Dziś jest 16.06.2019

Imieniny obchodzą Alina, Justyna, Benon, Aneta

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

Autostopowa podróż przez krainę bałkańskich upiorów

Autor: Maciej Laudański

Data publikacji: 05.11.2012 12:20

Liczba odwiedzin: 6402

Tagi: europa, bałkany, bośnia i hercegowina, autostop, relacje, podróżnicze hardkory, turystyka autostopowa, autostop relacje z podróży

Chęć przeżycia czegoś ciekawego oraz poszerzanie własnych horyzontów.

Karolina Sprenga i Maciej Laudański. Autostopowa podróż przez krainę bałkańskich upiorów.

Piszę tę relację po sześciu miesiącach od zakończenia XV edycji Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych. Z Sopotu uczestnicy wyprawy mieli dojechać do Dubrownika. Wziąłem w nich udział razem z Karoliną, moją dziewczyną. Pragnę się z Wami podzielić moimi refleksjami na temat naszej bałkańskiej wyprawy.

Przed podróżą nasza wiedza na temat Bałkanów była raczej znikoma. Studiuję historię, ale zajmowałem się dotychczas raczej moim „Małym Berlinem” – Bydgoszczą. Pamiętałem jednakże, z najwcześniejszych lat mojego dzieciństwa, echa wojny bałkańskiej, rozgrywającej się około tysiąc pięćset kilometrów na południe od Bydgoszczy. Pamiętałem „Bałkański Kocioł”, który eksplodował hekatombą nienawiści między dotychczasowymi sąsiadami. To były lata 1991 – 1995, a także 1999 oraz później – w 2008 roku w Kosowie. Płonął cały półwysep. Docierały do mnie relacje o wojnie. Padały nazwy dalekich miast: Zagrzeb, Vukovar, Knin, Mostar, Sarajewo. Później Belgrad i Prisztina. W 2008 roku, gdy niealbańscy Albańczycy stwierdzili, iż są Kosowarami. Kosowarzy stworzyli swoją ojczyznę, ogłaszając secesję od starej, wymęczonej Serbii.

To był 2008 rok, pamiętam, iż wtedy moje zauroczenie historią przeszło w prawdziwą miłość. Pamiętam jak razem z tatą oglądaliśmy TVN24, gdzie widzieliśmy ludzi o latynoskiej urodzie. Wtedy też tata dał mi książkę Dawida Warszawskiego „Obrona Poczty Sarajewskiej.” Książka była gruba i nie chciało mi się jej czytać. Wtedy dopiero zapytałem ojca, o co właściwie chodzi na tych Bałkanach. Odpowiedział mi – przez wiele lat Bałkany zamieszkiwało wiele narodowości, które nie za bardzo się lubiły. Kiedyś Tito trzymał ich wszystkich za mordę, ale w końcu umarł i wszyscy rzucili się sobie do gardeł. Chorwaci, Serbowie, Albańczycy, stare narody, oraz te nowe – Bośniacy oraz Kosowarzy. No a gdzieś na marginesie byli jeszcze Słoweńcy – mieszkańcy malutkiej spokojnej górzystej krainy, którzy w 1991 roku powstrzymali ogromną machinę Jugosłowiańskiej Armii Narodowej dowodzonej przez Serbów rządnych każdego skrawka Bałkanów.

Jest rok 2012, rok naszej wyprawy i początek mojej miłości do Bałkanów. Przed wyprawą porozmawiałem na temat Bałkanów z moim przyjacielem – Tomkiem Lisem, który odbył praktyki w ambasadzie RP w Sarajewie. Przestrzegał mnie: Ni cholera, nie gadaj z nikim na temat wojny! Rany w sercach tych ludzi są jeszcze świeże, łatwo możesz komuś przypomnieć o wszystkich okropieństwach, które przeżyli. Tak powiedział. On swoje, a ja jednak swoje. Wiadomo, o czym tu gadać z ludźmi, gdy jedzie się przez zrujnowane wsie? Gdy widzi się pełno śladów do kulach? Te ruiny krzyczały do mnie w obcych mi językach, miałem wrażenie, że wołają, by poznać ich historię. Wrzeszczały, a że jestem człowiekiem lubiącym gadać i słuchać, to gadałem i słuchałem. O tym jeszcze opowiem. Wrócę teraz do Lisa: Nie śpij na poboczach, w Bośni za żadną cholerę nie schodź z jezdni! Wszędzie możesz znaleźć miny! I to te, z którymi państwo sobie nie radzi. Miny produkcji jugosłowiańskiej, plastikowe, niemożliwe do znalezienia wykrywaczem. Gdy sprzedałem tę historię Karoli, rozważała, czy na pewno chce tam pojechać. Tyle tytułem wstępu. Pojechaliśmy.

