Dziś jest 16.02.2019

Imieniny obchodzą Danuta, Julianna, Daniel, Bernard

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

Roztocze i Polesie, czyli podróż na Kresy i po Kresach aż po kres. 14-28.07.2012

Autor: Piotr Szczepanowski

Data publikacji: 23.02.2013 19:48

Liczba odwiedzin: 107675

Tagi: europa, polska, roztocze, polesie, rowery, relacje

Dość obszerna, ale wciągająca niczym poleskie bagno relacja z (po raz kolejny) samotnej, dwutygodniowej rowerowej wyprawy na Roztocze i Polesie. Pełna niespodzianek, w pewnych momentach również wkurzających. Plus bogata dokumentacja fotograficzna.

Podróż jest formą bezdomności
Nigdy nie jest się w domu.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

galeria standardowa


kulisy podróży

Przygotowania do wyprawy, czyli: wiosna 2012.

Z moimi podróżami nie doszedłem jeszcze do tego etapu, że tydzień przed urlopem decyduje, gdzie jadę. Być może nie jest to jeszcze ten etap w ewolucji a z drugiej strony może i pewna dojrzałość. Nie jadę byle gdzie. Jadę do celu, ale po drodze dużo jeżdżę bez celu. Starannie planuje, co chcę zobaczyć, ale i tak daję się zaskoczyć. Chcę wycisnąć 1,5 litra soku z kilograma pomarańczy. Wyciskam litr, a połowa się rozlewa po drodze. Ale zostawia niezatarty ślad…

Planowanie urlopu wakacyjnego 2012 zaczęło się mniej więcej w styczniu, gdy grypa rozłożyła mnie na dwa tygodnie. Nie było co robić, więc zacząłem szukać. Bardzo szybko istniejący do tej pory w mojej głowie pomysł udania się w rejon Puszczy Białowieskiej upadł ze względu na duże problemy logistyczne. I wtedy musiało nadejść Roztocze. Gdzieś przed moimi oczami przesuwały się widziane w Internecie zdjęcia. Cerkwie, cmentarze, wiejskie pejzaże, pola i lasy. I w końcu znalazły swoje ujście w jednej formule: Roztocze.

Potem przyszedł czas na mapy. Najpierw szukanie w Internecie, bo pierwsze przeszukiwania księgarń nie przyniosły efektów. Dopiero później pojawiły się poszukiwane sztuki, nie bez sporej zasługi mojej determinacji. Brakujące fragmenty udało się ukradkiem w pracy wydrukować. Zatem sześć arkuszy map plus to, czego już w księgarniach nie mieli na dwóch stronach A4. Dodatkowo asekuracyjnie cała dalsza okolica w wersji elektronicznej na telefonie komórkowym. Zaopatrywanie się w mapy było oczywiście procesem ciągłym i przeplatało się z innymi czynnościami, np. poszukiwaniem bazy noclegowej. Tu się już bardzo szybko okazało, że będę musiał zdecydować się na formę rowerową z namiotem jako podstawową bazą noclegową. Obfitość pól namiotowych gwarantować miało Roztocze.

Wraz z wdrażaniem nowych rozwiązań pojawia się cała masa logistycznych problemów. Najpierw trzeba sprowadzić do mojego małego krakowskiego pokoju rower z rodzinnych Katowic. A żeby to zrobić muszę przebudować nieco umeblowanie pokoju. Muszę przyznać, że do dziś jestem dumny ze swojego rozwiązania. Wraz z rowerem (nie jest to wprawdzie żadne specjalistyczne trekingowe cudo, ale za to jestem co najmniej 500 złotych do przodu) dostaję od taty starannie niczym kawa wyselekcjonowany zestaw kluczy, który wprawdzie sporo waży, ale jest na wagę złota. Do tego muszę jeszcze dokupić bagażnik rowerowy, sakwę rowerową, pompkę, zapasowe dętki, nóżkę do roweru oraz błotniki. Koszt ponad 250 złotych. Jest roczna premia w firmie, więc sobie pozwalam. Nie mam zresztą wyjścia.

Skoro już pokrótce omówiłem transport, to może czas na nocleg. Tutaj prym wiedzie namiot, który po złożeniu koniecznie musi mieścić się pod ramę, gdyż jest to jedyne miejsce, gdzie w ogóle się zmieści. Jest więc namiot, potem karimata, śpiwór (w sumie około 550 złotych). Z ubrań jeszcze w ostatniej chwili decyduję się na lekkie szybkoschnące spodnie z odpinanymi nogawkami i kapelusz UV z ochroną przeciw insektom (w sumie około 280 złotych, że nie wspomnę o innych środkach do ochrony przed słońcem i komarami). Resztę ubrań mam, natomiast nie chcąc być jak Bear Grylls, muszę się jeszcze zaopatrzyć w sprzęt do gotowania, a więc palnik, butlę oraz zestaw lekkich aluminiowych garnków (coś koło 250 złotych). No, już chyba tysiaka przekroczyłem, ale liczę na to, że to będzie inwestycja na lata. Jedzenia już oczywiście nie liczę, bo jeść i tak trzeba. Nie da się nawet wyliczyć, ile zaoszczędziłem jeżdżąc na rowerze i śpiąc ileś tam razy pod namiotem. Nie da się tego wyliczyć, bo bez tego wszystkiego w ogóle bym nie pojechał na ten urlop. Dochodzą oczywiście jeszcze inne różne niezliczone drobiazgi: zapalniczka, latarka, lekki szybkoschnący ręcznik kąpielowy, łyżko-widelec, większy zapas baterii, apteczko-kosmetyczka, żeby mi się wszystko nie walało po plecaku albo sakwie, książka, żeby nie umrzeć z nudów podczas ponad 10-godzinnej podróży z wieloma przesiadkami.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Zapisuję sobie jeszcze adresy schronisk młodzieżowych, numery telefonów, godziny przesiadek na dworcach PKP, choć miesiąc przed odjazdem i tak się wszystko zdążyło pozmieniać. Poza tym cały czas jeżdżę wzrokiem po mapie i zastanawiam się, gdzie spędzę swoją pierwszą noc pod namiotem. Potem w gorące weekendy na szybkie 50-kilometrowe wycieczki w ramach przygotowania kondycyjnego. Na tydzień przed urlopem odbywa się wstępne pakowanie. Niestety gdy przychodzi do pakowania się na poważnie, ledwo się z tym wszystkim domykam.

Więc jak, myślicie, że już jestem gotowy na wszystko? To zaraz zobaczymy.


Zaczyna się.
Sobota, 14.07.2012

Długo oczekiwane momenty i wydarzenia bardzo łatwo popsuć może jakiś drobny szczególik. Sobotni poranek jest na tyle chłodny, że przez otwarte okno i cienki koc budzi mnie około godziny piątej, czego z kolei nie raczy uczynić ustawiony na siódmą budzik. To jest TEN oczekiwany dzień, a ja startuję tylko z dziesięciominutowym opóźnieniem. W zupełności jak z zeszłorocznym urlopem.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Czekająca mnie podróż zaplanowana jest jako jedna wielka przesiadka: Tarnów, Rzeszów, Jarosław; lecz zanim jeszcze odczuję, co to przesiadka, z dociążonym chyba o 40 kg rowerem otrzymuję namiastkę tego, co mnie czeka, próbując wydostać się po podjeździe z tunelu kolejowego jeszcze przed dostaniem się na dworzec kolejowy. Jeśli mam krótko podsumować moją podróż to należy w pierwszej kolejności wspomnieć cztery osoby, które pomogły mi bądź wwindować rower do pociągu (nie wszędzie są tak wysokie perony jak w Krakowie), w drugiej kolejności urwany tylni odblask roweru i zerwany kabelek od licznika kilometrów, który pomógł uzasadnić zabranie linijki „na wszelki wypadek”, oraz wreszcie wielką ulgę, gdy na nieco zdezelowany i prowincjonalny dworzec w Jarosławiu – miejscu mojej ostatniej przesiadki – wjeżdża nowoczesny niskopodłogowy szynobus. Z jego lekko „przeklimatyzowanego” wnętrza patrzę na żółte pola i zielone lasy podroztoczańskiej krainy.

