Dziś jest 23.01.2020

Imieniny obchodzą Ildefons, Rajmund, Klemens, Emerencja

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

Ameryki dwie – Chile

Autor: Joanna Lisowska

Data publikacji: 05.12.2011 13:01

Liczba odwiedzin: 4180

Tagi: ameryka południowa, chile, punta arenas, pucon, ushuaia, relacje, joanna lisowska

Trzy loty złożyły się na ponad dobową przeprawę do Ameryki Południowej. Podczas gdy Warszawa żegnała nas zaśnieżonymi widokami, to poza oblodzoną Aconcaguą, nad którą przelatywaliśmy, Chile powitało nas rozżarzonym od słońca dniem.

Neonowe lodowce
Trekking w masywie Torres del Paine. Fot. Joanna Lisowska

Santiago de Chile

Szybka wymiana dolarów amerykańskich na chilijskie pesos w lotniskowym kantorze i po chwili siedzieliśmy w kilkuosobowym busie „Transvip” poleconym przez koleżankę z Chile, a rozwożącym pasażerów pod wskazane adresy. Na początku trochę się obawialiśmy, a to głównie przez niepewność – nie wiedzieliśmy, czego można spodziewać się po nieznanych nam Latynosach, jakie są ich zwyczaje, czego się wystrzegać i czy poznana na stronie internetowej dziewczyna nie okaże się kimś zupełnie innym. Nie okazała się. Dwa dni spędziliśmy z jej matką, która potraktowała nas jak własne dzieci, pokazała stolicę, uprzedziła o zachowaniach Chilijczyków, dała cenne wskazówki, a przede wszystkich jako pierwsza uraczyła regionalnymi przysmakami.

Kolejnym miejscem, które zamierzaliśmy odwiedzić było Vina del Mar, położone niedaleko słynnego chilijskiego portu Valparaiso. Nadmorskie miasteczka pozwoliło oswoić się ze zmianą czasu, kontynentu i odpocząć od adrenaliny, która towarzyszyła nam od początku. Chile okazało się strzałem w dziesiątkę – to dobry kraj dla początkujących backpackerów, jest w wyborze najbardziej cywilizowanego latynoskiego kraju dla „początkujących”. Ludzie okazali się być otwarci, ciepli i pomocni na każdym kroku. A obawa przed komunikacją w obcym języku okazała się bezpodstawna. Nawet nie spostrzegliśmy się, kiedy całkiem naturalnie zaczęliśmy rozmawiać po hiszpańsku.

Pucon

Viña del Mar stanowiło spokojny przystanek adaptacyjny przed kolejnymi wakacjami, tym razem w Pucon – raju wypełnionym wszelkimi możliwymi atrakcjami. Miasteczko wśród gór, z majestatycznym wulkanem Villarica widocznym z każdego punktu okolicy, jeziorem i pięknymi widokami. Znajdowanie noclegów również okazało się być błahostką. W każdym miejscu, do którego docieraliśmy, pojawiały się osoby, które były tak samo zainteresowanie oferowaniem kwatery, jak i my ich poszukiwaniem. Zazwyczaj byli to właściciele bądź pracownicy jakichś niedrogich hosteli. Tu przyszło nam spędzić czas w klimatycznym westernowskim domku tętniącym życiem towarzyskim wszystkich stron świata. Gdy za dnia serwowaliśmy sobie pierwszorzędne emocje, wieczorami bawiliśmy się w z innymi podróżnikami przebywającymi w drodze od wielu miesięcy.

