Dziś jest 15.12.2019

Imieniny obchodzą Nina, Celina, Krystiana, Cecylia

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

Namaste Indie!

Autor: Aneta Mikosz

Data publikacji: 14.02.2014 14:45

Liczba odwiedzin: 2570

Tagi: podróż na medal, azja, indie, delhi, haridwar, riszikesz, shimla, manali, amritsar

W Indiach znalazłam się przez przypadek. Bardzo prozaiczny – nie dostałam wizy do Iranu, którego władze stwierdziły, że młoda, samotnie podróżująca kobieta stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego kraju. Nie wiem, kim konkretnie była osoba, która odmówiła mi wjazdu do Iranu, ale w tym momencie chciałabym jej podziękować. Nie mogąc pojechać do Iranu, wyruszyłam do Indii. A więc gdyby nie ta osoba, nigdy nie przeżyłabym przygody swojego życia w Indiach. Dziękuję Ci, nieznajomy urzędniku z Iranu!


Tytuł wyprawy:

Czas trwania wyprawy: 25 dni, wyprawa odbyła się na przełomie listopada i grudnia 2012 roku. Liczba uczestników – 2, młodych i zuchwałych :-)

Koszt wyprawy – wraz z biletem lotniczym na trasie Londyn – New Delhi i Chennai – Stambuł dla jednej osoby wyniósł 5500 PLN. Doliczam do tego także szczepienia (wirusowe zapalenie wątroby typu A i B, dur brzuszny, błonica i tężec – około 550 PLN). Noclegi – przyjęliśmy opcję niskobudżetową i na samym początku podróży ustaliliśmy, że będziemy nocować raczej w tanich hostelach i guest –house’ach, a jeśli to możliwe – także w dormitoriach. Za dwuosobowy pokój płaciliśmy ok. 10 – 13 USD, oczywiście była to cena wcześniej negocjowana, mocno negocjowana. Na posiłki wydawaliśmy około 10 dolarów dziennie – były dni, kiedy spędzając dni w pociągu żywiliśmy się drobnymi przekąskami i owocami i nie wydawaliśmy więcej niż 5 dolarów na osobę. Bardzo dużo się przemieszczaliśmy i to pochłonęło sporą część naszego budżetu. Nie mogliśmy sobie też odmówić pamiątek – pocztowa waga wskazywała, że zakupiliśmy 10 kilogramów suwenirów, które samolotem wysłaliśmy do domu. Podsumowując: na przeloty i szczepienia wydaliśmy około 2900 – 3000 PLN. Reszta, czyli 2500 PLN to pieniądze wydane w trakcie 25-dniowego pobytu. Na koniec dodam, że dzienny budżet wynoszący około 30 dolarów jest jak na Indie bardzo przyzwoity i pozwala na komfortowe życie w podróży po Indiach.

Przebieg trasy:

1. New Delhi
2. Amritsar
3. Pathankot
4. Dharamsala
5. Manali
6. Shimla
7. Riszikesz
8. Haridwar
9. Delhi
10. Varanasi
11. Kalkuta
12. Mammalapuram
13. Pondicherry
14. Chennai

Dziewczynka z Delhi
 
Dziewczynka z Delhi
fot. Aneta Mikosz

Delhi – gdyby nie to, że stolica Indii jest głównym węzłem lotniczym i kolejowym i dogodnym miejscem, z którego można by wyruszyć na północ kraju, nigdy by tam nie pojechała. Tak myślałam na początku, kiedy wybrałam się na spacer po Paharganji, dzielnicy tanich hoteli i hosteli, backpackerskiej enklawy, gdzie można spotkać i tych bardziej doświadczonych turystów, którzy widać, że w Indiach niejedno thali już zjedli i niejedne sandały starli oraz indyjskich nowicjuszy, którzy nieśmiało przemykają między setkami stłoczonych w korku riksz, trwożliwie patrzących, czy aby krowa, która idzie z naprzeciwka nie rzuci się nagle i wściekle. Ale już po kilku dniach spędzonych w stolicy zaczęłam dostrzegać także jej plusy – moc orientalnych atrakcji – gdzie indziej na świecie jednego dnia mogłabym zobaczyć i Czerwony Fort – Lal Qila, wpisany na światową listę dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego UNESCO, gdzie niegdyś miło czas spędzał Szahdżahan (tak, tak, ten sam, który kazał wznieść ósmy cud świata, czyli Tadż Mahal), potem zobaczyć Meczet Piątkowy – Jama Masjid, największą muzułmańską budowle sakralną w Indiach, położoną w centrum urokliwego, starego miasta w Delhi. Powiedzcie, gdzie jak nie w Delhi zobaczyłabym budowlę na miarę grobowca Hamayuna, położonego w przepięknym ogrodzie, gdzie w cieniu rozłożystych krzewów można relaksować się dopóki… nie otoczy nas tłumów ciekawych Hindusów. Swoją drogą, do tego też w Indiach trzeba się szybko przyzwyczaić, by nie zwariować.