Popołudniowe słońce przygrzewa, grupa rowerzystów upycha się do szynobusa, z którego wysiadłem. Oni kończą, ja zaczynam. Trochę to przerażający początek, wydaje mi się jakbym słyszał stękanie roweru pod ciężarem prawie 100 kilogramów. Co to będzie, co to będzie. Jestem w Horyńcu Zdroju. Dziwnie się człowiek czuje o tej porze, zawsze lepiej by było się udać na nocleg, tylko że ja na tę noc nie przygotowałem żadnego noclegu. Czytaj: mam zamiar kimnąć się gdzieś na dziko lub na półdziko w namiocie. Jeżdżę więc po okolicy, w bardzo bliskim sąsiedztwie ukraińskiej granicy trochę dla zabicia czasu, trochę celem wypatrzenia jakiegoś ustronnego miejsca. Ale łatwo się tu nie jeździ, piasek to mały problem, gorzej ze wściekłymi muchami, na które nie pomaga w zasadzie nic. I weź tu rozbijaj namiot…

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Ostatecznie znajduję jednak pole namiotowe w Horyńcu-Zdroju, na którym to jednak polu trafiam do domku kempingowego, gdzie ku mojemu przerażeniu zabijam nadnaturalnej wielkości pszczołę (szerszenia?), a w łazience znajduję ślady obecności niemieckich turystów w postaci żelu pod prysznic z wyciągiem z miodu. Niemieccy turyści najwyraźniej przesadzili i ściągnęli na siebie bzyczące co nieco.


Roztoczańskie drogi i polska gościnność kresowa.
Niedziela, 15.07.2012

Śpij, śpij, póki jeszcze możesz. W końcu to urlop i trzeba się wyspać. Śpię do godziny piątej, budzi mnie niska temperatura panująca w domku. Potem się jakoś docieplam i śpię dalej do 8, bo oczywiście zawodzi budzik. I tak po wielu perypetiach, kilka minut po 9, jestem w trasie. Tylko nie na północ, jak wskazuje główny plan, ale na wschód, do Radruża. Wczoraj było już za późno na sesję zdjęciową na tamtejszym cmentarzu. Na dobry cmentarz pół godziny to może być za mało. Gdy już sesja zaliczona z wynikiem pozytywnym, wokół radruskiej cerkwi zaczynają kumulować się turyści rowerowo-samochodowi, z ust jednego z nich słyszę o sobie, to jest prawdziwy turysta, nie tam samochodem. Bo ja nie mam samochodu, słyszy w odpowiedzi turysta samochodowy. Dwie butelki z wodą, widać że dzisiaj będzie gorący dzień, stwierdza jeszcze inny turysta samochodowy. No patrzcie, mogłem nie brać tej wody, to by nie było gorąco. Jedna jaskółka do drugiej: będzie padać. Skąd wiesz? Bo ludzie się na nas dziwnie gapią.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Zaliczywszy Radruż i kilka kilometrów bez istotnego przemieszczenia się w planowanym kierunku, wreszcie łapię szlak, który zawieść (nie mylić z zawieźć) ma mnie ku północy. Zaczyna się dość cudnie, ale już niedługo okazuje się, że szlak zamiast wieść, zwodzi. Czy to szlak, czy może jego brak. Nie wiem, jak można zgubić drogę, po której prowadzą trzy różne szlaki. Ja tego dokonałem. A jak już się zgubiło szlak, to się potem nie chce z powrotem przetaczać roweru przez to cholerne błoto, więc idę na azymut jakąś rozjeżdżoną leśną drogą. Po jakimś czasie udaje mi się wsiąść na rower i jechać, choć wiadomo, że powoli. Kierunek gubię, bo bardziej jadę tam, gdzie normalna droga, niż tam, gdzie każe słońce czy tam kompas. Może po pół godziny mija mnie koleś na skuterze wiozący wiadro wody. Zastanawia mnie, skąd i po co to wiezie. No dobra, różne rzeczy się już widziało.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Zaraz potem docieram do skrzyżowania z nowo budowaną drogą. Na miejscu, z racji niedzieli ciężarówki, koparki i inny sprzęt budowlany – stoją. Brak drogi na mapie cholernie komplikuje sprawę, bo naprawdę nie wiem, gdzie jestem. Próbuję jechać prosto, ale wkrótce droga przestaje kwalifikować się na rower z dociążeniem. Potem nowo budowaną drogą kilkaset metrów pod górkę a następnie po tym, jak dalsza perspektywa nie przekonywała mnie, z powrotem z górki na pazurki. Tak sobie poszalałem na moim ciężarowym rowerze po szutrze i innych nierównościach z 30 kilometrów na godzinę i po jeszcze kilku zakrętach i wymagających zastanowienia rozjazdach wylądowałem na asfaltówce w bezpośrednim towarzystwie torów kolejowych oraz przejazdu kolejowego, co w oparciu o posiadaną mapę pozwoliło mi stwierdzić, że znajduję się jakieś dwa kilometry od miejsca, w którym opuściłem asfalt, by udać się potrójnie znakowanym szlakiem i że kosztowało mnie to jakieś 5 kilometrów i bez mała godzinę. No pięknie.

Za ten stracony czas powziąłem mocne postanowienie poprawy i ruszyłem tempem solidnym i stabilnym w kierunku Nowin Horynieckich celem zobaczenia lokalnej cerkwi i źródełka, który to pomysł był w obecnej sytuacji czystą stratą czasu, ponieważ wody miałem jeszcze pełny zapas, a ów obiekt był wybitnie nie po drodze. Do tego rzeczona cerkiew była raczej kościółkiem albo nawet kapliczką, w (albo przy) której miała się za chwilę odbyć msza, więc był tam cały komplet elegancko i odświętnie ubranych tubylców, na tle których wyglądałem dość kontrastowo. Do tego jeszcze zacząłem na swój sposób tankować w lokalnym źródełku, z którego woda, jak się później dowiedziałem, pomaga na oczy. Nie powiem, żeby mi zaszkodziła.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Również i za ten stracony czas powziąłem sobie mocne postanowienie poprawy i ruszyłem w tempie dość szybkim w kierunku zachodnim omijając większe przewyższenia, by w zaplanowanym czasie dotrzeć do Polanki Horynieckiej, gdzie spodziewałem się zastać cerkiew, nie jednak ruinę cerkwi. Ruina cerkwi drewnianej w tym przypadku prezentowała się następująco: Zabite okna, wokół popodpierana różnymi belkami a w środku masakrycznie pusto. Nie ma ani śladu wystroju, tylko na środku kilka ław poustawianych jedna na drugiej. Poza tym równie dobrze mogłoby tak wyglądać w stodole. No nie, siana brakowało… Ale gdyby zaraz obok nie było domów to świetny nocleg. W cieniu wspomnianego budynku miałem przyjemność spożyć drugie śniadanie złożone z puszki tuńczyka i chleba żytniego suszonego, po czym udałem się śladem przybyłego na miejsce fotografa w kierunku cerkiewnego cmentarza.