Park Huerquehue
 
Park Huerquehue
fot. Joanna Lisowska

W Pucon trafiliśmy na biuro turystyczne prowadzone przez Chilijczyka z polskimi korzeniami, który w przystępnej cenie zaoferował nam zestaw atrakcji. I tak zjechaliśmy okolicę na rowerach wypożyczonych u Malinowskiego za pół darmo, wykupiliśmy sobie jednodniową wycieczkę na koniach, przemierzając górzyste tereny na przyjaznych zwierzakach dobranych – być może – nawet charakterologicznie do nas, zaznaliśmy podniebnej uczty na pokazowej kolacji zorganizowanej w słomianej chacie Indian Mapuche i weszliśmy o świcie na słynny aktywny wulkan. Przygodowy tydzień w Pucon uwieńczyła podróż na własną rękę do bajecznego parku Huerquehue, obfitującego w wiele niesamowitych lagun ukrytych w egzotycznej, dżunglowej roślinności. Do Chilijczyków przekonywaliśmy się na każdym kroku, a zadziwiającą otwartością i sympatią zaskoczyło nas starsze małżeństwo prowadzące swój interes pod postacią budki z łakociami nad jeziorem. Ze zwykłej ludzkiej serdeczności señor zaproponował wspólne spędzenie popołudnia w jego łódce na tamtejszym jeziorze.

Zbliżał się koniec marca, a to oznaczało konieczność zwiększenia tempa podróży ku południowemu krańcowi Chile. Chcąc odwiedzić Torres del Paine, musieliśmy się śpieszyć. Nadchodziła zima, bez której i tak na lodowcu panują chłodne temperatury. To mogłoby utrudnić dostanie się do celu. Nocnym autobusem dojechaliśmy do Puerto Montt, skąd chcieliśmy drogą morską dotrzeć do Punta Arenas a stamtąd do Puerto Natales – bazy wypadowej do Torres del Paine. Czas naglił, okres rejsowy właśnie się kończył, a ceny na statku przewyższały zakładany dzienny budżet.

Jadąc na koniec świata

Kolonialne Punta Arenas
 
Kolonialne Punta Arenas
fot. Joanna Lisowska

Jedyną opcją w tym momencie była ponad trzydziestogodzinna podróż autobusem przez Argentynę do Punta Arenas. Chile to kraj znacznych odległości, a co za tym idzie, długich godzin spędzanych w autobusach, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. O dziwo, komunikacja przeszła nasze wszelkie oczekiwania – w wysokiej klasy piętrowych autobusach, w wygodnych, rozkładanych siedzeniach nawet na długich trasach podróżowała się miło i komfortowo. Załoga puszczała nam najnowsze oscarowe filmy w języku angielskim, wieczorami podając koce i regulując klimatyzację, gdy skwar za oknem był nie do zniesienia. W Puerto Montt skosztowaliśmy owoców morza, z których to miejsce słynęło. Dziwnymi smakami raczyliśmy się w porcie, gdzie z daleka dolatywał zapach morza i jego bogactw.

Rankiem wzięliśmy autobus w kierunku Patagonii. Ciągnąca się długim pasem pożółkłą i wysuszoną pampę, co jakiś czas urozmaicało pasące się stado alpak czy strusi nandu. Czuliśmy magię nazw „Cieśnina Magellana” czy „Przylądek Horn”. Zbliżaliśmy się na kraniec świata.

Tu ewidentnie wyczuwało się chłód. Każdy oczekiwał przyjścia zimy lada chwila. Czas naglił. Kolonialne Punta Arenas z urokliwym Plaza de Armas i pomnikiem Magellana po środku, wąskie uliczki przepełnione młodymi ludźmi, biura turystyczne oferujące wyprawy na Arktykę czy Wyspę Magdalenę „zaludnioną” przez małe nieporadne pingwiny, tworzyły przyjazny klimat. Miasto dogłębnie poznaliśmy na rowerach wypożyczonych w jednym z biur.

Po relaksującej wizycie w tajemniczym Parku Narodowym Magellana i zwiedzeniu ogromnego cmentarza z nietypowymi nagrobkami wbudowanymi w długie białe ściany postawione po jego bokach, trafiliśmy na okazję ostatniego w tym sezonie rejsu ekskluzywnym statkiem wokół Przylądka Horn. Ostatnia atrakcja zdecydowanie przekraczała nasz budżet, ale zaryzykowaliśmy. Nie byliśmy pewni, czy kiedyś jeszcze dane nam będzie zobaczyć lodowce na wyciągnięcie ręki, mimo że w planie mieliśmy Torres del Paine. Krzysztof nadal cierpiał z powodu kontuzji kostki i nie byliśmy pewni, jak zniesie długie trekkingi po „zimowym” parku.