Widoki
 
Widoki
fot. Laudański Maciej

Dwudziestego ósmego kwietnia o 12.00 odbył się start. Tak, ciekawa godzina przywołująca na myśl pojedynki na Dzikim Zachodzie. Początkowo mieliśmy problem z wyjazdem z Trójmiasta: zajęło nam to około pięciu godzin. Na szczęście, jak już ruszyliśmy, to jechaliśmy. Najpierw małymi „stopkami” dotarliśmy gdzieś do stacji benzynowej niedaleko Pelplina. Kierowca tira, który nas zabrał, powiedział, że zatrzymała się ze względu na minę Karoli: Wyglądała jak kot ze Szreka, tak zapalczywie machała, że wiedziałem, że jakbym was nie zabrał, to dostałbym taką wiąchę przekleństw, że uszy by mnie bolały.

Z Pelplina aż za Toruń zabrała nas mieszana para: pani była bydgoszczanką, a jej mąż był chyba Szwedem albo Norwegiem. Nie pamiętam ale nie ma to większego znaczenia. Wysadzili nas na parkingu gdzieś pod Toruniem. Tam po raz pierwszy zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Idealnie nadawał się do tego kibel dla niepełnosprawnych. Był duży, przestronny i można było się w nim zamknąć. Nie dane nam jednak było pospać. Zatrzymał się kolejny tir, który jechał na Śląsk. Karola usnęła z tyłu, a ja rozmawiałem z kierowcą. Dużo opowiadał o swojej pracy.

Za nami został Ciechocinek ze swoimi tężniami, Aleksandrów Kujawski z pięknym ogromnym dworcem będącym kiedyś dworcem granicznym pomiędzy Rosją i Prusami. Potem Włocławek, brzydkie miasto z ogromną fabryką nawozów i niezliczonymi jedenastopiętrowymi blokami. Później Kutno, również z dworcem, ale już nie pięknym, tylko, cytując Kazika: „Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy? Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy”. Dalej Łódź, miasto bliskie mi ze względu na podobieństwo do Bydgoszczy, Piotrków Trybunalski i Częstochowa. W końcu Katowice. Katowice, wszyscy się skatowali. My jednakże się nie skatowaliśmy, ale złapaliśmy genialną okazję.

Plecaki, gdzieś na trasie.
 
Plecaki, gdzieś na trasie.
fot. Laudański Maciej

Zatrzymał się pan Marian z Brodnicy, urodzony i mieszkający w dzieciństwie w Bydgoszczy. (Znowu ta moja Bydgoszcz?! Zaczynam się zastanawiać, czy nie jestem przypadkiem na nią skazany. Jak Rysiek Riedel na bluesa, tak ja na Bydgoszcz.) Pan Marian jechał do Włoch z transportem martwych świnek. Nocny tir do mięsa? Nie pociąg? Tir. Tak, to było to. Ładny duży klimatyzowany tir, bardzo fajny pan Marian! Oprócz tego że bydgoszczanin to jechał prawie do Chorwacji. Wsiedliśmy. Gdzie jedziecie? – zapytał. Do Chorwacji! – odpowiedzieliśmy. Ja pierdolę, a to kawał drogi, ale słuchajcie. Chcieliście dojechać do Cieszyna. Ale jakbym się wkurwił, to zawiozę was dalej. A jakbym się jeszcze bardziej wkurwił, to wysadzę was pod samą granicą z Chorwacją. – To niech się Pan bardzo bardzo, bardzo mocno wkurwi! – wykrzyknęliśmy z Karoliną. I pan Marian się wkurwił. A jego wkurwienie polegało na tym, iż wyrzucił nas w słoweńskim Mariborze. Jechaliśmy całą noc i połowę następnego dnia: Ostrava, Brno, Hustopeće, Malacky, Rużinow, Trnava, Nitra, Nove Zamky, Komarno, Tata, Tatabanya. Budapeszt. Nazwy odległych miast brzmiały jak zaklęcia wypowiedziane przez czarnoksiężnika.

Mknęliśmy przez słowacko-czeską noc i oprócz tego, co rozświetlały potężne reflektory Scanii, nic nie było widać. No, może trochę linii gór zarysowujących się na horyzoncie ciemniejsza barwą. Całą noc gadaliśmy z panem Marianem na wszystkie chyba tematy. Spaliśmy z Karolą na zmianę, żeby jedno z nas mogło towarzyszyć kierowcy.
No tak, to wygląda, coś za coś, niby za darmo, ale jednak nie ma nic za darmo. Kierowcy tirów zazwyczaj jak biorą "stopków", to właśnie po to, żeby obok, na siedzeniu był ktoś, kto pomoże im zwalczyć senność i odgonić samotność. Po to by gadać, słuchać, nie spać, odgonić upiory drzemiące hen gdzieś na różnych trasach w różnych krajach o różnych porach doby. Właściwie oprócz rozmowy nie działo się nic ciekawego. Może oprócz przejścia granicznego między Słowacją i Czechami.

O 4 nad ranem na przejściu żebrała Cyganka, chodząc od samochodu do samochodu. Cyganie, wolni jak ptaki, żyjący gdzieś poza granicami świata ludzi Europy, a także żyjący dzięki nim. Gdzieś później przeczytałem, że Słowacja wprowadziła ustawy aborcyjne nakazujące usuwanie ciąży Cygankom, które urodziły więcej niż dwójkę dzieci. Ichniejsi naukowcy stwierdzili bowiem, iż populacja Słowaków niedługo zostanie wyparta przez populację Cyganów. Mielibyśmy wtedy pierwsze państwo cygańskie na świecie. Ciekawe, jakby zostało nazwane? Papuszoland? Dajpieniądzeland? Romaland?