Miejscowość, w której się znalazłem składała się z trzech części, z których każda zamieszkana była przez inną narodowość: Polaków, Niemców i Ukraińców. Znalazło to oczywiście odzwierciedlenie na lokalnym cmentarzu, gdzie oprócz misternie rzeźbionych pomników pokrytych cyrylicą można znaleźć skromniejsze nagrobki z polskimi napisami w tym nagrobek trzyletniej dziewczynki zmarłej w roku 1848; urzekający wyrzeźbioną na kształt dziecięcego pisma inskrypcją, oraz co najmniej dwa niemieckie nagrobki przypominające grzyby (!). Cmentarz jest bardzo „skutecznie” zarośnięty, dzięki czemu znajdujące się na nim kamienne figury świętych niejako wyłaniają się z morza zieleni. To w moim rankingu numer dwa spotkanych na Roztoczu cmentarzy. Z pewnością wart zobaczenia w nocy, może jeszcze kiedyś…

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Może będzie to trochę nudne, ale moim następnym punktem podróży jest kolejny cmentarz, tym razem w Starym Bruśnie. Ta miejscowość to już tylko napis na mapie i wspomniany właśnie cmentarz, znajdujący się w lesie, który doszczętnie zarósł miejsce po wsi. Do cmentarza prowadzi dróżka na tyle długa, że zdążyłem zwątpić, czy aby na pewno prowadzi tam, gdzie chcę, i zawrócić, by udać się w innym kierunku. Jakimś szczęśliwym trafem ratuje mnie tablica informacyjna.

W lesie panuje półmrok. Z już nie tak wysokich jak na poprzednim cmentarzu zarośli wyłaniają się nagrobki. Po ich kształcie i kunszcie poznać można, jak rozrastał się cmentarz. O cmentarzu można powiedzieć dwie rzeczy: dzieło sztuki i nie chcielibyście trafić tutaj w nocy. Dwustuletnie krzyże w całości porośnięte mchem, dziwne litery, na nagrobkach, które nawet nie są cyrylicą, czaszka wyrzeźbiona na jednym z krzyży, na innym kwiaty – niektóre z nich tak piękne, że nie trzeba prawdziwych kwiatów ani tym bardziej sztucznych. Setki kamiennych kształtów tonących w morzu chwastów i gęstwinie drzew. To jest cmentarz taki, jakimi sobie idealne cmentarze wyobrażamy: mroczny, tajemniczy, piękny.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

W mojej dalszej drodze spotyka mnie niezwykle uciążliwa kombinacja czynników utrudniających albo wręcz uprzykrzających podróż: mało, że jest pod górkę, to jeszcze po piachu, co z kolei bardzo mocno absorbuje obydwie moje ręce, które przez to nie mogą służyć do odganiania roju natrętnych much. Po przebyciu w tenże sposób jakichś dwóch kilometrów, od much oganiając się w przerwach sprejem, docieram do punktu, w którym robi się bardziej płasko a droga wyłożona jest betonowymi płytami, w dużej mierze zarośniętymi, ale to i tak niebo. Mogę już przed muchami uciekać i w ten sposób docieram na rozległą równinę, zupełnie pustą olbrzymią łąkę, na środku której stoi tylko jakiś obiekt w postaci dachu podpartego na kilkunastu słupach – wygląda jakby miał niegdyś chronić snopki przed zamoknięciem. Przez chwilę przychodzi mi na myśl, żeby zatrzymać się tu na nocleg. Jest jednak dopiero koło piątej, do wieczora mogę przejechać jeszcze niezły kawałek i zanocować na innym pustkowiu, których moja mapa wskazuje całkiem sporo. Jadę więc dalej, i, ku mojej ogromnej radości okazuje się, że czeka mnie bardzo długi i przyjemny zjazd po gładkim asfalcie aż do samej wsi Werchrata. Bez zbytniego namysłu ruszam w szarżę, w porywach chyba ze 40 km/h. Dla takich chwil się żyje.

Werchrata wita mnie przytłaczającym widokiem otaczających ją wzgórz pokrytych żółtymi polami. Znane jest mi z Internetu imponujące zdjęcie białej cerkwi wyłaniającej się z morza żółtych kłosów, wspinam się więc mozolnie na wzgórze rokujące tenże widok. Jest już późne popołudnie, w centrum wsi siedzi paru ludzi i coś tam piją, słońce już pomału zapowiada rozstanie, ja nie mam czasu, tu nie za bardzo jest gdzie nocować.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Porzuciwszy już zupełnie perspektywę noclegu w Tomaszowie Lubelskim (jak bym się bardzo mocno sprężył to może bym tam dojechał na 22). Jadę do wsi Prusie, pod samą ukraińską granicę. Na widok kończącej się drogi (ale stoją jakieś maszyny drogowe) robi mi się jakoś nieswojo. Jadę przez wieś, do cerkwi nawet nie zaglądam, bo gdy próbuję otworzyć zasuwkę furtki od cerkiewnej posesji, rozlega się pisk tak przeraźliwy, iż mam wrażenie, że całą wieś słyszy, jak jakiś obcy człowiek z rowerem próbuje dostać się do cerkwi. Zresztą i tak już nie mam czasu. Dotarłszy na sam koniec wsi, tam gdzie droga kończy się przejściem przez tory dla szynobusów, za którymi jest granica, skręcam w lewo. Plan jest taki: po zaznaczonych na mapie leśnych drogach mniej więcej równolegle do kolejki przejadę pięciokilometrowy las i znajdę się w miejscowości Hrebenne. Mój wspaniały plan okazuje się jednak zawierać niemalże tyle niedociągnięć, ile jest słów w poprzednim zdaniu: drogach, równolegle, pięciokilometrowy, przejadę… Do tego te pierdolone muchy. Kocham was komary, jak ja was komary kocham za to, że da się od was odgonić rękami albo chociaż sprejem, kocham za to, że jak gryziecie to ze znieczuleniem……

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Po jakiejś godzinie docieram do Siedlisk, ostatni odcinek drogi przebywszy prowadząc rower po torach, mając nadzieję, że już o tej porze nie jeździ. W Siedliskach rozsiadam się koło źródełka, obok którego postawiono kapliczkę i zastanawiam się, czy nie byłoby dobrym pomysłem rozbić się tu na nocleg, z tym, że bez rozstawiania namiotu. Zaopatrzony w jednostronną barierkę pomost byłby dobry, gdyby miał więcej niż metr szerokości (wiele razy spadałem z łóżka ale jeszcze nigdy prosto do wody), a pobliskie chaszcze są tak gęste, że nikt nie wlezie, pod warunkiem że zmieszczę się tam z namiotem. Generalnie jeden problem: to jest nie więcej niż 100 metrów od zabudowań. Ludzie chodzą tu tankować. I tak sobie siedzę, trochę chodzę po okolicy i już w ogóle nie myślę, bo nie chce nawet o tym myśleć.