Magiczny cmentarz  w Punta Arenas
Magiczny cmentarz w Punta Arenas. Fot. Joanna Lisowska

Po paru dniach zjawiliśmy się w tekturowym, niczym z pudełek od zapałek, miasteczku Puerto Natales. Stąd organizowane były wyprawy do oddalonego o 100 km Torres del Paine. Robiło się coraz chłodniej, co na własnej skórze odczuliśmy już pierwszej nocy w dogrzewanym tekturowym hostelu. Na miejscu wypożyczyliśmy sobie namiot i karimaty. Śpiwory mieliśmy swoje. Miła gospodyni „Nico’s” zarezerwowała nam bilety na poranny autobus do parku i zorganizowała spotkanie z przewodnikiem, który przedstawił nam kilka opcji jego zwiedzania w zależności od czasu, którym dysponowaliśmy, kondycji i chęci.

Torres del Paine

Przekraczaliśmy bramy zadżdżonego od deszczu Torres del Paine wczesnym rankiem. Autobusy zatrzymywały się tu na chwilę, by turyści mogli zakupić bilety wstępu. Jedni ruszali z tego punktu na różne szlaki, my podjeżdżaliśmy do Laguny Pehoe, skąd katamaranem mieliśmy się dostać do pola namiotowego, spędzić tam noc i dwa dni na trekkingu wśród lodowców. Każde miejsce przypominało, że zima jest tuż tuż. Prując przez mroźne wody jeziora, dostrzegaliśmy pierwsze majestatyczne widoki oblodzonych szczytów gór. Na miejscu, obok drogiego hotelu rozstawiliśmy namiot i ruszyliśmy w kierunku miradoru (widoku) na Glaciar Grey.

Torres del Paine słynie z trasy, która prowadzi do wielu ciekawych miejsc, zaś na końcu każdego szlaku zazwyczaj znajduje się camping. Traperzy spędzają tu zazwyczaj kilka dni obładowani niezbędnym bagażem, przemieszczając się od campingu do campingu. Na plecach noszą zwykle namiot, ciuchy, sproszkowane jedzenie i mały zestaw do kucharzenia. My nie mieliśmy czasu na dłuższy pobyt ze względu na rejs, na który zdecydowaliśmy się spontanicznie i który zaczynał się za trzy dni w Ushuaia – najbardziej wysuniętym na południe mieście świata, należącym do Argentyny. Dodatkowo sprawdzaliśmy, czy Lisu z niewyleczoną kontuzją da radę na piechotę pokonać tak długi odcinek. Trasa wiodąca dnem wąwozu obfitowała w soczyste kolory roślinności. W górach jak to w górach – pogoda zmieniała się co chwilę, a w Torres del Paine dodatkowo trzeba było przygotować się na różne anomalie. Szliśmy w strugach deszczu, nie widząc nawet własnych butów.

Nowy „dom” w Torres del Paine
 
Nowy „dom” w Torres del Paine
fot. Joanna Lisowska

Co jakiś czas ku naszym oczom wyłaniały się nowe, niesamowite pejzaże: a to brązowe owalne wzgórza, a to groźne szarawe ostrza zaśnieżonych szczytów gór z drugiej strony. Uwieńczeniem szlaku były seledynowo-niebieskie odłamki lodowców pływające w tutejszych wodach i potężny lodowiec Glaciar Grey. Tego obserwowaliśmy, czując ukłucia spadającego na twarz gradu. Wróciliśmy na camping po pięciu godzinach wypruci fizycznie. Noga Krzyśka zdała egzamin, więc mogliśmy planować kolejne, większe wyczyny. Ogromny wysiłek i ogólne wymarznięcie potęgowało apetyt i zadowolenie ze sztucznego posiłku, który zaserwowaliśmy sobie ze sproszkowanych zupek. Mimo targającego wiatrem namiotu i okrycia na cebulę, przetrwaliśmy noc i rano obudziliśmy się wyspani i zadowoleni.