...
 
...
fot. Aneta Mikosz

W niejednej relacji z Indii znajdziecie pewnie opinie, jakie to Delhi złe, jakie zatłoczone, że nic tylko przylecieć lub przyjechać, pobyć dzień, góra dwa i czym prędzej uciekać. Ja radzę jednak nie uciekać, a dać się porwać nurtowi hinduskiej ulicy, spacerować po starym mieście, zaglądać do ulicznych garkuchni, chłodzić się lassi w dzień i rozgrzewać czajem w nocy.

Jama Masjid
 
Jama Masjid
fot. Agnieszka Mikosz

Amritsar – gdyby nie pewna budowla nigdy bym nie pojechała do tego pendżabskiego miasta położonego w pobliżu granicy z Pakistanem. Bo niby po co? Żeby błąkać się po uliczkach ponad milionowego miasta i chłonąc opary riksz motorowych? Jest jednak coś, co zdominowało moją turystyczną wyobraźnię, od momentu kiedy zobaczyłam zdjęcia tego obiektu – to Złota Świątynia, najważniejsze miejsce dla wyznawców sikhizmu w Indiach, synkretycznej religii stworzonej w XV wieku przez Guru Nanaka, pokojowej kompilacji zasad hinduizmu i islamu. Nie wiem, jak wygląda przestrzeganie sikhijskich zasad w praktyce, teoria jednak mocno przypada mi do gustu: religijne podziały powinny zniknąć, tak, by nie istnieli muzułmanie, chrześcijanie, hinduiści, rozmowa z Bogiem, który nie ma wizerunku, nie ma wcieleń, jest możliwa poprzez medytację itd. Długo można by pisać o sikhizmie, w tym momencie najważniejsza jest jednak Złota Świątynia zwana również Harmandir, czyli Świątynią Bożą lub Darbar Sahib – Dworem Pana. Jej najważniejszą część, do której zmierzają każdego dnia nawet dziesiątki tysięcy wiernych stanowi gurudwara, ponoć cała ze złota, położona na środku rozległego basenu zwanego bardzo poetycko Nektarowym Jeziorem – Amrit – sar), który otacza prostokątny dziedziniec. Co jakiś czas wierni zanurzają się w wodzie, obmywają ciało, a następnie udają się na pudżę oraz na wspólny posiłek w rozległej jadalni.

Amritsar, Złota Świątynia w dzień
 
Amritsar, Złota Świątynia w dzień
fot. Aneta Mikosz
Amritsar, Złota Świątynia w nocy
 
Amritsar, Złota Świątynia w nocy
fot. Aneta Mikosz

To właśnie ten posiłek, jedzony wspólnie z resztą pielgrzymów był jednym z najciekawszych doświadczeń w Złotej Świątyni. Była nas około setka – głodnych i pokornie czekających na swoją porcję thali. Siedzimy w kręgu, po turecku, nad nami krąży kilku wolontariuszy, którzy raz za razem sięgają wielką chochlą do wiadra lub gara i wyciągają stamtąd smakołyki, te od razu lądują na talerzu pielgrzyma, od tej pory – bardzo zadowolonego. Przez trzy dni i trzy noce żyję wśród setek tysięcy pielgrzymów, śpiąc w sali dla przybyszów, 3 razy dziennie jedząc wspólne posiłki i całe dnie spędzając nad brzegiem świętego zbiornika. Jedne z najlepszych dni, jakie spędziłam w Indiach.