Ratuje mnie polska gościnność. Zagaduje do dwóch dziewczyn, które przyszły do źródełka, pytaniem skrajnie głupim, ale o to chodzi w zagadywaniu: Można tę wodę tak normalnie pić? Tak pytam, bo już się opiłem i chcę teraz wiedzieć, czy będę żył. Jedna z dziewczyn, szczecinianka (!!!), jest bardzo zainteresowana, dokąd dalej jadę (tak jakby była dziesiąta rano a nie dziewiętnasta) i w odpowiedzi dowiaduje się, że miałem właśnie zamiar się tu gdzieś rozbić, tylko nie za bardzo jest gdzie. Ląduję więc na obszernym trawiastym podwórku jej ciotki, gdzie w ramach niedzieli odbywa się jedzenie, picie, grillowanie i śpiewanie całej okolicznej rodziny (w szczególności jednego człowieka znanego jako leśniczy) i znajomych. Do owej rodziny zostaję jako „turysta” gościnnie przyjęty i uraczony noclegiem oraz darmową kolacją.[/align]


Poluzowane śrubki na szlaku wołyńskich cerkwi.
Poniedziałek, 16.07.2012

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Noc mija pod znakiem zasypiania do północy (oj bolą nogi, bolą) i pobudki o piątej rano, z czego łatwo wyliczyć pięć godzin snu. Poranek jest cholernie zimny, mimo że w nocy padał deszcz i ciągle jeszcze pogoda jest dość niepewna. Po raz pierwszy i ostatni popełniwszy błąd czekania aż namiot prawie zupełnie wyschnie, wybieram się około godziny ósmej wraz z całym bagażem do źródełka celem opłukania się i zatankowania. Opuszczając Siedliska (cóż za wdzięczna nazwa) zahaczam o lekko sypiącą się murowaną cerkiew z początku XX wieku (na szczęście tylko lekko zahaczyłem i się nie zawaliła) i udaję się do Hrebennego, gdzie z kolei tamtejsza cerkiew wita mnie dwoma potężnymi drzewami, jakimś harmonogramem w języku ukraińskim oraz oczywiście drewnianym kibelkiem. Ach, wy drewniane przycerkiewne kibelki, ile warte jesteście w dalekiej podróży.

Hrebenne to klimat pogranicza. Stare, zdezelowane ukraińskie samochody, obskurny bar, do którego nie odważyłbym się wejść, a już na pewno zjeść, tablice reklamowe przypominające początki kapitalizmu. Dla jednych koniec świata, dla innych początek. Podobnie jest we wsi Kornie, przez którą przejeżdżam podczas dalszej drogi na północ: pod czymś, co wygląda jak sklep siedzi kilku kolesiów i pije. Nie pracują, piją. Bałbym się robić w tym sklepie zakupy. Czy jest tam coś innego niż alkohol?

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Mijam jakiś ostatni zakład, coś w stylu zakładu przetwórstwa rolnego. Przede mną kilka kilometrów drogi prosto na północ do następnej cywilizacji. Wokół podmokłe łąki i zmeliorowane bagna, po prawej rośnie wśród przydrożnych chaszczy olbrzymi, ponad dwumetrowej wysokości barszcz. Droga pełna dziur, resztek asfaltu i jakby betonowych płyt. Bóg tylko wie z czego ją zbudowano. A zbudowano zapewne zaraz po wojnie, po czym przez ponad pół wieku bezlitośnie rozjeżdżały ją wszelkiego rodzaju maszyny rolnicze. Prędkość maksymalna to 20 km/h dla samochodu i roweru, ale po wrażeniach z roztoczańskich błot tu odczucia są bardzo pozytywne.

Za Starym Machnowem droga już normalna, szeroka i z górki. Nowy Machnów, Nowe Dyniska, z naprzeciwka para rowerzystów długodystansowych, co za miłe spotkanie. A potem szok. I przerażenie. Na przypadkowym postoju zauważam, że mój bagażnik stracił jedną śrubę. Innym słowy: zamiast w sumie na czterech bagażnik trzyma się roweru już tylko na trzech, a kolejna już się wykręca. Bagażnik lata więc na boki i tylko czekać aż się powygina. Ciarki mnie przechodzą na samą myśl. W nóżce do roweru natomiast brakuje jednej a kolejna również się wykręca. Wspaniale. Nie mam żadnych zapasowych, więc spośród jeszcze innych czterem trzymających sam bagażnik w kupie wykręcam jedną (co z tego że za długa, niech i wystaje), a jej miejsce zajmuje klucz (!) dobrze poowijany sznurówką, żeby nie wypadł. Jadę więc do Ulhówka, bo tam ma być stacja benzynowa. To jakieś 10 kilometrów. Tam fragment cywilizacji; stacja, owszem, hotelik, sklep, wszystko pachnie nowością, tylko śrub dostać nie można. Koleś odsyła mnie za to do centrum Ulhówka (3 kilometry na zachód). Nadzieja naciska na pedały. Tam jest jeszcze jedna stacja benzynowa, na której znowu mnie odsyłają dalej, ale już do nieodległego sklepu.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Dostaję fazy i wymieniem wszystkie możliwe śruby na nowe, jeszcze kupuję na zapas. Wymieniem na takie, które da się porządnie dokręcić. Zrywa się wiatr, miota po podwórku przed sklepem tuman kurzu zmieszane z drobnymi kropelkami padającego deszczu. A ja z dziką satysfakcją dokręcam śruby.

Obszar, na który teraz wjeżdżam, to Wyżyna Zachodnio-Wołyńska. Przebieg granicy polsko-ukraińskiej skręca teraz z północno-wschodniego na wschodni, by potem skręcić prosto na północ. W takim też kierunku jadę. W Korczminie, nie dalej niż kilometr od granicy, stoi jedna z piękniejszych cerkwi w mojej podróży, do tego najstarsza. XVI-wieczna greckokatolicka świątynia to niemalże wieża sama w sobie. Ponad dwa razy bardziej wysoka niż szeroka. Cała pokryta drewnem o pięknym odcieniu, bez odrobiny blachy, kryje się pośród otaczających ją starych wysokich drzew.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Kolejna cerkiew w Budyninie to już niestety totalne zaprzeczenie wdzięku. Trzy pudełka oszalowane w orientacji pionowej deskami o intensywnie i obrzydliwie brązowym kolorze, nakryte miedzianymi pokrytymi patyną kopułami przypominającymi pruskie hełmy. Ta sama konstrukcja występuje w Chłopiatynie, z tym, że tu wykończenie bardziej przypomina korczmińską cerkiew: zero blachy i głęboko ciemny kolor drewna. Wejście do świątyni ze swoim balkonikiem sprawia wrażenie, jakby cerkiew była statkiem. Statkiem falującym wśród łanów zbóż. Łany zbóż mamy jednak dopiero w sennym i zapomnianym Mycowie. Na wzniesieniu wśród pól stoi zamknięty na cztery spusty cerkiewny przybytek. Nic nie zakłóca jego spokoju. Reszki starego cmentarza spokojnie zarastają chwastem zapomnienia. Postawić tu taką cerkiew jak w Korczminie – marzenie scenografa.

Kręta polna droga wśród pagórków. Bardzo często powraca błoto niczym koszmar. Stara opuszczona chałupa. Z następnego gospodarstwa (aż dziw, że ktokolwiek tu jeszcze mieszka) wyskakuje pies i dość długo mnie goni. Dobre ćwiczenie na serce. Po drugiej stronie łąki, za zabagnioną rzeczką wystaje z lasu tajemnicza murowana budowla. Jest tam podobno kaplica i cmentarz. To miejsce powoli zaczyna mnie przerażać. Potęguje się wrażenie klaustrofobii. Słońce zniża się nad horyzont. Jakże daleko jeszcze do mojego noclegu? Trafiwszy wreszcie do Dłużniowa pozbywam się natrętnego wrażenia, że się zgubiłem. W tamtejszej cerkwi (od zewnątrz coś jak ta w Budyninie) jacyś ludzie pracują przy renowacji. Nie widzę ich, ale słyszę jak gra ich radio, …and I won’t cry for yesterday…