Następny dzień to „środek” słynnego W. Niestety kondycja mojego męża opadła i w spokoju po trzech godzinach kolejnych górskich wrażeń, tym razem z płatkami śniegu za pan brat, wrócił do namiotu na odpoczynek, a ja udałam się do kolejnych „miradorów” trasy. Pejzaże na dziewiczym szlaku, nieuczęszczanym przez turystów zmieniały się jak w kalejdoskopie. Drewniane kładki zarzucone wśród pożółkłych traw, tajemniczy ciemny las, mosty nad rwącą i spienioną rzeką rozbijającą się o ogromne kamienie. Piękna ściana góry pokrytej skrzącym się na niebiesko lodem była moim ostatnim przystankiem przed powrotem do campingu, na którym czekał na mnie mąż. Po południu opuszczaliśmy park.

Z Puerto Natales dostaliśmy się do Punta Arenas, a stamtąd kontynuowaliśmy długą przeprawę do Ushuaia. Ze spokojnymi widokami na Ziemię Ognistą dotarliśmy do ekskluzywnego i drogiego argentyńskiego kurortu wśród gór. Nie zdążyliśmy wyjąć przewodników w poszukiwaniu noclegu, gdy zaraz posypały się oferty hosteli. Wzięliśmy pierwszy lepszy za rozsądną cenę – i tak mieliśmy się tu tylko przespać. O ile po drodze nie poznaliśmy ani jednego podróżującego Polaka, tak w młodzieżowym „Patagonia” spotkaliśmy aż dwie pary, które parę miesięcy wcześniej równie przypadkowo poznały się w Ekwadorze. Wymieniając się podróżniczymi spostrzeżeniami, z radością rozmawialiśmy w ojczystym języku. Sympatyczny wieczór spędziliśmy, racząc się wytrawnym czerwonym winem „Gato Negro” i nakręcając się coraz bardziej na Boliwię, o której usłyszeliśmy od nowych znajomych. W planie pojawiła się słynna Pustynia Solna w południowej części tego kraju.

Lazurowe lodowce na wyciągnięcie ręki
 
Lazurowe lodowce na wyciągnięcie ręki
fot. Joanna Lisowska

Rankiem zdaliśmy bagaże na statek w agencji turystycznej firmy Australis i w oczekiwaniu na popołudniowy rejs, zwiedzaliśmy miasteczko. Każda witryna sklepowa przypominała, że znaleźliśmy się na krańcu świata, a sklepy pamiątkowe obładowane były posążkami pingwinów, wielorybów czy fok. Późnym popołudniem ruszyliśmy, żeby przeżyć najbardziej ekskluzywne trzy dni w trakcie całej wyprawy. Kajuta, w której przyszło nam mieszkać, przypominała salon naszego mieszkania, zaś posiłki obfitowały w najdziwniejsze, a zarazem najpyszniejsze smakołyki kuchni chilijsko-argentyńskiej podawane niczym w hotelu pięciogwiazdkowym. Australis powitał nas kolorowym szampanem wśród dźwięków tanga i show tanecznego.

Następnego dnia o świcie dotarliśmy do Przylądka Horn, gdzie podejmowaliśmy próbę zejścia na brzeg. Złe warunki pogodowe, z których niestety to miejsce słynęło, utrudniły stanięcie na faktycznie ostatnim skrawku ziemi na południa świata. Dla mnie była to okazja, żeby dogłębnie zapoznać się z muszlą klozetową naszej luksusowej łazienki. Na szczęście później już tak nie bujało i choroba morska ustąpiła na dobre. Kolejnym punktem programu było popołudniowe zejście na ląd połączone z delikatnym trekkingiem po jednej z wysepek Cieśniny Magellana – Wuluaia. Organizatorzy dbali nie tylko o nasze samopoczucie estetyczne – widoki były naprawdę spektakularne, ale również smakowe. Po niezbyt męczącym szlaku zaserwowano nam do wyboru – gorącą czekoladę lub zimną whisky na rozgrzewkę. W międzyczasie każdą wolną chwilę można było spędzać w barze z darmowymi drinkami czy w dostępnej całą dobę kafejce z słodkościami, pyszną kawą i herbatą. A gdy tego było mało, goście mogli pogłębiać swoją wiedzę o regionie słuchając wykładów o Magellanie, pingwinach, uczestniczyć w degustacji chilijskiego wina czy umilać czas grą w bingo.