Wejście do Złotej Świątyni
 
Wejście do Złotej Świątyni
fot. Aneta Mikosz

Pathankot – to musiało znaleźć się na mojej trasie podróży. Wcale nie dlatego, że jest wyjątkowo piękne i jest w nim moc atrakcji, po prawdzie, nie jest piękne i nie ma tam żadnych atrakcji. Po prostu chcąc dostać się z Amritsaru do położonej na północy Dharamsali musiałam zatrzymać się w nim na kilka godzin, czekając na swój autobus. Mając trochę czasu do odjazdu w Himalaje (yeah, yeah!), ruszyłam po prostu przed siebie. Zobaczyłam wtedy: kilka kameralnych świątyń z Kali Mata Mandir na czele, fort Shahpurkandi, nie pierwszej młodości, bo z początków XVI wieku, ale całkiem dobrze zachowany. Nawet prze z chwilę przebiegła mi przez głowę myśl, żeby udać się 25 km dalej, do miejsca gdzie znajduje się kolejny fort – Narpur, ale trwożliwie dałam sobie spokój. Czekałam na jedyny autobus, który tego dnia odchodził do oddalonego o 100 km miasta Dharamsala. Czy ktoś, kto był w Indiach będzie zdziwiony jeśli napiszę, że autobus spóźnił się o prawie 2 godziny?

Pathankot
 
Pathankot
fot. Aneta Mikosz

Dharamsala – na początku trafiam do Dolnej Dharamsali, gdzie jest tłoczno, jak w ukropie uwijają się przeróżnej maści turyści, ktoś chce mi coś sprzedać, ktoś gdzieś zaprosić, ktoś patrzy niedowierzającym wzrokiem – po prostu Indie. Cztery kilometry dalej zaczyna się już nieco inny, mam wrażenie, że bardziej spokojny, może nawet uduchowiony świat, po którym obok buddyjskich mnichów w pomarańczowych szatach, kręcą się dziwnie poprzebierani w pseudo indyjskie ciuszki turyści z Zachodu. To McLeod Ganji – część Dharamsali, w której mieści się Tybetański Rząd na Wygnaniu, gdzie przebywa XIV Dalajlama i gdzie na każdym kroku widać, że oto wkroczyliśmy ze świata hinduizmu do łagodnego świata buddyzmu.

Dharamsala: namaste, madame!
 
Dharamsala: namaste, madame!
fot. Aneta Mikosz

Są więc buddyjskie świątynie, kręcą się raźno młynki modlitewne, w słoneczny, ale jednak chłodny ze względu na położenie Dharamsali na zboczach himalajskich gór, parują momo – tybetańskie pierożki, którymi zajadam się rano, w południe, wieczorem i późnym wieczorem, wszędzie można znaleźć reklamy kursów jogi, medytacji, ci, którzy chcą pracować jako wolontariusze, mogą zaczepić się w którejś z lokalnych organizacji. W Dharamsali jest spokojnie, odnoszę nawet wrażenie, że zbyt spokojnie. Spacerując uliczkami Dharamsali zadaję sobie nawet pytanie: czy to na pewno Indie?

W sumie to już wiem dlaczego Dharamsala  jest nazywana "małą Lhasą".
 
W sumie to już wiem dlaczego Dharamsala jest nazywana "małą Lhasą".
fot. Aneta Mikosz

Manali – kolejne miasto w północnych Indiach w stanie Himachal Pradesh, do którego jadę w poszukiwaniu pięknych himalajskich widoków i przyrodniczych atrakcji. I wiecie co? Znajduję je w Manali, niewielkim mieście raczej miasteczku, gdzie żyje nieco ponad 6000 osób, miasteczku położonym w malowniczej dolinie, z której roztacza się widok na trzy pasma górskie: Himalaje Wysokie, Pir Pandżal i Dhaula Dhar. Jest druga połowa listopada, więc w Manali położonym na wysokości ok. 2000 m n.p.m. zaczyna się robić dość chłodno. Pierwszego dnia nie robię zbyt wiele; wizyta w świątyni Dhungri, potem spacer po miasteczku i próba uwolnienia się od natarczywego sprzedawcy, którego szept „Good stuff, madame, very good stuff” słyszę kilka razy tego dnia, i następnego, i jeszcze kolejnego. Ale już kolejnego dnia wybieram się na kilkugodzinny spacer w okolicach Manali, wspinam się na niewielkie wzniesienia, patrzę na Himalaje i czuję, że ostatnimi czasy podejmuje same dobre decyzję, dokąd jechać i co zobaczyć.