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Dochodząca godzina 18 to nie jest już najlepszy czas na dalsze jeżdżenie „wte i wewte” w poszukiwaniu cerkwi, lecz raczej na poszukiwanie noclegu… Słabo przespana poprzednia noc i już ogólne zmęczenie dają się we znaki, ale myśl o agroturystyce w Wereszynie…, tak, nadzieja naciska na pedały. A nadzieja matką głupich. Niedobór glukozy i związane z tym uczucie słabości uzupełniam coraz częściej dropsami miętowymi. Po niecałej godzinie jestem w Dołhobyczowie, gdzie bynajmniej nie zanosi się na nocleg, na co po cichu liczyłem. Trzeba więc jechać kolejne 8 kilometrów. Zachodzące słońce chowa się już za chmurami i robi się dość zimno. Miękkie łóżko i ciepła pierzynka coraz mocniej stąpają mi po głowie. Jadę niczym w transie powtarzając sobie: jeszcze 10 minut, jeszcze 5 minut i dropsy jem niczym chipsy. Ostatni. Ostatni. Ostatni. Zaczyna się Wereszyn. Teraz tylko znaleźć numer domu. Jakoś Wereszyn się kończy i ani śladu agroturystyki, ni tabliczki.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Trudno też w jakikolwiek sposób określić lokalizację. Próbuję się dodzwonić do agroturystyki, a tu niespodzianka, wybrany numer jest niepoprawny, nie istnieje czy co tam jeszcze. Nie ma się nawet kogo zapytać. Wreszcie trafia się jakaś babcia, która wprawdzie wie tylko, że jest w Mirczach dom weselny i nie ma pojęcie o żadnej agroturystyce, jeśli w ogóle wie, co to słowo znaczy, za to zaczyna raczyć mnie swoją opowieścią, której udaję, że słucham, a faktycznie przebieram niecierpliwe nogami. Nic tu po mnie.

W końcu w Mirczach ulatnia się jakakolwiek nadzieja. Po drodze z Dołhobyczowa znalazło by się jeszcze jakieś miejsce żeby się rozbić na dziko, a tu? Ani kawałka łąki, ni kawałka lasu. Dochodzi 20, jeżdżę po Mirczach tam i z powrotem, próbuję różnych polnych dróżek w nadziei znalezienia jakiejś przytulnej kępki drzew czy krzaków z kawałkiem płaskiego terenu. W końcu dostatecznie zdesperowany i wykończony lokuję się między niewielkim laskiem a polem, jakieś pół kilometra od drogi, w nadziei że jutro z rana nikt nie będzie chciał urządzić sobie żniw. Z chaszczy wyskakuje sarna i ucieka, w dali ujada pies, bardzo powoli się rozkładam, ale jeszcze nie z namiotem, jest zbyt jasno. Chwila grozy, gdy przez minutę nie mogę znaleźć zapalniczki. Szczelnie okręcam się ubraniami a gdzie nie jest to możliwe, spryskuję się sprejem od komarów i bawię się w kucharza, ale marne to pocieszenie. Po przedawkowaniu chińskiej przyprawy Pięć Smaków do dziś mam do niej wstręt. Nie ma łóżka i pierzynki, a przemęczone po 90 kilometrach jazdy nogi nie dają spać, miotam się w próbie snu po całym namiocie. Dziesiąta, jedenasta, północ…


Spanie za kierownicą i namiotowstręt.
Wtorek, 17.07.2012

Budzę się około trzeciej. Co za szczęście, udało mi się przespać chociaż kawałek nocy. 2,5 godziny, nie spodziewałem się więcej. Na dokładkę podrzemałem jeszcze kolejną godzinę. O czwartej już definitywnie koniec. Mało, że zimno, to do tego zbyt jasno, żeby spać. Powoli się zbieram, obalam namiot do poziomu gruntu, żeby nie było go widać, i jem śniadanie na zimno, bo przypomniałem sobie o nutelli. Trochę mnie mdli. Została ostatnia butelka wody ze źródełka w Siedliskach. Pomaga.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Przed samym odjazdem wschodzi słońce i budzą się komary. Gdy wyjeżdżam na trasę jest 5:30. W Mirczach sklepy pozamykane, mój widok musi budzić zainteresowanie tych, którzy o tej porze zwlekli się z łóżek. Jadąc w trybie bezwysiłkowym, w stanie lekkiego przymulenia, lekko z górki i lekko z wiatrem, docieram po 12 kilometrach ku mojej radości do wsi Kryłów, gdzie pod kościołem na ławce kładę się trochę i wygrzewam w słońcu, bo ranek jest jeszcze dość chłodny. Trzy butelki wody mineralnej w lokalnym sklepie i jakiś energy drink w kolejnym – na wypadek, gdybym miał zasnąć na trasie.

Kosmów – transgraniczna trasa turystyczna – jak informuje mnie tablica. No, tu już wiedzą, co to jest turystyka. I mijam po drodze dwa gospodarstwa agroturystyczne. Oznakowane! Czyli się da. Dalej stary wóz strażacki, ale po daszkiem i za siatką, żeby sobie ktoś nie pomyślał, że jeszcze takich używają. W Czumowie parę dni temu sprawdzana była czystość, o czym dowiaduję się z ogłoszenia na przystanku. Trudno mi sobie wyobrazić, jak to mogło wyglądać, ale muszę powiedzieć, że chyba wypadło dość dobrze. W okolicach miejscowości Gródek skręcam na prawo i przeprawiam się na skróty do Husynnego. Tam miało być szkolne schronisko młodzieżowe. Ni śladu. Szkoła wygląda z daleka na trochę podupadłą. Planowany cel to Dubienka – znacznie większa miejscowość.

W Strzyżowie robię skrót na północ, zjeżdżam z ruchliwej drogi prowadzącej do przejścia granicznego i zakola Bugu będącego najbardziej na wschód wysuniętym punktem Polski. Po drodze widoki sielko-anielskie. Jest jeszcze chłodno, choć dochodzi dwunasta. Słońce przygrzewa, ale wieje wiatr. Siadam przy drodze wśród bezkresu falujących zbóż i siedzę, mam dobry czas, tak dobry, że przypominam sobie, że nie wiem, kiedy ostatnio zęby myłem. Zapewne w Siedliskach. Na szczęście mam wodę mineralną i sprawa prosta do załatwienia.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Cerkiew w Horodle przypomina mi stylem stare dworce kolejowe. Głupie skojarzenie. Podchodzi do mnie koleś, który momentalnie wyczuł we mnie turystę-konesera architektury drewnianej i zachęca mnie do obejrzenia dzwonnicy znajdującej się przy kościele. Dzwonnica, owszem, niczego sobie, w stylu dość dworcowym i jak pięść do nosa pasuje do murowanego barokowego kościoła. Nie starczyło środków i „pożyczyli” od cerkwi?

Pożeram zakupione ciasteczka i popijam energy drinkiem. O, jak mi dobrze! Mam bardzo dobry czas. Podczas wyjeżdżania z Horodła chwilę mojego zawahania wykorzystuje starsza pani, która chciałaby mi wskazać drogę do Dubienki. – Bardzo zła droga przez las – informuje mnie. A druga, której jednak nie dane było dokończyć pytania: Pan się tak sam nie… – Ale w jakim sensie zła ta droga? – Widzi pan, nie było EURO to nie zrobili tu drogi.