Rano Węgry. Węgrów znałem tylko z tego, iż lubują się w ostrych potrawach, że mają kosmiczny język, i że Polak – Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki. Wiem, byłem dyletantem jeśli chodzi o wiedzę na temat krajów leżących na południe od Polski. Zatrzymaliśmy się gdzieś na siusiu za Budapesztem.

Węgry
 
Węgry
fot. Laudański Maciej

Szekesfehervar albo Nagykanizsa. Albo też gdzieś pomiędzy. Tam w strasznie brzydkim kibelku przy autostradzie też widzieliśmy Cyganów. Byli kolorowo ubrani. Prawdziwi Cyganie, a nie te nasze polskie podróbki poubierane w ciuchy gdzieś zza wschodniej granicy. Pan Marian niezmordowanie prowadził, nie śpiąc, tylko wciąż mówiąc i słuchając na przemian mnie i Karoli. Wyrzucił nas na łąkach pod Mariborem, w miejscu, w którym nie było niczego, tylko łąki, stacja benzynowa w kierunku Lublany, czyli nie naszym, oraz my. I policja drogowa na drugim pasie machająca do nas, że mamy wynosić się z autostrady i nie łapać stopa. Dobrze, że kazali nam tylko odejść, mogli wlepić gruby mandat.

W życiu musi być równowaga. Po okresie jazdy przez pięć krajów znaleźliśmy się w czarnej dupie. W oddali majaczyła jakaś wioska. Prawdopodobnie była to Skoce Slivnica albo Zgornja Polskava. Ta druga ładnie się nazywa, jakoś tak znajomo. Poszliśmy tam się rozeznać, czy jest gdzieś jakaś stacja benzynowa albo dobry zjazd dla samochodów. Gadaliśmy z dzieciakami, bo to chyba była niedziela i rodzinni Słoweńcy spędzali czas z rodzinami, a nie włócząc się bez sensu. Nie gadali po angielsku, niemiecku i rosyjsku. Przed wyjazdem jednak nauczyłem się trzech chorwackich słów: Dobrodośli, Benzinskaja Pumpa oraz Hvala. Dzień dobry, stacja benzynowa oraz dziękuję. Dzieciaki na migi pokazywały nam, gdzie mamy się udać, zrozumiały, że chodzi nam o chorwacką Benzinską Pumpę. Usadowiliśmy się z plecakami przy drodze i spędziliśmy tam chyba z 6 godzin próbując coś złapać i przeklinając pierdoloną malutką Słowenię oraz ich niesympatycznych ludzi, którzy mają w dupie, że stoi chłopak i dziewczyna, że jest im gorąco, że są wkurwieni, i że Karolę zaczyna boleć głowa od upału.

Okolica Mariboru
 
Okolica Mariboru
fot. Laudański Maciej

Tam już wypatrzyliśmy samotnie stojącą w polu ambonę na dziki. Tzn. w Polsce strzela się z niej do dzików, a w Słowenii to nie wiedziałem i nie wiem do tej pory. Owa ambona była jednak super miejscem na nocleg. Spaliście kiedyś w ambonie na dziki? Ha ha, bo my nie. W końcu znalazł się łaskawy kierowca. Prowadziła kobieta – Serbka i jej napierdolony w cztery dupy kolega. Podobno był Amerykaninem z Nowego Jorku, no ale ja też mogę powiedzieć, że jestem np. Czeczenem czy też obywatelem Transnistrii.

Dowieźli nas do granicy z Chorwacją. Do wielkiej benzinskiej pumpy, na której spotkaliśmy masę ludzi – uczestników wyścigu, a właściwie dwóch wyścigów, bo w tym samym czasie co nasze mistrzostwa, odbywały się jednocześnie mistrzostwa z Wrocławia do Splitu. Cieniasy, połowa naszej drogi. Na stacji „stopki” były wkurzone, że nikt ich nie bierze, że ruchu nie ma, że ludzie mają ich w dupie itp. Coś mnie podkusiło, by spróbować na parkingu za stacją. Stało tam kilka tirów i ciemnoskórych, groźnie wyglądających mężczyzn. Karola powiedziała: Maciej, ja się ich boję, oni są przerażający.