Wyspa Magdalena o świcie
 
Wyspa Magdalena o świcie
fot. Joanna Lisowska

Kolejnego dnia przyszło nam przedzierać się wąskimi zatokami wśród jaskrawo-niebieskich lodowców. Podpływaliśmy motorówkami w mniej dostępne szczeliny, obserwując śnieżne kolosy, które wydawały się być jak na wyciągnięcie dłoni. Huk odłamków spadających wewnątrz lodowca wywoływał ciarki na plecach, a szybujące nad głowami dzikie ptactwo stwarzało wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli w planie filmowym jakiejś przygodowej produkcji. Rejs zakończył się w Punta Arenas, skąd jechaliśmy na nowo częścią argentyńską ku północy Ameryki Południowej.

KOMU W DROGĘ, TEMU PORADNIK!

  • Codzienny budżet: 70 USD na parę (kwota po rozłożeniu na cały pobyt w kraju i zawierająca dodatkowe atrakcje, jak i dni, podczas których takiej sumy się nie wydawało); standard noclegu – hostel, ale w większości wypadków braliśmy dwuosobowe pokoje o podwyższonym standardzie; w wyjątkowo drogiej Patagonii decydowaliśmy się na łóżko w pokoju wieloosobowym, tzw. „dormie”. Staraliśmy się szukać hosteli z ogólnodostępnymi kuchniami, by samemu gotować i unikać stołowania się w drogich knajpach. Poza drogim jednorazowym wyskokiem rejsowym, pozostałe atrakcje nie były tak kosztowne. Mimo to Chile należy do jednych z droższych krajów Ameryki Południowej, ale jednocześnie jest bardzo europejskie. Na hostel zdecydowaliśmy po przejrzeniu przewodnika, choć częściej na stacji autobusów stali właściciele kwater, bądź pracownicy agencji wyłapujący turystów. Nie jest to bynajmniej naciąganie, bo często wychodzi się na tym korzystniej niż szukając na własną rękę. Dodatkowo Latynosi uwielbiają się targować. Wyjątkowo polecam: w Pucon – drewnane domki na Calle Arauco 565, Puerto Montt – Hostel Ancriben, Puerto Natales – hostel Nico’s (fantastyczna i domowa atmosfera).

  • Wizy: Polacy są zwolnieni z obowiązku wizowego (mimo wszystko polecam sprawdzenie tej, jak i wielu innych przydatnych informacji na stronach MSZ). W Chile dość istotną kwestią, która przynajmniej nam trochę utrudniała życie, był fakt pozbywania się jedzenia przy wjeździe do tego kraju. Trzeba mieć to na uwadze, bo nawet nieświadome ukrycie produktów pochodzenia roślinnego i zwierzęcego w bagażu może wiązać się z przykrą, jeśli nie stresującą sytuacją.

  • Warto spróbować: Empanadas – nadziewanych mięsem pierożków, smażonych na głębokim tłuszczu (świetny i tani rarytas); completo – hot-dog z sosem z avokado; plato de todos – bardziej z ciekawości, bo nam mieszanka owoców morza z różnego rodzaju mięsem w jednym garze serwowana z podanym w szklance wywarem rybnym nie odpowiadała smakowo; naturalnych wyrobów Indian Mapuche – wszystko przygotowane bardzo naturalnie naturą i tylko z tego, co ziemia daje.