Na wylocie z Horodła kopiec upamiętniający Unię w Horodle. Taka miejscowość, a była niegdyś tak znaczącym ośrodkiem. Jakieś pięć kilometrów dalej zaczyna się dramat. Pierwszy deszcz – asfalt paruje, buchają gęste opary. Drugi deszcz i jest już zimno. Tandetna kurtka rzekomo przeciwdeszczowa nasiąka jak gąbka, chociaż nie ma gąbczastej struktury. Mnie jest zimno i chce mi się spać. Gdyby nie padało, to bym się tu położył spać tak jak stoję.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Przeczekawszy większy deszcz dojeżdżam do Dubienki. Po prawej na dwa kilometry przed miejscowością ośrodek – baza namiotowo-domkowa ZHP. Na myśl o namiocie robi mi się niedobrze. Znajduje szkołę. Nie ma tu żadnego schroniska młodzieżowego. Zaczyna coraz mocniej padać. Jeżdżę po mieście bez sensu tam i z powrotem po deszczu. Jakaś tablica informująca o agroturystyce, Numer telefonu. Mój telefon już ma czerwoną kreskę…

Znalazłem nocleg. Jest z człowiekiem źle, gdy podaną mu pomidorowa je trzęsąca się łyżką, a po wyjściu z bardzo skromnej łazienki czuje się jakby opuścił gabinet odnowy biologicznej. Mam dość, chce się wyspać. Jest wczesne popołudnie, nad Dubienką pada deszcz, koło domu bocianie gniazdo. Jemu to jest wszystko jedno, na zimę i tak odleci do Egiptu.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski



Odprawa celna.
Środa, 18.07.2012

Nie mogę uwierzyć budząc się następnego dnia, że tak cudownie się czuję. 8 godzin cudownego spanka w miękkim łóżku pod ciepłą (środek lata!) kołdrą – po dwóch ekstremalnych noclegach gdzie popadnie i 200 przejechanych kilometrach mógłbym sobie pozwolić nawet na hotel, gdyby tu coś takiego istniało. Tymczasem nawet szkolne schronisko młodzieżowe zamknęło swoje podwoje. Podwoje zamknęła również murowana cerkiew, która powoli zaczyna straszyć wybitymi szybami. Trzyma się za to doskonale lokalny spożywczak sieci Groszek, gdzie niestety utykam w korku aż do godziny dziewiątej, a to za sprawą tubylca przede mną, który …eee jeszcze … eee jeszcze …eee jeszcze …eee i jeszcze to musiał kupić.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Moja dzisiejsza trasa wieść ma na północ drogą krajową numer 816, a przynajmniej takoż oznaczoną na mapie. Nie mam jednak zamiaru popylać kilkudziesięciu kilometrów po asfalcie, choć ruch jest znikomy (asfalt też momentalnie dość znikomy), dlatego już po czterech kilometrach skręcam wraz z czerwonym szlakiem i ląduję na łąkach nad samym Bugiem. I już mam zamiar zamoczyć buty w polsko-ukraińskiej wodzie, bo pojawiło się dogodne miejsce, a tu podjeżdżają dwaj skądinąd bardzo sympatyczni panowie na quadzie, bynajmniej nie turyści, i pytają mnie o cel mojego pobytu tak blisko granicy. Już miałem im powiedzieć, że przemycam na Ukrainę telewizory, niestety aparat, którego nie zdążyłem schować, zdradził, że jestem turystą. To wiedział pan, że będzie pan przebywał w strefie przygranicznej i nie dowiedział się pan, że taki pobyt należy uprzednio zgłosić? No gdybym wiedział, że się muszę dowiedzieć, to bym się nie musiał dowiadywać, idioto, pomyślałem sobie. Nie, nie dowiedziałem się, odpowiadam bez jakiegokolwiek tłumaczenie, gdyż tylko winny się tłumaczy, lub ten, kto chce otrzymać darmowy nocleg na komisariacie. Jest na tyle wcześnie, że na komisariacie można by spędzić co najwyżej dzień, ale już nie noc. Ja wolę przenocować we Włodawie, która znajduje się w odległości niecałych dwóch butów położonych na mapie w skali 1:100 000.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Po zakończonej „odprawie celnej” szlakiem czerwonym docieram do Husynnego, gdzie ruiny gorzelni i ogólna atmosfera upadku i opustoszenia sprawia, że z radością witam ponownie drogę 816 a po jej drugiej stronie sztuczne jezioro z kąpieliskiem. Jest środek lipca, ale siedzę sam, bo plaża pusta. Wieje lodowaty (jak na tę porę) zachodni wiatr. Dwóch ratowników kamikadze wchodzi do wody. Nie mają kogo ratować, to się sami ratują. Przed nudą...

Wspaniała miejscowość Dorohusk pozostaje w mojej pamięci nie dzięki przejściu granicznemu, którego nawet nie zobaczyłem, lecz dzięki radzieckiej haubicy postawionej na cokole w lokalnym parku. Na owym cokole również dedykacja: kombatantom. Kombatantów bardziej od haubicy cieszą zapewne świadczenia kombatanckie, które niejednemu mogą budżet domowy załatać.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Straciwszy po drodze trochę czasu na kontemplacji największego dębu na Lubelszczyźnie znajdującego się w Hniszowie, pod którym odpoczywał Jan III Sobieski udający się pod Wiedeń, Bolesław Chrobry wracający spod Kijowa, Mieszko I lecący na Grenlandię oraz Jezus wstępujący do Nieba, udałem się moją drogą 816 już bez większych przestojów daleko na północ aż pod wieś Wołczyny, gdzie miałem zamiar po raz kolejny ruszyć na spotkanie ze Strażą Graniczną, a mój aparat na spotkanie z unikalną architekturą drewnianą. Uprzedzony jednak przez SG podczas poprzedniego spotkania, postanowiłem uprzedzić ich o potencjalnej możliwości moczenia butów w Bugu. W tym celu skorzystałem z pozostawionego mi numeru telefonu:
– Dzień dobry, chciałem zgłosić swój pobyt w pasie przygranicznym między miejscowościami Wołczyny i Sobibór.
– Niestety to już nie nasza jednostka, proszę zadzwonić do oddziału we Włodawie.
– Aha, a mógłby mi pan podać numer telefonu?
– Niestety nie posiadam numeru do Włodawy, my używamy numerów wewnętrznych. Ale może pan sobie sprawdzić w Internecie.
– Gdzie… ? [czytaj: gdzie ci idioto sprawdzę w Internecie, jak siedzę na parkingu pod lasem?]

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

– Na stronie internetowej Straży Granicznej są numery telefonów do oddziałów – odpowiada pan funkcjonariusz nie zrozumiawszy mojej ironii i być może nawet wziąwszy mnie za idiotę.
– Proszę pana, siedzę na parkingu pod lasem i nie mam Internetu!!! Nie może mnie pan po prostu przełączyć?! – Nasi przełożeni bardzo rzadko i niechętnie się na to zgadzają.
– No to ja w takim razie chyba zrezygnuję ze zgłaszania swojego pobytu…
– W tym miejscu muszę pana poinformować o konsekwencjach – tu następuje wymienienie grożących mi kar, które niestety nie przewidują darmowego noclegu, za to grzywnę 500 złotych, oraz chwila ciszy, po której następuje: to ja spróbuję pana przełączyć…

Dzięki bardzo pomocnemu funkcjonariuszowi SG mogłem zatem z pełną premedytacją pomachać do czającego się pod leśną drogą funkcjonariusza i bez problemu dotrzeć do Sobiboru, a stamtąd dalej koło godziny 19 do Okuninki nad Jezioro Glinki i rozbić się po raz pierwszy na polu namiotowym, gdzie przez pana pobierającego opłatę 5 złotych zameldowany zostałem pod nazwiskiem „rower”.


Klasztor na końcu świata.
Czwartek, 19.07.2012

Noc na polu namiotowym minęła dość spokojnie, z wyjątkiem epizodu z kolesiem, który w samym środku nocy chodził po polu z latarką rzucając snop światła to tu to tam. Ktokolwiek by to nie był, postanowiłem nie być dłużnym, i również rzuciłem naokoło parę snopów światła. Niech wie, że wiem.