Podszedłem jednak do nich. Nie gadali w żadnym znanym mi języku, więc jakoś na migi tłumaczyłem im, że chcemy do Chorwacji, że autostop, że kciuk, że to, tamto. Mówili, że mamy poczekać, że zaraz przyjdzie ich kumpel, który z nami pogada. Po chwili podszedł do nas mały Turek gadający płynnie w pięciu językach i pozwolił nam wsiąść do swojej ciężarówki. Turek okazał się super sympatycznym gościem, z którym gadaliśmy całą drogę do Zagrzebia. Chorwacja dobra? Dobra. Bośnia dobra? Dobra In Day, In night nie dobra. Polska Dobra? Nie dobra. Why? Cause we have to much Thiefs. Turcja dobra? Doooobra! Nie wiem, dlaczego zamiast słowa good używaliśmy słowiańskiego dobra. Turek ponadto był klarnecistą i razem z kolegami z Istambułu miał międzynarodowy zespół. Grał w nim podobno Cygan, Turek, Bułgar oraz człowiek z Wysp Owczych. Wyspiarz Owczy? Mały Turek włączył nam swoją płytę i zawsze, jak z radia dobiegał głos klarnetu, pytał: Dobre? To mówiliśmy oczywiście: Dobre, Dobre. I tak wjechaliśmy do Chorwacji. Na przejściu granicznym pogranicznik zapytał nas, dlaczego tak dużo ludzi stopem przyjeżdża do Chorwacji? Bo albo ma jakieś halucynacje, albo on nie wie, o co chodzi i takie coś zdarza mu się po raz pierwszy w karierze. Powiedzieliśmy mu, że bierzemy udział w mistrzostwach, obejrzał nasze dowody osobiste i życzył miłego pobytu. Karola stwierdziła: Jak w tym kraju są sami tacy super sympatyczni ludzie, to ja już kocham Chorwację. Turek wyrzucił nas w Zagrzebiu. Na ogromnym parkingu rozciągającym się wzdłuż autostrady i połączonym ze sobą nadziemnym tunelem.

Tu znowu spotkaliśmy Polaków. Pamiętam, iż byli tam między innymi Paweł z Weroniką, z którymi się skumplowaliśmy i potem spędzaliśmy razem czas w Dubrowniku. Próbowaliśmy coś łapać, ale ruch był niewielki. Udaliśmy się zatem naszą polską pielgrzymką na nocleg. (Wbrew obiegowej opinii- Polak za granicą = alkoholik, nie mogę się z nią zgodzić, gdyż ani jeden Polak spotkany przez nas na Bałkanach nie proponował nam wspólnego picia, tylko towarzystwo - żebyśmy razem gdzieś obok siebie spali.) Spaliśmy w nadziemnym tunelu, mocując łańcuchami plecaki do kaloryferów i kładąc się obok siebie na karimatach.

Dubrovnik
 
Dubrovnik
fot. Laudański Maciej



Wstaliśmy chyba około siódmej rano, przemyliśmy twarze i zjedliśmy z Karolą śniadanie składające się z chleba, pasztetu i obowiązkowego keczupu. Tak, keczupu. Keczup jest według mnie obowiązkowym składnikiem każdej wyprawy, gdyż zabija smak konserw i sprawia, że stają się one bardziej zjadliwe. Poszliśmy potem wzdłuż autostrady łapać stopa. Po jakimś czasie zatrzymał się samochód. Jechał nim młody mężczyzna, jak się później dowiedzieliśmy, były komandos. Chorwat. Gdy usłyszałem, że był komandosem, zalałem go milionem pytań o wojnę na Bałkanach.

Opowiedział nam, że walczył, że stracił 27 kumpli ze swojego oddziału i że zna Polaków, bo ćwiczył kiedyś z chłopakami z Gromu i byli to super ludzie. W ogóle wypytywałem go o wojnę – powiedział mi, iż historie naszych krajów są bardzo do siebie podobne, że jak my mieliśmy zabory, okupację hitlerowską i komunizm, tak oni mieli Państwo Osmańskie, Królestwo Serbów Chorwatów i Słoweńców, później faszystowski ruch Ustasza sympatyzujący z Niemcami oraz komunizm w wydaniu jugosłowiańskim. Chorwat słyszał o Wałęsie, popierał Solidarność. Opowiedział nam także o cenach w Chorwacji i o życiu w państwie, które - jak przeczytałem na jednym z murów - IZ KRVI I BOLA NIKNUT CE CVICE TORCIDA KONAVLE NIKAD ZABORAVIT TE NECE. (Z krwi i bólu wyrastają kwiaty i że nigdy nie zapomnimy chłopaków z Torcidy). Torcida jest to nazwa chuliganów z Hajduka Split, podobno bardzo ruchliwych.

Komandos wyrzucił nas jakieś sto kilometrów od Szybernika. Stamtąd dosyć szybko złapaliśmy Chorwata przewożącego na lawecie jacht. Dał mi koszulkę z piwem Ożujsko. Pozwolił mi palić w samochodzie i szybko się przekonał, że popełnił błąd. Nieświadomie bowiem pstryknąłem niedopałkiem przez okno. Jak się o tym dowiedział, zatrzymał wóz i popędził zobaczyć, czy przypadkiem nie podpaliłem mu jego łódki. Zdarzyło się to na szczęście niedaleko miejsca, gdzie miał nas wyrzucić, ponieważ po tym incydencie stał się opryskliwy. W sumie mu się nie dziwię. Zachowałem się, jakby to Karola określiła. jak: typowy Polak. Koszulkę jednak mam do dzisiaj.