    Najlepszym sposobem na zaoszczędzenie na jedzeniu, poza samodzielnym gotowaniem, jest menu al dia – z góry ustalone menu dnia, złożone z aperitifu (często do wyboru z dwóch: alkoholowy lub napój gazowany), przystawki lub zupy, drugiego dania i często deseru. Z napojów warto skosztować: pisco sour – napój alkoholowy uznany za przysmak narodowy, (jak się później jednak okazało, alkohol został wymyślony i stworzony w Peru); wyjątkowo dobre i niedrogie czerwone wino Gato Negro oraz występujący jedynie w Chile szczep Carmenere (również czerwone wina wytrawne); owocowe nektary o przedziwnych smakach (brzoskwiniowy, mango, jagodowy itp.).

  • Komunikacja – bardzo dobrze rozwinięta, autobusy o wysokim standardzie (długie trasy umilają zazwyczaj: filmy dvd, koce – gdy zimno, klimatyzacja – gdy gorąco. W cenę biletu jest czasem wliczane również śniadanie, jeśli podróż trwa dłużej. Trzeba wziąć pod uwagę okres podróżowania na południe kraju, gdyż zbliżająca się zima „zamyka” drogę lądową a z czasem ogranicza liczbę kursujących i przez to bardzo drogich rejsów w kierunku Patagonii. Poza samolotem, najlepszą opcją dojazdu do Torres del Paine jest podróż autobusem stroną argentyńską. Ludzie są bardzo otwarci i pomocni. Wystarczy tylko chcieć się na nich otworzyć. Powitanie pocałunkiem porównywalne z naszym podaniem ręki.

  • Telekomunikacja pod postacią centrów z telefonami zwanymi casa de llamadas, dostępna na każdym kroku i wyjątkowo niedroga, w porównaniu z innymi elementami podróży po Chile.

  • Ułatwieniem życia backpackera są dostępne na każdym kroku pralnie – lavanderia. Wyjątkowo tanie.

  • Trzeba pamiętać, że Chile jest bardzo cywilizowanym krajem, gdzie wszystko można kupić, więc nie ma sensu wieźć z kraju produktów, które są tam ogólnodostępne. Warto jednak mieć przy sobie, np. scyzoryk, czy latarkę na głowę i jedną ulubioną lekturę. Przydaje się to przy dłuższej podróży. Książki można podmieniać w hostelach – zostawiać swoje, brać dostępne z biblioteczki (niestety rzadko w języku polskim).

  • Jeśli w Polsce lekarz zaleci przyjmowanie leków malarycznych na terenie Chile, poważnie bym to rozważyła, a na miejscu zapytała tubylców, czy to koniecznie. W naszym odczuciu – bezsensowne i bezpodstawne trucie organizmu.

  • Dla zainteresowanych poznaniem Pustyni Solnej, polecam zdecydowanie tańszą (kilkakrotnie) wersję w Boliwii, niż graniczącą z nią chilijską Salar de Atacama.

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • Następna »

Komentarze (2)

  • 13.03.15, 22:33

    Komentarz usunięty

  • 07.12.11, 11:28

    Komentarz usunięty


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyprawy pod patronatem Etraveler.pl

  • Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Autor: Źródło: materiały promocyjne

    Data publikacji: 25.03.2015 09:20

    Liczba odwiedzin: 3047

    Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza Równoleżnik Zero, który odbędzie się w dniach 9-11 kwietnia 2015 r. w Mediatece (Pl. Teatralny 5) i Bibliotece Turystycznej (ul.Szewska 78) to wydarzenie skierowane do osób pragnących poczuć klimat podróżowania oraz wspaniała okazja do spotkania z podróżnikami i autorami książek. Tegoroczna edycja będzie poświęcona krajom Ameryki Północnej i Środkowej. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 02.03.2015 10:11

    Liczba odwiedzin: 3088

    Pięcioletnia podróż Pawła Kilena w poszukiwaniu przygody i spełnienia marzeń. Z lekkim zarysem planu i z bardzo małym budżetem. Udowadnia wszystkim, a przede wszystkim sobie, że powiedzenie „Chcieć, to móc” nie jest fikcją. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • WyCHILEoutowana