Nad ranem znowu pada, ale już około 7 jest sucho i świeci słońce. Nie przeszkadza to jednak temu, żeby po drodze do Włodawy znowu popadało. Włodawski rynek sprawia dość prowincjonalne i przytłaczające wrażenie. Samochody stare i nowe popakowane to tu to tam, ciasno i nierówne chodniki, odpadające tynki starszych kamienic i nowsze budynki powojenno-socjalistyczne, brak jakiejś spójnej koncepcji architektonicznej. Miasto trzech kultur: katolickiej, prawosławnej i żydowskiej. Czwarta kultura – kultura picia – już się nie załapała. Jeszcze nigdy mianowicie nie widziałem tak bardzo zataczających się ludzi i to już (albo dopiero) o godzinie 10 rano. Pijany próbuje prowadzić pijanego. Widok iście zapierający dech.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Różanka, dalej w kierunku północnym, to już kwintesencja upadku. Najpierw opuszczona gorzelnia (jak tu w ogóle mogła upaść gorzelnia??), potem ruiny zespołu dworskiego (według umieszczonej tabliczki jak i na oko grozi zawaleniem, a mimo to przez bramę pod budynkiem i tak prowadzi ulica, zaraz potem sklepik bez wątpienia specjalizujący się w napojach wyskokowych i niepewnie zmierzający doń koleś w swego czasu białym podkoszulku. Na drugim końcu miejscowości w opuszczonym sadzie zostały same ściany drewnianej chałupy; obok jeszcze cały drewniany dom obity pomalowanymi na czerwono powyginanymi od wilgoci płytami pilśniowymi. Podobnych domów będę spotykał z dnia na dzień coraz więcej.

Sławatycze. Kolejna miejscowość znana z tego, że znana. Przejście graniczne. Domy drewniane przeważają nad murowanymi. Psychodeliczno-bajkowa cerkiew. Zamknięta, ale pod budynkiem kranik z wodą. Trawnik przystrzyżony elegancko. Tak daleko na północ jechać nie planowałem. Nie mam mapy, ale jadę jeszcze dalej, do Jabłecznej. Mijają i wyprzedzają mnie samochody na białoruskich tablicach. Przy drodze stoi drewniany oszalowany domek, na którym umieszczono duży szyld Pepsi. Sklep. Gdzieś jeszcze indziej po drodze tablica pokazująca skręt na miejscowość

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Zaświatycze. Nazwa brzmi bardzo adekwatnie. W tych i podobnych okolicach, gdzie diabeł mówi dobranoc, odcięty od świata położony daleko od wsi nad samym Bugiem klasztor to swoista oaza. Ze świata biednych drewnianych chałup i zaniedbanych popegeerowskich budowli mieszkalnych i gospodarczych wkraczam do krainy złotych dachów i religijnych malunków na ścianach. To nie jest klasztor w Tyńcu, tu jest cisza, tu się nie handluje, tu nie ma kawiarni, nie ma tłumów. Żeby wejść muszę z powrotem przypiąć sobie nogawki od spodni. „Monaster Jabłeczyński p.w. św. Onufrego. Założony w XV wieku, nieprzerwanie zachowujący wierność św. Prawosławiu.” Na nadbużańskich łąkach pod klasztorem postawiono pokaźna kaplicę w miejscu, gdzie z Bugu wyłowiono ikonę.

Niebo ciemnieje, gdzieś na południowym wschodzie przechodzi burza, już słychać. Przychodzi czas żegnać klasztor i zawracać na południe, symboliczny początek powrotu. W oknie klasztoru pojawia się zakonnik z długą siwą brodą i odzywa się do mnie w typowo wschodniej składni, która znana mi jest już z Dubienki: – Sprowadził ze sobą burzę. – Sama przyszła, odpowiadam mu z niekrytym oburzeniem. Podczas drogi powrotnej goni mnie inna burza, tym razem z północnego zachodu, wiatrem daje mi po plecach więc póki mogę, to jadę. Jakimś szczęśliwym trafem burza mija mnie bokiem. Przed Włodawą jednak znowu zaczyna padać i już tak jeżdżę sobie po mieście w deszczu w poszukiwaniu szkoły. Ląduje pod jakimś Zespołem Szkół, w którym znajdować ma się szkolne schronisko młodzieżowe. Jak się jednak okazuje, jest zamknięte, a żaden z dostępnych mi numerów telefonów nie odpowiada. Skąd ja to znam? Pada deszcz, stoję pod daszkiem i znowu nasuwa mi się na język parę niecenzuralnych słów.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Na teren szkoły zajeżdża wypasiony samochód. Koleś podjeżdża do mnie i pyta, czy może szukam schroniska młodzieżowego. Następnie daje mi adres i dzwoni do dyrektora (swojego znajomego), ale ten niestety też nie odbiera. Jest on również trudno osiągalny dla personelu szkoły (sprzątaczek), w której mam nocować. W szkole jest już ulokowana pewna grupa młodzieży i czekam z jakimś starszym kolesiem uprawiającym również turystykę rowerową, tylko w bardziej ekstremalnym wydaniu.
– …przejechałem 170 kilometrów – słyszę jak koleś opowiada sprzątaczkom. – Eee, ja tam przejechałem już ponad 300 – stwierdzam dumnie. Niestety jak się okazuje nie w ciągu jednego dnia. Ale wtopa.

Czekamy więc na to, aż dyrektor przyjedzie, aby zgodzić się na nasz nocleg, tymczasem z dużym opóźnieniem przybywa żona dyrektora, która po bardzo długich telefonicznych konsultacjach z mężem się zgadza, co z kolei wywołuje początkowy sprzeciw wychowawców ulokowanej grupy, którzy byli przekonani (słusznie albo i nie), że mieli zarezerwowane całe pokoje a nie miejsca noclegowe w nich. Z czasem jednak sytuację udaje się zażegnać, a gwóźdź do trumny konfliktu przybija opowiadając o swoich podróżach mój nowo poznany starszy kolega po rowerowym fachu.

Koleś ma coś ponad 60 lat, już na emeryturze i jeździ, jak mówi, po około 18 tysięcy kilometrów rocznie, w lecie głównie poprzez 5- tygodniowe wycieczki do 5 tysięcy kilometrów. Widać to po jego nogach. Jeździ tak sobie na Słowację na Litwę, Łotwę, Bałkany, Ukrainę itd. Jego rower to arcydzieło sztuki konstrukcyjnej, indywidualnie zmontowany z samych najlepszych elementów, sakwy rowerowe z przodu i z tyłu. W sumie, jak mówi, około 40 kilogramów. W sakwach jak to mówią, samo gęste. Tytanowe sztućce, filtr Camelbak, dzięki któremu „można pić wodę z klozetu”, choć był używany co najwyżej na wodzie z litewskiego jeziora, następnie (nie pamiętam ilu litrowy) worek na wodę, tzw. przenośny prysznic, nie wspominając o takich oczywistościach jak kuchenka polowa, namiot itd. „Na nocleg zawsze rozbijam się w lesie, minimum pół kilometra od drogi. Jak się ktoś nawet zatrzyma za potrzebą to przecież nie będzie szedł w nocy tak daleko w las”. Po przygodzie z czterokrotnym przebiciem dętki na 10 kilometrach słowackiej drogi i pęknięciem opony, na wyposażeniu są cztery dętki i opona antyprzebiciowa. Do tego dochodzą dwie (!) pompki rowerowe, a licznik rowerowy zasilany jest prądem z panelu słonecznego na kierownicy roweru.