Szyberniczanin wyrzucił nas przy autostradzie. Kolejna czarna dupa, tyle tylko, że nie było w niej nawet benzinskiej pumpy ani nawet ambony na dziki. Surowe pole, nawet nie uprawne. Było piekielnie gorąco, byliśmy zmęczeni i pokłóciliśmy się z Karolą. Po czterech godzinach zatrzymała się ciężarówka z młodym chłopakiem narzekającym na Chorwację. Że nic się nie dzieje, że mu nudno, że wszystkie miasta nudne, że mało imprez itp. Po drodze obserwowaliśmy zapierające dech w piersiach widoki, droga wiła się wzdłuż wybrzeży Adriatyku. Kierowca wyrzucił nas na przedmieściach Splitu. Tam też na stacji spotkaliśmy pielgrzymkę, chyba z Hiszpanii lub Portugalii.

Droga do Dubrovnika
 
Droga do Dubrovnika
fot. Laudański Maciej



Stamtąd zabrał nas fajny młody chłopak. Twierdził iż jest Hercegowianinem, ale ja się z nim kłóciłem, że nie ma czegoś takiego jak Hercegowina, jest tylko Bośnia i Hercegowina. Cierpliwie mi tłumaczył, iż Bośnia jest od Sarajewa w dół, a do Sarajewa poprzez Mostar jest Hercegowina. Czyli kraina zamieszkiwana przez Chorwatów. Mówił płynnie po angielsku i zapierdalał swoim golfem trójką ze 150 na godzinę. Utrwaliło mi się w pamięci, jak powiedział: My car is very crazy. Zaiste. Wyrzucił nas w miejscowości Baśka Voda. Tam był jakiś punkt widokowy oraz stał zniszczony dom. Tak po prostu stał sobie zrujnowany dom pomiędzy innymi, wypielęgnowanymi. Dopiero później dowiedziałem się, że opuszczone domy, w których nikt nie mieszka były domami Serbów, którzy wynieśli się z nich podczas wojny. Bardzo wiele z nich do dzisiaj jest jeszcze zaminowanych. Gdyby nam urwało nogi, zwaliłbym to na Lisa. Przestrzegał nas przed minami w Bośni, a nie w Chorwacji. A jednak mieliśmy szczęście i nic nam się nie stało. Zabrał nas stamtąd Chorwat, który jak się dowiedział, że jesteśmy z Polski, to się cieszył i mówił: Karol Wojtyla! Papa, Karol Wojtyla! To nieprawdopodobne, ile zrobił nasz polski papież. Później, gdy zainteresowałem się już Bałkanami, na youtube znalazłem piosenkę: Ivane Pavle drugi, Hrvatski Te narod lubi! Chorwaci również kochali papieża Polaka.

Makarska. Przeklęte miejsce na autostopowej mapie Europy.
 
Makarska. Przeklęte miejsce na autostopowej mapie Europy.
fot. Laudański Maciej

Hej, wio w daleki świat! Tu dla Ciebie miejsca brak! Małymi „stopkami”, trwającymi nie dłużej niż 20 minut, dojechaliśmy do Makarskiej. Makarska. Miejsce przeklęte wszystkich autostopowiczów. Kolejna czarna dupa na autostopowej mapie Europy. Spędziliśmy tam chyba z 4 godziny, wraz z innymi autostopowiczami będącymi w takiej samej czarnej dupie jak my. W końcu jednak los się do nas uśmiechnął. Wzięli nas hipisi z Luksemburga, którzy wieźli już dwóch Polaków. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w Neum - to to bośniackie miasteczko, wciśnięte pomiędzy Chorwację, a zarazem jedyny dostęp Bośni do morza. No ale mieli tańsze fajki i alkohol. Hipisi kupili nam piwo, włączyli klasykę amerykańskiego rocka i jechaliśmy w miłej i przyjemnej atmosferze. I tak dotarliśmy do Dubrownika, perły Adriatyku. Aha. Zapomniałem dodać, iż Karola jest malutka, ale ogórek hipisów był tak zawalony rzeczami, że musiała jechać u mnie na kolanach i było mi trochę ciężko.

Po dotarciu na miejsce rozbiliśmy namiot, a ja się uparłem, żebyśmy poszli na plażę; podobno była sto metrów od obozowiska. Spaliśmy w Kupari, sześć kilometrów od Dubrownika. Idąc na plażę zobaczyliśmy trzy ogromne zniszczone hotele. Zmierzchało. Usiedliśmy pod jednym z nich, na skalistej plaży, i piliśmy piwo. A właściwie ja piłem, gdyż Karola usadowiła się wygodnie, przytuliła do mojego ramienia i zasnęła.

Chorwacja jest krajem kontrastów. Z jednej strony wypieszczony, odrestaurowany, piękny Dubrownik, z marmurowymi posadzkami. Maciej, tu jest jak w kościele! A z drugiej strony Kupari. I trzy rozpierdolone hotele, w których, jak się później dowiedziałem, stacjonowała podczas wojny armia chorwacka. I do dzisiaj nie znalazł się inwestor, by coś z nimi zrobić. Tak więc stoi sobie piękny gejowski Dubrownik i stoi sobie rozpieprzone Kupari. A wszystko oddalone od siebie o sześć kilometrów.

Miejsce pamięci. Ante Gotovina.
 