    WyCHILEoutowana

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.09.2014 12:38

    Liczba odwiedzin: 8387

    „Nigdzie indziej na świecie nie ma tylu Niemców, którzy mówią po hiszpańsku i czczą bohatera narodowego o nazwisku O’Higgins”. Właśnie ta, zasłyszana wieki temu opinia na temat Chile pchnęła moje zainteresowania w kierunku owego chudego jak patyk kraju. Choć od tamtego czasu minęło już wiele lat, ciekawość pozostała, ale decyzja o wyjeździe zapadła dopiero niedawno. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka południowa, chile, patagonia

  • Czas na debiut – Strefa Darien

    Czas na debiut – Strefa Darien

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 25.09.2014 10:24

    Liczba odwiedzin: 4734

    Książka Michała Zielińskiego to osobisty zapis wrażeń z wyprawy do jednego z najmniej uczęszczanych rejonów świata – południowoamerykańskiej selvy, czyli dżungli. »

    Tagi: patronat medialny

  • Kurs na Indonezję

    Kurs na Indonezję

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 19.09.2014 09:47

    Liczba odwiedzin: 5541

    Karolina i Bartek, para młodych inżynierów z Krakowa i autorów bloga Kurs na Wschód, wkrótce rusza w kolejną podróż. Tym razem zamierzają odwiedzić Indonezję, przyjmując za cel nie tylko relaks pod palmami, ale także zebranie sporej ilości materiału reporterskiego, który ma czytelnikom ich bloga pokazać azjatycki kraj od podszewki. Karolina i Bartek obierają kurs na Indonezję! »

    Tagi: patronat medialny, azja, indonezja

  • 8000 km Across Canada

    8000 km Across Canada

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 01.08.2014 16:09

    Liczba odwiedzin: 5128

    Czy można pokonać pieszo dystans 8000 km w ciągu 8 miesięcy, samotnie, bez większego wsparcia z zewnątrz, mierząc się z różnorodnymi warunkami klimatycznymi oraz terenowymi? Można, trzeba mieć tylko jasno określony cel. A taki z pewnością przyświeca Jakubowi Mudzie, który wraz z początkiem stycznia 2015 roku wybiera się w pieszą wyprawę 8000 km Across Canada, od wybrzeża Pacyfiku aż po Atlantyk. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka północna, kanada

  • 850 km, by znaleźć dom

    850 km, by znaleźć dom

    Autor: Anna Kaca

    Data publikacji: 16.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 4917

    W tegoroczne wakacje razem z moim czworonogiem pokonam pieszo 800 km, promując adopcje psów aktywnych. Od Karkonoszy po Bieszczady będę prezentować ludziom dwa bardzo aktywne psy, które od wielu lat nie potrafią znaleźć domu. Pokaże również, że wakacje można spędzać ze swoim czworonogiem w fajny dla obu stron sposób. »

    Tagi: patronat medialny

  • Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Autor: Archeolodzy w podróży

    Data publikacji: 11.07.2014 12:45

    Liczba odwiedzin: 3891

    Minął ponad rok, odkąd grupa archeologów i jeden grafik zdecydowali się na podróż swojego życia, odwiesiła na jakiś czas pracę i studia i wyruszyła do Rosji. Teraz, projekt „Archeolodzy w Podróży” odżywa – w nieco zmienionym składzie (więcej info tutaj: http://archeolodzywpodrozy.blogspot.com/p/o-nas.html) ruszamy tym razem na północ! »

    Tagi: europa, norwegia, skandynawia, patronat medialny

  • Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Autor: Tomasz Korgol

    Data publikacji: 01.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 3533

    Celem mojej najbliższej wyprawy jest Nepal. Trasa wiedzie z Wrocławia przez Węgry, Bułgarię, Rumunię, Turcję, Gruzję, Armenię, Irak (Kurdystan), Iran, Pakistan, Indie, Nepal. Łącznie 15 tysięcy kilometrów, samotnie, autostopem. Wyprawa jest częścią projektu pod nazwą ,,Z uśmiechem na (Bliski) Wschód”. »

