dni festiwalowe będą składać się z prezentacji prelegentów o „Statuetkę Klubu Szalonego Podróżnika” za najlepszą prezentację podróżniczą, prezentacji filmów oraz relacji podróżniczych zaproszonych gości specjalnych. Poza tym na każdego z uczestników czekają liczne konkursy i atrakcje festiwalowe. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • 4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    Autor: Joanna Maślankowska i Adam Wnuk

    Data publikacji: 15.04.2014 11:35

    Liczba odwiedzin: 3309

    1 miesiąc, 2 autostopowiczów i 4 żywioły do pokonania. Podczas miesięcznej wyprawy zasmakujemy dań gotowanych w rozgrzanej ziemi, wykąpiemy się w najwspanialszych wodospadach Europy, staniemy na skraju dwóch ogromnych płyt tektonicznych jednocześnie i (mam nadzieję) nie zostaniemy porwani razem z namiotem przez niezwykle silne wiatry. Wszystko to z dobytkiem na plecach i wyciągniętym w górę kciukiem. »

    Tagi: patronat medialny, europa, islandia

  • I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 21.03.2014 14:44

    Liczba odwiedzin: 16382

    24 maja 2014 r. w Ośrodku Kultury w Środzie Wielkopolskiej w ramach Średzkich Sejmików Kultury 2014 odbędzie się I Festiwal Podróżniczy zorganizowany przez poznański Klub Szalonego Podróżnika. W ramach Festiwalu przewidziane są przede wszystkim prelekcje podróżnicze, slajdowiska, dyskusje i spotkania z podróżnikami. Prelegenci przedstawią swoje dotychczasowe podróże po różnych regionach świata i opowiedzą związane z nimi historie, przygody i wrażenia. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • Następna »

Spotkania i imprezy podróżnicze