Miejsce pamięci. Ante Gotovina.
fot. Laudański Maciej

Warto dodać przy okazji, iż mniej więcej w połowie drogi znajdowało się coś na kształt miejsca pamięci. Z plakatami przedstawiającymi żołnierza w eleganckim galowym mundurze i podpisami: Ante Gotovina, legenda hrvata! Ante Gotovina heroj a Ne zlocinać, Ante heroj not Haag! Sve za hrvatsku hrvatsku nizašto. Dodam, iż Gotovina był głównodowodzącym wojsk chorwackich podczas Oluji, operacji Burza, przeprowadzonej w roku 1995 w celu likwidacji Republiki Serbskiej Krainy, ze stolicą w Kninie. Taka jest Chorwacja. Chce do Unii Europejskiej, ale wciąż nie uporała się z demonami tej pięknej ziemi. Demonami ostatniej wojny. A Unia Europejska mówi: Chcecie do naszego dobrobytu, to wydajcie nam wszelkich zbrodniarzy wojennych. A Chorwacja ma dylemat. Dla ważniaków w drogich garniturach z Brukseli taki Gotovina jest zbrodniarzem wojennym, a dla Chorwatów – jednym z ojców założycieli niepodległej ojczyzny. Zwyciężył jednak mit o wspaniałości UE i Gotovina w końcu został ujęty i osądzony. I stąd właśnie te tabliczki. Odnośnie UE i nastrojów Chorwatów o tej krainie mlekiem i miodem płynącej najwięcej powiedziały mi mury. Co jakiś czas widziałem graffiti mówiące: Hrvatska jebe UE!!!. No, tak było.

W Kupari spędziliśmy trzy noce. Piliśmy ożujsko i karlovaćko, chorwackie piwa, jedliśmy „przysmaki” z polskich puszek, jak już zaznaczyłem: obowiązkowo z keczupem, kąpaliśmy się w morzu i spędzaliśmy czas bratając się z innymi uczestnikami mistrzostw. Jednego dnia poszliśmy ekipą nad morze. Paweł zrobił nam rewelacyjną sesję zdjęciową w scenerii zrujnowanych hoteli. Wspięliśmy się na dach jednego z nich. Za nami rozpościerały się góry z bunkrem ukrytym gdzieś na szczycie, przed nami Adriatyk. A my piliśmy piwo i opowiadaliśmy sobie historie z drogi. Autostop to właśnie jest integracja, to chęć rozmowy z każdym napotkanym człowiekiem. Autostop to radość życia, oderwanie od rzeczywistości.

Hotele w Kupari
 
Hotele w Kupari
fot. Laudański Maciej

Wieczorem rozpaliliśmy na plaży ognisko z liści palmowych, piliśmy piwo, wino i rakiję i dyskutowaliśmy o poważnych sprawach. Noce nad Adriatykiem zmuszają człowieka do refleksji nad życiem. Wokół nas piękno, a nam się kończą pieniądze, że trzeba jakoś wrócić, że codzienność, że czeka nas praca, studia, szarość dni codziennych, i że jeszcze jesteśmy młodzi, więc możemy wstać rano i stwierdzić o: kochanie dzisiaj pojedziemy autostopem do Timiszoary. A już niedługo będziemy mieli wiele obowiązków i pojedziemy co najwyżej w weekend gdzieś nad polski Bałtyk. Samo życie.

Byliśmy także kilkakrotnie w Dubrowniku. Przeważnie jeździliśmy tam stopem, ale raz zdarzyło mi się z Karolą wracać na piechotę. Karola piła coca colę, a ja piwo. w plastikowej butelce. Kłóciliśmy się, nie pamiętam o co, ale o coś nam poszło. W końcu przestaliśmy i oboje stwierdziliśmy, że jak byliśmy w stanie wojny, to dobrze nam się szło, a teraz nam się nie chce. Adrenalina robi swoje.

W Dubrowniku siedzieliśmy kiedyś na bulwarze i gadaliśmy. Obok nas przeszła pielgrzymka z Polski. Kobiety, jak się dowiedziały, że przyjechaliśmy autostopem, pobiegły namówić księdza, by zabrał nas do Bośni. Jechały do Medjugorie. Niestety, nie mieliśmy przy sobie żadnych rzeczy poza ręcznikami i odmówiliśmy. Kobiety obiecały, że będą się za nas modliły, bo to jak to tak, tacy młodzi ludzie, a autostopem jeżdżą? W dodatku po obcych krajach? No bój się Boga! One w życiu nie puściłyby swoich dzieci na taką niebezpieczną wyprawę.

Dobra. Pora jechać dalej. W Kupari dyskutowaliśmy z Karolą którędy wracamy. Czy przez Czarnogórę naokoło, czy przez Bośnię, czy tak, jak przyjechaliśmy. Karoli zależało na czasie, bo miała jakiś egzamin, więc wyszło na jej. Ale nie do końca (ja upierałem się przy Bośni.) W gorący dzień wyruszyliśmy krótkimi „stopkami” w drogę powrotną. Warte odnotowania są trzy stopy: pierwszy to klimatyzowana betoniarka, która zatrzymała się gdy mocno już wkurzeni przez czekanie w gorącu lejącym się z nieba. Pan betoniarz – wesoły grubasek, słuchający zespołu Jole. (Takie chorwackie disco – polo.) Karola stwierdziła że Jest to jedna z najpiękniejszych chwil w jej życiu. Było super. Widoki piękne, muzyka świetna i klimatyzacja.