    Tagi: patronat medialny, azja, indie, nepal

  • Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 30.05.2014 11:39

    Liczba odwiedzin: 3425

    W trakcie minionego I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej, któremu patronował między innymi portal Etraveler.pl, słuchacze mieli okazję nie tylko przenieść się w odległe i niezwykle różnorodne części świata, ale i dostali spory zastrzyk inspiracji, po którym na pewno niełatwo będzie wysiedzieć w domu. »

    Tagi: europa, polska, patronat medialny

  • Gobi Expedition 2014

    Gobi Expedition 2014

    Autor: Łukasz Kraka-Ćwikliński

    Data publikacji: 26.05.2014 16:34

    Liczba odwiedzin: 3495

    Wyprawa przez drugą co do wielkości pustynię na świecie zbliża się wielkimi krokami. Do jej rozpoczęcia zostały niespełna dwa miesiące, co sprawia, że jest to dobry moment, by przypomnieć zainteresowanym, na czym polega jej wyjątkowość. »

    Tagi: azja, mongolia, gobi, patronat medialny

  • Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.05.2014 15:10

    Liczba odwiedzin: 2907

    Już w najbliższy piątek (30.05.) rusza w Lublinie Festiwal Podróżniczy u Przyrodników. W programie znalazły się slajdowiska z całego świata: Kolumbia, Antarktyda, Portugalia, Niemcy, Słowenia, Chorwacja) oraz z Polski (Opolszczyzna i Białowieski Park Narodowy). Ideą Festiwalu jest ukazanie piękna i bogactwa przyrody w skrajnie różnych rejonach świata. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Bałkany Trip 2014

    Bałkany Trip 2014

    Autor: BusTrip into the Wild

    Data publikacji: 12.05.2014 09:20

    Liczba odwiedzin: 12400

    Jak opisać w kilku słowach projekt BusTrip Into The Wild? 26-letni volkswagen T3, siedmioro podróżników i 12 krajów, które chcemy odwiedzić w trzy tygodnie, jak najmniejszym kosztem. »

    Tagi: patronat medialny, europa

  • I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 28.04.2014 10:02

    Liczba odwiedzin: 20180

    Już 23 i 24 maja rusza w Środzie Wielkopolskiej pierwszy Festiwal Podróżniczy organizowany przez Klub Szalonego Podróżnika. Dwa dni festiwalowe będą składać się z prezentacji prelegentów o „Statuetkę Klubu Szalonego Podróżnika” za najlepszą prezentację podróżniczą, prezentacji filmów oraz relacji podróżniczych zaproszonych gości specjalnych. Poza tym na każdego z uczestników czekają liczne konkursy i atrakcje festiwalowe. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • 4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    Autor: Joanna Maślankowska i Adam Wnuk

    Data publikacji: 15.04.2014 11:35

    Liczba odwiedzin: 3806

    1 miesiąc, 2 autostopowiczów i 4 żywioły do pokonania. Podczas miesięcznej wyprawy zasmakujemy dań gotowanych w rozgrzanej ziemi, wykąpiemy się w najwspanialszych wodospadach Europy, staniemy na skraju dwóch ogromnych płyt tektonicznych jednocześnie i (mam nadzieję) nie zostaniemy porwani razem z namiotem przez niezwykle silne wiatry. Wszystko to z dobytkiem na plecach i wyciągniętym w górę kciukiem. »

    Tagi: patronat medialny, europa, islandia

  • I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 21.03.2014 14:44

    Liczba odwiedzin: 22212

    24 maja 2014 r. w Ośrodku Kultury w Środzie Wielkopolskiej w ramach Średzkich Sejmików Kultury 2014 odbędzie się I Festiwal Podróżniczy zorganizowany przez poznański Klub Szalonego Podróżnika. W ramach Festiwalu przewidziane są przede wszystkim prelekcje podróżnicze, slajdowiska, dyskusje i spotkania z podróżnikami. Prelegenci przedstawią swoje dotychczasowe podróże po różnych regionach świata i opowiedzą związane z nimi historie, przygody i wrażenia. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • Następna »

Spotkania i imprezy podróżnicze