Manali
 
Manali
fot. Aneta Mikosz

Shimla – górski kurort (położony na wysokości 1900 – 2300 m n.p.m.) bardzo popularny w czasach Kampanii Wschodnioindyjskiej, dziś nieco zapomniany, rzadziej też odwiedzany… Dla mnie było to jednak miejsce interesujące – spacerując po uliczkach Shimli widać jeszcze dawną, kolonialną przeszłość miasta – wystarczy spojrzeć chociażby na budynki. Z drugiej strony toczy się normalne, współczesne, raczej zabiegane życie, co najlepiej widać na miejscowym targu (jeśli będziecie w Shimli koniecznie wybierzcie się na ten targ). W Shimli znajduje się też zoo i jeśli chcecie zobaczyć najsmutniejsze zwierzęta na świecie, pójdźcie któregoś popołudnia. Ja od tamtej pory już nigdy nie byłam w ogrodzie zoologicznym i nieprędko się do takiego przybytku wybiorę. Warto też wdrapać się, a raczej wejść po kamiennych schodkach na wzgórze Jakhoo, gdzie znajduje się świątynia małp. Tylko uważajcie na makaki, które uwielbiają cudze torebki, okulary, aparaty, o czym poinformuje Was niejedna tabliczka na terenie świątyni. Radzę, by jej nie lekceważyć.

Shimla
 
Shimla
fot. Aneta Mikosz

Riszikesz – nie pojechałam tam ćwiczyć jogi, medytować, nie chciałam się zamknąć w aszramie ani korzystać z dziesiątek innych atrakcji oferowanych zachodnim turystom, którzy przyjeżdżają do Riszkeszu niemal z całego świata, w poszukiwaniu mistycznych doznań. Po prostu uwielbiam Beatlesów i będąc w Indiach, trochę przy okazji, postanowiłam odwiedzić miejsce, które ich zafascynowało i w którym spędzili kilka miesięcy (i z którego niestety wyjechali skłóceni i obrażeni na siebie i cały świat). Beatlesi zamknęli się w aszramie razem z ich przewodnikiem duchowym – Mahariszim, co też było jedną z inspiracji do powstania „Białego Albumu”. Ja nigdzie nie zamierzałam się zamknąć, spacerowałam wzdłuż Gangesu (Ganges zaczyna swój bieg w Gangtori kilkadziesiąt kilometrów dalej), który przecina Riszikesz na pół, spędzałam długie godziny na ghatach, schodach schodzących do Świętej Rzeki, słuchają słynnego albumu Beatlesów, wieczorami chodziłam na koncerty „na tablę i dwa sitary”… Trzy dni minęły szybko, może zbyt szybko – by poczuć ducha Riszikeszu może niekoniecznie trzeba od razu zamykać się w aszramie czy zapisywać na drogi kurs ajurwedy, można po prostu zatrzymać się tam na dłużej.

Riszikesz, nad Gangesem
 
Riszikesz, nad Gangesem
fot. Aneta Mikosz

Haridwar – pojechałam tam, bo byłam bardzo ciekawa, jak wygląda miasto, do którego co roku przyjeżdżają setki tysięcy pielgrzymów z całego kraju, tylko po to, by zanurzyć się w wątpliwej czystości Gangesie i w ten sposób wyzwolić się z sansary – kołowrotu narodzin i śmierci, który skazuje pobożnych, ale też błądzących czasem wyznawców hinduizmu na śmierć i narodziny, znowu śmierć i znowu narodziny pod inną, niekoniecznie lepszą, postacią. Wierni gromadzą się w Hari-ki-Pairi, tuż nad brzegiem Gangesu, tam dokonują ablucji, a codziennie, o godzinie 19:00 uczestniczą w aarti pudża, nabożeństwie, które w oczach takiego laika jak ja, mogłoby równie dobrze być świetnie odegranym spektaklem – bóstwom składane są wówczas szczodre dary, w tym słodko-mdląco pachnące naręcza margerytek, wierni modlą się stojąc na ghatach, palą się pochodnie – to właśnie w Haridwarze można poczuć ten magiczny klimat, dla którego turyści jeżdżą do Riszikeszu. W porównaniu z Riszikeszem Haridwar jest autentyczny i nie nastawiony wyłącznie na turystów i zaspokajanie ich potrzeb.