Drugi autostop: Karolina jechała na pace samochodu Fedexu, czy też innej firmy zajmującej się przewożeniem przesyłek, i była śmiertelnie przerażona, że ja na pewno wysiądę, ten koleś ruszy, a ona zostanie sama i wszelaki ślad po niej zaginie. Ech. Kobiety.

Rozjazd na Sarajevo i Split
 
Rozjazd na Sarajevo i Split
fot. Laudański Maciej

Trzeci to gość, który wiózł nas przez dolinę Neretwy – rzeki płynącej przez Chorwację i opowiadał nam o gajach oliwnych. No coś przepięknego. Wyrzucił nas na rozwidleniu dróg. Jedna prowadziła na Split, druga na Sarajewo. Nie zatrzymał się nikt, kto by kto jechał do Splitu, więc po trzech godzinach czekania w końcu udało mi się namówić Karolinę na powrót przez Bośnię. Zabrał nas z drogi psychopatyczny dentysta, Czarnogórzec robiący praktykę w szpitalu w Sarajewie. Ja pierdolę, jak ja się bałem. Jechałem przez Bośnię i ogarnął mnie ogromny lęk. Wioski, dosłownie zrównane z ziemią, ruina na ruinie. Wszędzie ślady po wojnie. Wszędzie ślady po kulach i zrujnowane budynki. Tablice z nazwami miast i wsi, pierwotnie napisane w dwóch językach: łaciną i cyrylicą, sprayem miały zamalowane napisy w języku serbskim. Psychozę potęgował dentysta, który włączył Slipknota i rzucał uwagi w stylu: wszyscy ludzie są gównem. Bośniacy to barbarzyńcy. To chorzy ludzie, póki możecie, zawracajcie. Ludzie to gówno. No jak tu takiego nie pierdolnąć mocno w głowę! Nie zrobiłem jednak tego, gdyż bądź co bądź byliśmy od niego zależni. Jechał do Sarajewa, gdzie chciałem zanocować u wspomnianego Lisa. Nasze psychiki jednakże nie wytrzymały ruin krzyczących do nas po chorwacku, serbsku i bośniacku, oraz straszliwego dentysty. Wysiedliśmy w Mostarze. W dzielnicy zamieszkiwanej przez muzułmanów. Patrzyli na nas ludzie w dresach, o ciemnych twarzach. Baliśmy się potwornie. Staliśmy na stacji benzynowej.

Podeszliśmy do kasjera, by z nim pogadać. Zapytałem, jak będzie lepiej: Czy jak wrócimy z powrotem i pojedziemy przez Chorwację, czy jak będziemy jechali dalej przez Bośnię? Pokazał palcem, żeby zawrócić. Zapytałem dlaczego? Powiedział jeden wyraz po angielsku: Safe. Tak więc staliśmy i łapaliśmy stopa, Karola się rozpłakała i powiedziała, że nie chce tu być i że to jest złe miejsce. Ja również się bałem, ale starałem się nie dawać po sobie niczego poznać, by dodać jej otuchy. W końcu zatrzymała się malutka, zdezelowana Łada. Albo to była Zastava? Nie pamiętam.

W każdym razie wsiedliśmy i kierowca zjechał z głównej drogi i wjechał gdzieś pomiędzy bloki i domki jednorodzinne. Oczywiście większość z nich była zdewastowana. Nasz strach sięgnął zenitu. Kierowca dał mi jednak papierosa i od razu stwierdziłem, że jak ktoś dzieli się papierosem, to czyni gest przyjaźni. No, chyba że mogło mu chodzić o to, bym wypalił ostatniego przed śmiercią, ale wtedy nie myślałem o tym. Wyrzucił nas troszkę dalej, ale nadal w Mostarze, skąd zabrał nas przesympatyczny Chorwat. Mówił: Dzieci moje kochane, gdzie wy się znaleźliście po zmroku? To jest złe miejsce, bardzo złe miejsce. To dzielnica muzułmańska. Zapytałem go, o co chodzi. To oderwał ręce od kierownicy i złożył je jakby strzelał z pistoletu i krzyczał Muslims: puf puf puf, puf puf. Wyrzucił nas na jakiejś wsi pod Mostarem, dodam, iż specjalnie, aby nas wywieźć, nadłożył dziesięć kilometrów. Tak – dobry człowiek.

Tam zatrzymaliśmy się znowu na stacji benzynowej. Nie polecam jednakże nikomu noclegu na takowej. Nie ma się jak zamknąć. Rozważaliśmy miejsce do spania i wygrał muzułmański cmentarz. Zmarli raczej nie zagrażają żywym. Nie czytałem wtedy jeszcze „Wędrowca cmentarnego” Herlinga –Grudzińskiego, a tam właśnie była opowieść o zbrodniarzu wojennym mieszkającym na różnych nekropoliach europejskich.