Haridwar
 
Haridwar
fot. Aneta Mikosz

Waranasi – na początku myślę sobie: czyste szaleństwo. Jestem od 3 godzin w Varanasi, kolejnym świętym dla Hindusów miejscu, w tym niedługim czasie widziałam zwłoki palące się na stosie ułożonym na ghatach schodzących do Gangesu, spotkałam trzech obrotnych sprzedawców marihuany i „czegoś mocniejszego”, 5 „kolegów”, którzy oczywiście chcieli mnie na coś naciągnąć pojawiła się też prośba o przewiezienie drogich kamieni do Europy, kilka razy zgubiłam się w labiryncie wąskich uliczek… przygód co niemiara! Waranasi podobno założył sam Sziwa ponad 3000 lat temu. Podobno. Do dziś zachowała się w Waranasi świątynia poświęcona temu bogowi, do której jednak wstępu nie mają jednak wstępu wyznawcy innych religii. Ja zwiedzam po kolei wszystkie 5 ghatów, patrząc z niepokojem na jeden z nich – Smaśan Ghat, gdzie palą się zwłoki. Podobno śmierć w Waranasi poprzedzona ablucjami w świętym Gangesie pozwala przerwać reinkarnację i pogrążyć się w słodkiej nirwanie. Idę też w kierunku Man Mandir Ghat, w opłakanym stanie, ale jednak działającego na wyobraźnię ghatu w północnej części. Zwiedziłam też kilka świątyń, których nazw nie pamiętam, chodziłam na koncerty muzyki hinduskiej zespołów, których już nigdy potem nie słyszałam, jadłam thali za jednego dolara w podłych restauracyjkach, a jeśli zapytacie, czy warto jechać do Waranasi, to najpierw pomyślę, a w końcu dopowiem – pewnie, że warto!

Kalkuta – na początku za nic nie chciałam jechać do tego miasta – ponad 15 milionów mieszkańców, gdyby zerknąć do statystyk, to okaże się, że Kalkuta widniej na 9.miejscu najbardziej zaludnionych miast na świecie. Czy jest więc sens jechać tam, pewnie ciągle stać w korkach, przeciskać się wśród dzikich tłumów, słowem – walczyć o każdy centymetr kwadratowy przestrzeni? Warto. Ja pojechałam tam z bardzo negatywnym nastawieniem, które zmieniło się na pozytywne w trakcie 4 dni mojego pobytu w stolicy Bengalu Zachodniego. To, co mogę od razu i bez większego zastanowienia polecić w Kalkucie, to z pewnością okolice mostu Howrah, gdzie znajduje się targ kwiatowy. Uważajcie tylko, żeby nie oszaleć kolory i zapachy są oszałamiające, setki sprzedawców sprzedaje w zasadzie to samo, czyli girlandy kwiatów, które potem prawdopodobnie wędrują do świątyń. Zwiedziłam tez świątynie poświęconą bogini Kali – Kalighat Temple, Mauzoleum Królowej Victorii (nuda, ale stwierdziłam, że skoro Kalkuta jest była stolicą Indii Brytyjskich, to może warto, ale jednak nie…) i niezwykłą, wielokulturową dzielnicę Benoj-Badal-Dineś Bagh, gdzie na stosunkowo niewielkiej przestrzeni można podziwiać świątynie hinduskie, meczety, synagogi, chrześcijańskie kościoły, chińskie świątynie… Jeśli komuś podoba się postokolonialna zabudowa – z pewnością zachwyci się BBD Bagh. Nie byłam w Domu Matki Teresy z Kalkuty, do dziś zastanawiam się, czy z przekory, czy faktycznie z braku czasu.

Mamallapuram – zostało mi jeszcze sporo czasu do odlotu, postanowiłam więc pojechać do kurortu nadmorskiego, do którego chętnie jeżdżą nie tylko „białasi” (tak jak na Goa), ale też Hindusi. Nie widziałam żadnej frajdy w tym, by przebywać z ludźmi z Europy czy ze Stanów, a Mamalapuram, oddalone o 50 km od Chennai, wydawało się idealne na kilkudniowe wakacje nad Oceanem, oczekiwanie na odlot i bratanie się z miejscowymi. Tak tez się stało – zamieszkałam w jednym z kameralnych pensjonatów, które bez problemu można znaleźć tuż przy plaży i rozpoczęłam zwiedzanie. Zaczęłam od świątyni Shore Temple, stojącej tuż nad brzegiem morza i podobno wykutej z jednego kawałka skały. Obróbka skał i wydobywanie z nich pięknych kształtów to w ogóle specjalność mieszkańców Mamallapuram – niemal przed każdą posesją widać rzeźby z kamienia, z warsztatów dochodzą dźwięki wytężonej pracy. Można nawet pójść na przyspieszony kurs rzeźby w kamieniu, z czego i ja. Generalnie w Mamallapuram nie ma zbyt wielu atrakcji turystycznych, ale jest bardzo przyjemna i leniwa atmosfera, dzięki której jest to idealne miejsce na beztroski relaks.


Pondicherry – bardzo przyjemne leżące w Tamil Nadu miasto, kiedyś należące do kolonii francuskiej, co widać (charakterystyczna zabudowa miasta), czuć (nieokreślona atmosfera, zupełnie inna niż np. w Kalkucie czy Delhi) i słychać (sporo osób mówi po francusku, zachowały się też francuskie nazwy ulic, wielu Francuzów prowadzi w Pondicherry swoje biznesy). Ja spędziłam sporo czasu na nadmorskiej promenadzie, w ogrodzie botanicznym, w dzielnicy muzułmańskiej, gdzie można dostać bardzo dobre jedzenie w końcu w aśramie Sri Aurobindo, gdzie wielu przyjezdnych szuka metafizycznych doznań. Aśram założył mistrz jogi integralnej – Aurobindo, do którego wkrótce dołączyła Matka – Mira Alfaso, towarzyszka życia i medytacji Mistrza, który widocznie był bardzo charyzmatycznym osobnikiem, bo do dziś ludzie z całego świata przyjeżdżają specjalnie, by zobaczyć pokój, w którym pracował, pomedytować na głównym dziedzińcu aśramu i oczywiście udać się do Auroville – miasta-społeczności utopijnej, u której podstaw stanęło przekonanie, że można żyć w zgodzie ze sobą, naturą, innymi ludźmi, z pracy własnych rąk i jak najmniej szkodząc. Ci, którzy chcieliby pożyć zgodnie z tymi ideałami, mogą zostać w Auroville w charakterze wolontariuszy. Ja nie spróbowałam, choć może trzeba było… Przynajmniej mogłam poczuć, o co tak naprawdę im chodzi :-)


Chennai – do Chennai przyjechałam tak jak większość ludzi – by niestety opuścić Indie. W dawnym Madrasie mieści się duże, międzynarodowe lotnisko, na którym miałam zakończyć swoją 25-dnową podróż po Indiach. Miałam nadzieję, że jako bladolica Europejka dostanę jakiś angaż na planie filmowym jednej z największych wytwórni filmowych w Indiach (takie rzeczy podobno naprawdę się dzieją), a za zarobione pieniądze przedłużę sobie wakacje. Tak się jednak nie stało i zamiast grać na planie, spacerowałam po ogrodach Towarzystwa Teozoficznego, oglądając jedno z największych drzew na świecie – Banyan, po Mount Road, czyli głównej arterii miejskiej, gdzie obkupiłam się w pirackie pyty z najnowszymi superprodukcjami Bollywood, zaglądałam do drawidyjskich, kolorowych świątyń tak charakterystycznych dla południa Indii. Aż przyszedł dzień, kiedy musiałam z łezką w oku spojrzeć na Indie z lotu ptaka, powiem Wam szczerze, to wcale nie był miły dzień.

Komentarze (4)

  • sissi (gość)

    sissi (gość)

    13.03.14, 10:01

    Anetko, wygraj konkurs, jedz do Bangkoku i koniecznie napsiz relacje stamtad. Mówię ci to ja :)

    Zgłoś

  • grażyna (gość)

    grażyna (gość)

    03.03.14, 13:45

    ja bym nie pojechała sama do Indii, za nic w swiecie, przeciez ci faeci tam sa straszni...

    Zgłoś

  • piter (gość)

    piter (gość)

    24.02.14, 16:46

    jechałam podobną trasa, super sprawa

    Zgłoś

  • lucky (gość)

    lucky (gość)

    23.02.14, 15:39

    spoko, fajna trasa, mnie północne Indie bardziej podobaja sie od poludmniowych.