Nie musieliśmy się jednakże przekonywać o twardości muzułmańskich nagrobków. Zabrała nas para Chorwatów, poczęstowała cebularzem i zawiozła do Metković na granicy chorwacko - bośniackiej. Ruch był praktycznie zerowy, była noc, a my szliśmy brzegiem Neretwy. Natknęliśmy się na polską parę autostopowiczów. No jaki ten świat jest mały?! Nie gadaliśmy ze sobą zbyt dużo, opowiedzieli nam tylko, że zostali zatrzymani przez policję ze względu na podejrzenie nielegalnego przekroczenia granicy. Wspólnie zaczęliśmy szukać dobrego miejsca na nocleg. Rozważaliśmy dwa warianty – zarośla nad brzegiem Neretwy oraz plac za Lidlem. Wygrał plac. Położyliśmy się obok siebie na karimatach, przywiązaliśmy bagaże łańcuchami i zasnęliśmy wszyscy gdzieś na Bałkanach.

Świt przywitał nas około szóstej nad ranem. Wszędzie wokoło skalne granie gór. Coś niesamowitego. Ogarnęliśmy się i poszliśmy łapać stopa. Zatrzymał się Serb, którego wkurzało nasze wchodzenie z butami na dywanik, jaki miał w tirze. Zawiózł nas do Ploće. Stamtąd zabrał nas barman, który klika lat pracował w Kolonii. Jechał do Makarskiej. Zaczęliśmy gadać o wojnie. Powiedział, że jego ojciec był dowódcą armii chorwackiej w Kupari. Tak, świat jest mały, malutki. Przed wyjazdem słyszałem na Youtube chorwacką piosenkę Thompsona i Mirosłava Skoro poświęconą Ante Gotovinie. Zapytałem go o nią i zaczęliśmy wspólnie śpiewać. Knigu upisze, vitez roda swoga, u daleko zjemli od kowa…( Suuude mi) Było sympatycznie. W Makarskiej znowu spędziliśmy sporo czasu próbując złapać stopa. Przeszliśmy na piechotę całą miejscowość i nic. Jak już z niej wyszliśmy, zobaczyliśmy przepiękny widok. Morze wyłaniało się w przerębie w lesie. Stwierdziliśmy, że jak nas nikt nie weźmie, to mamy wszystko w nosie i idziemy się wykąpać. Zabrał nas jednak Bośniak, który podrzucił nas na autostradę. Tam zjadłem całą puszkę mielonki i zrobiło mi się niedobrze. Karolę bolała głowa, ja puszczałem pawie. No, nieciekawie było. Chorwat zabrał nas do Splitu, gadał po niemiecku, więc na Karolę spadła odpowiedzialność komunikowania się z nim, a ja się zdrzemnąłem.

Na stacji w Splicie spędziliśmy dwa dni, bo nikt nie chciał nas stamtąd zabrać. Spaliśmy w toalecie dla niepełnosprawnych. Polecam każdemu ten rodzaj darmowego hotelu. Woda i toaleta są, karimaty jest gdzie rozłożyć. Wakacje All Inclusive normalnie. W końcu Karola zaczepiła starszego pana, który wracał z synem z Dubrownika. Mieli duże terenowe BMW. Powiedział, że może nas zabrać do Miszkolca, ale mamy uważać, bo będzie zapierdalał. No i zapierdalał. W kilka godzin byliśmy w Miszkolcu, całą drogę przespaliśmy.

Z Miszkolca zabrały nas dwa tiry. Jeden Karolę, drugi mnie. Jak opowiadałem o tym znajomym, to kręcili głowami, jak ja mogę pozwolić, by moja dziewczyna jeździła z jakimś tirowcem? No nie wiem, normalnie. Ludzie są z natury dobrzy. Tego uczy autostop. Wyrzucili nas w Dukli. Miasteczku Andrzeja Stasiuka, ale wtedy nie miałem o tym pojęcia. Dukla. Tak. Małopolska ma coś w sobie magicznego. Na stacji benzynowej zbratali się z nami podpici tubylcy. Życzyli nam szczęścia, rozmawiali, sympatycznie było. Z Dukli poprzez Miejsce Piastowe dotarliśmy małymi stopkami do Rzeszowa. Stamtąd wróciliśmy pociągiem do Torunia, gdyż Karola miała następnego dnia egzamin.

Komentarze (2)

  • marta (gość)

    marta (gość)

    04.09.15, 22:39

    Właśnie zasypiam w moich ulubionych, wsiowych Mimicach, 30 km przed Makarską i z wielką przyjemnością czytam Pana wspomnienia.... Dzięki za opis wrażeń z Mostaru... Namawialam męża żeby jutro tam jechać :\ super opis! Pozdrawiam!!! :)

    Zgłoś

  • Pchełka (gość)

    Pchełka (gość)

    05.11.12, 19:52

    Wspomienia na całe życie...zazdroszczę wam takiej wyprawy:)i pełny podziw dla Karoli była naprawdę dzielna!...No i brawo dla ciebie twoja wiedza i opis wszystkich wydarzeń ...super!

    Zgłoś


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyszukiwarka lotów

Osoby podróżujące

Osoby podróżujące