    Zgłoś


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyprawy pod patronatem Etraveler.pl

  • Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Autor: Źródło: materiały promocyjne

    Data publikacji: 25.03.2015 09:20

    Liczba odwiedzin: 3010

    Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza Równoleżnik Zero, który odbędzie się w dniach 9-11 kwietnia 2015 r. w Mediatece (Pl. Teatralny 5) i Bibliotece Turystycznej (ul.Szewska 78) to wydarzenie skierowane do osób pragnących poczuć klimat podróżowania oraz wspaniała okazja do spotkania z podróżnikami i autorami książek. Tegoroczna edycja będzie poświęcona krajom Ameryki Północnej i Środkowej. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 02.03.2015 10:11

    Liczba odwiedzin: 3050

    Pięcioletnia podróż Pawła Kilena w poszukiwaniu przygody i spełnienia marzeń. Z lekkim zarysem planu i z bardzo małym budżetem. Udowadnia wszystkim, a przede wszystkim sobie, że powiedzenie „Chcieć, to móc” nie jest fikcją. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • WyCHILEoutowana

    WyCHILEoutowana

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.09.2014 12:38

    Liczba odwiedzin: 8316

    „Nigdzie indziej na świecie nie ma tylu Niemców, którzy mówią po hiszpańsku i czczą bohatera narodowego o nazwisku O’Higgins”. Właśnie ta, zasłyszana wieki temu opinia na temat Chile pchnęła moje zainteresowania w kierunku owego chudego jak patyk kraju. Choć od tamtego czasu minęło już wiele lat, ciekawość pozostała, ale decyzja o wyjeździe zapadła dopiero niedawno. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka południowa, chile, patagonia

  • Czas na debiut – Strefa Darien

    Czas na debiut – Strefa Darien

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 25.09.2014 10:24

    Liczba odwiedzin: 4701

    Książka Michała Zielińskiego to osobisty zapis wrażeń z wyprawy do jednego z najmniej uczęszczanych rejonów świata – południowoamerykańskiej selvy, czyli dżungli. »

    Tagi: patronat medialny

  • Kurs na Indonezję

    Kurs na Indonezję

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 19.09.2014 09:47

    Liczba odwiedzin: 5503

    Karolina i Bartek, para młodych inżynierów z Krakowa i autorów bloga Kurs na Wschód, wkrótce rusza w kolejną podróż. Tym razem zamierzają odwiedzić Indonezję, przyjmując za cel nie tylko relaks pod palmami, ale także zebranie sporej ilości materiału reporterskiego, który ma czytelnikom ich bloga pokazać azjatycki kraj od podszewki. Karolina i Bartek obierają kurs na Indonezję! »

    Tagi: patronat medialny, azja, indonezja

  • 8000 km Across Canada

    8000 km Across Canada

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 01.08.2014 16:09

    Liczba odwiedzin: 4957

    Czy można pokonać pieszo dystans 8000 km w ciągu 8 miesięcy, samotnie, bez większego wsparcia z zewnątrz, mierząc się z różnorodnymi warunkami klimatycznymi oraz terenowymi? Można, trzeba mieć tylko jasno określony cel. A taki z pewnością przyświeca Jakubowi Mudzie, który wraz z początkiem stycznia 2015 roku wybiera się w pieszą wyprawę 8000 km Across Canada, od wybrzeża Pacyfiku aż po Atlantyk. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka północna, kanada

  • 850 km, by znaleźć dom

    850 km, by znaleźć dom

    Autor: Anna Kaca

    Data publikacji: 16.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 4859

    W tegoroczne wakacje razem z moim czworonogiem pokonam pieszo 800 km, promując adopcje psów aktywnych. Od Karkonoszy po Bieszczady będę prezentować ludziom dwa bardzo aktywne psy, które od wielu lat nie potrafią znaleźć domu. Pokaże również, że wakacje można spędzać ze swoim czworonogiem w fajny dla obu stron sposób. »

    Tagi: patronat medialny

  • Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Autor: Archeolodzy w podróży

    Data publikacji: 11.07.2014 12:45

    Liczba odwiedzin: 3872

    Minął ponad rok, odkąd grupa archeologów i jeden grafik zdecydowali się na podróż swojego życia, odwiesiła na jakiś czas pracę i studia i wyruszyła do Rosji. Teraz, projekt „Archeolodzy w Podróży” odżywa – w nieco zmienionym składzie (więcej info tutaj: http://archeolodzywpodrozy.blogspot.com/p/o-nas.html) ruszamy tym razem na północ! »

    Tagi: europa, norwegia, skandynawia, patronat medialny

  • Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Autor: Tomasz Korgol

    Data publikacji: 01.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 3478

    Celem mojej najbliższej wyprawy jest Nepal. Trasa wiedzie z Wrocławia przez Węgry, Bułgarię, Rumunię, Turcję, Gruzję, Armenię, Irak (Kurdystan), Iran, Pakistan, Indie, Nepal. Łącznie 15 tysięcy kilometrów, samotnie, autostopem. Wyprawa jest częścią projektu pod nazwą ,,Z uśmiechem na (Bliski) Wschód”. »

    Tagi: patronat medialny, azja, indie, nepal

  • Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 30.05.2014 11:39

    Liczba odwiedzin: 3378

    W trakcie minionego I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej, któremu patronował między innymi portal Etraveler.pl, słuchacze mieli okazję nie tylko przenieść się w odległe i niezwykle różnorodne części świata, ale i dostali spory zastrzyk inspiracji, po którym na pewno niełatwo będzie wysiedzieć w domu. »

    Tagi: europa, polska, patronat medialny

  • Gobi Expedition 2014

    Gobi Expedition 2014

    Autor: Łukasz Kraka-Ćwikliński

    Data publikacji: 26.05.2014 16:34

    Liczba odwiedzin: 3442

    Wyprawa przez drugą co do wielkości pustynię na świecie zbliża się wielkimi krokami. Do jej rozpoczęcia zostały niespełna dwa miesiące, co sprawia, że jest to dobry moment, by przypomnieć zainteresowanym, na czym polega jej wyjątkowość. »

    Tagi: azja, mongolia, gobi, patronat medialny

  • Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.05.2014 15:10

    Liczba odwiedzin: 2887

    Już w najbliższy piątek (30.05.) rusza w Lublinie Festiwal Podróżniczy u Przyrodników. W programie znalazły się slajdowiska z całego świata: Kolumbia, Antarktyda, Portugalia, Niemcy, Słowenia, Chorwacja) oraz z Polski (Opolszczyzna i Białowieski Park Narodowy). Ideą Festiwalu jest ukazanie piękna i bogactwa przyrody w skrajnie różnych rejonach świata. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Bałkany Trip 2014

    Bałkany Trip 2014

    Autor: BusTrip into the Wild

    Data publikacji: 12.05.2014 09:20

    Liczba odwiedzin: 12044

    Jak opisać w kilku słowach projekt BusTrip Into The Wild? 26-letni volkswagen T3, siedmioro podróżników i 12 krajów, które chcemy odwiedzić w trzy tygodnie, jak najmniejszym kosztem. »

    Tagi: patronat medialny, europa

  • I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 28.04.2014 10:02

    Liczba odwiedzin: 19377

    Już 23 i 24 maja rusza w Środzie Wielkopolskiej pierwszy Festiwal Podróżniczy organizowany przez Klub Szalonego Podróżnika. Dwa dni festiwalowe będą składać się z prezentacji prelegentów o „Statuetkę Klubu Szalonego Podróżnika” za najlepszą prezentację podróżniczą, prezentacji filmów oraz relacji podróżniczych zaproszonych gości specjalnych. Poza tym na każdego z uczestników czekają liczne konkursy i atrakcje festiwalowe. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • 4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    Autor: Joanna Maślankowska i Adam Wnuk

    Data publikacji: 15.04.2014 11:35

    Liczba odwiedzin: 3782

    1 miesiąc, 2 autostopowiczów i 4 żywioły do pokonania. Podczas miesięcznej wyprawy zasmakujemy dań gotowanych w rozgrzanej ziemi, wykąpiemy się w najwspanialszych wodospadach Europy, staniemy na skraju dwóch ogromnych płyt tektonicznych jednocześnie i (mam nadzieję) nie zostaniemy porwani razem z namiotem przez niezwykle silne wiatry. Wszystko to z dobytkiem na plecach i wyciągniętym w górę kciukiem. »

    Tagi: patronat medialny, europa, islandia

  • I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 21.03.2014 14:44

    Liczba odwiedzin: 21120

    24 maja 2014 r. w Ośrodku Kultury w Środzie Wielkopolskiej w ramach Średzkich Sejmików Kultury 2014 odbędzie się I Festiwal Podróżniczy zorganizowany przez poznański Klub Szalonego Podróżnika. W ramach Festiwalu przewidziane są przede wszystkim prelekcje podróżnicze, slajdowiska, dyskusje i spotkania z podróżnikami. Prelegenci przedstawią swoje dotychczasowe podróże po różnych regionach świata i opowiedzą związane z nimi historie, przygody i wrażenia. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • Następna »

Spotkania i imprezy podróżnicze