Szlachetne kolano, jako się sprawujesz, nikt się nie dowie, aż się zepsujesz.
Piątek, 20.07.2012

Piątek – kończy się pierwszy tydzień, jakimś szczęśliwym trafem nie przytrafiło mi się jeszcze żadne większe nieszczęście techniczno-komunikacyjne. Powoli zbliża się weekend, czyli coś jak czarna dziura w podróży: nawał turystów i pozamykane sklepy. Po bardzo dobrym spanku budzę się zdecydowanie później, niż miałem zamiar i, po wizycie u dyrektora szkoły w celu zapłacenia za nocleg, podczas której dyrektor uświadamia mi, że bycie nauczycielem to powód do dumy i należy ją uhonorować 20-procentową zniżką, zostaję rzucony na pastwę miasta Włodawa, z którego muszę się wydostać w kierunku zachodnim, na Polesie, co przy niezbyt aktualnej numeracji dróg na mojej mapie może się źle skończyć.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

W kierunku zachodnim jadę oczywiście pod wiatr, i nawet z górki nie jest z górki. Gdy tylko wiatr na chwilę ustaje, czuję jak rower momentalnie przyspiesza. I boli mnie kolano. Założony bandaż bardzo szybko ląduje na wysokości kostki. To nic, o bólu zupełnie zapominam w miejscowości Hola , gdy po obejrzeniu przepięknej niebieskiej, dopiero co wyremontowanej cerkwi (w środku jeszcze trwają prace), tracę powietrze w tylnej oponie. No cóż, stało się. Jakoś w ogóle nie jestem zdziwiony, a nasłuchawszy się poprzedniego dnia opowieści o wszelkich możliwych rowerowych usterkach wręcz cieszę się, że wcześniej mi się to nie przytrafiło. Prowadzę więc rower do mini skansenu po drugiej stronie drogi, po czym udaję się, niczym się nie przejmując, bo przecież mam zapasową dętkę, na spacerek po skansenie, zgłębiam się we wnętrza chałupy sprzed ponad 100 lat oraz wspinam się na najwyższe dostępne poziomy wiatraka koźlaka. Trochę przy okazji ucinam gawędkę z dość młodym opiekunem skansenu, w którego mowie mimo to dalej wyczuć się daje wschodni akcent. Widać wschodni akcent nie wymiera.
– No to dokąd pan jedzie dalej? – pyta mnie na pożegnanie koleś. – Na razie to nigdzie nie jadę, bo muszę dętkę wymienić w kole – odpowiadam, po czym zabieram się powoli do roboty. Mój przewodnik, bynajmniej nie w sprawach wymiany dętki, towarzyszy mi w całym procesie, bo i tak nie ma ruchu w skansenie. Zdejmuję więc koło, wyjmuję dziurawą (przy wentylu) dętkę i zakładam nową. Potem dokręcamy koło i regulujemy, żeby nie chodziło na boki, no i już mam zadowolony pompować koło, a tu [ku...] niespodzianka. Dętka ma jakiś inny wentyl, a mianowicie samochodowy. Moja pompka jest tylko i wyłącznie rowerowa. Najbliższa stacja benzynowa jest jakieś 20 kilometrów stąd, czyli co najmniej 5 godzin pchania roweru. Do zachodu słońca chyba bym się wyrobił… Chwilę myślimy.

Otrzymuję namiary na dom pewnego kolesia, który powinien mieć pompkę samochodową. Pożyczonym rowerem udaję się na poszukiwanie. Zgodnie z niezbyt dobrze zapamiętanym opisem drogi docieram do chałupki, w której mieszka jakaś staruszka, której zmarły dawno temu mąż być może i posiadał pompkę, ale teraz to już takich rzeczy tu nie ma. Wracam do skansenu i dowiaduję się, że muszę pojechać trochę dalej. Jadę więc po raz kolejny, tym razem trafiam gdzie trzeba, po paru minutach wściekłego ujadania psa wychodzi starszy koleś i początkowo przynosi mi zwykłą pompkę rowerową, a dopiero po dłuższym tłumaczeniu samochodową. Jadę więc z powrotem, ale okazuje się, że z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie jestem w stanie napompować koła. No nie wchodzi powietrze tam gdzie trzeba i koniec.

Biorę więc pompkę i swój rower i idę reklamować pompkę. Albo ja jestem głupi albo ona. Znowu bestia ujada przez kilka minut zanim w furtce pojawia się moja ostatnia deska ratunku. Deska przeciska się przez furtkę, a ja już przerażonymi oczyma wyobraźni widzę, jak wraz z nią przeciska się pies i rzuca mi się do gardła. Po wstępnej analizie koła okazuje się, że to na szczęście (!) ja jestem idiotą, a pompka jest jak najbardziej dobra. Starszy pan wyjmuje dętkę i jeszcze raz porządnie ją wkłada. Potem dowiaduję się, jak się zakłada pompkę na wentyl. Po powrocie do skansenu tłumaczę panu skansenowemu, na czym polegał nasz błąd, po czym on zaprasza mnie na herbatkę do swojego domu, który okazuje się stać w bezpośrednim towarzystwie skansenu. Jest w sumie dość późno, ale takim okazjom się nie odmawia. Znowu wita mnie wściekle ujadający pies, który ma to do siebie, że szczeka tylko na ludzi znajdujących się za ogrodzeniem. W chwilę po ponownym opuszczeniu terenu posesji pies uaktywnia się, zupełnie jakby automatycznie zapominał, że przed chwilą byłem gościem.

Dom, w którym mieszka skansenowy pan wraz z żoną tylko w okresie letnim, bo przeżycie w pojedynkę typowo wschodniej zimy to spory wyczyn, należał do dziedzica i był w czasach gdy stawiano skansenową chałupę po prostu luksusem. Mój nowy znajomy spędził tu raz zimę i był zmuszony spać na zapiecku. A tak pokrótce: zanim żona podała herbatę i dostała mi się solidna porcja własnej produkcji smalcu ze skwarkami i ogórków kiszonych z chlebem, zostało mi opowiedziane o kijowskim skansenie, który na ogromnej powierzchni łączy w sobie wszystkie style budownictwa na Ukrainie, a topografia odpowiada ukształtowaniu terenu Ukrainy. Niestety mojemu rozmówcy nie udało się zwiedzić całego skansenu, bo na wstępie wraz z żoną udał się, oczywiście w ramach zwiedzania wszystkich atrakcji, do karczmy. Następnie moje uszy uraczone zostają opowieścią o dudku, który zagnieździł się na terenie skansenu i za sprawą syna (w dalszym ciągu utrzymuję, że skansenowy pan wygląda dość młodo), który sprowadził swojego kolegę fotografa-przyrodnika-ornitologa, który z kolei sprowadził kolejnych kolegów, po prostu wyprowadził się gdzieś indziej. Ów fotograf włócząc się po okolicznych lasach natrafił pewnego razu na watahę wilków (nie omieszkał porobić zdjęć), zapewne też dlatego jakieś dwa tygodnie wcześniej skansenowy pan pozwolił pewnemu bardzo strudzonemu całodzienną jazdą na 30-stopniowym upale samotnemu turyście rowerowemu na rozbicie namiotu na zagrodzonym terenie skansenu. Podobno wilki przywędrowały zimą z Białorusi. No faktycznie jest tu w cholerę lasów.

Nadchodzi już ta pora, że i skansenowy pan rozumie moją potrzebę dalszej podróży (jest już koło 18). Jestem niezwykle wypoczęty i niedługim czasie osiągam oddaloną o 8 kilometrów na południowy-zachód Sosnowicę. Przejeżdżając przez miejscowość daje mi się zauważyć punkt informacji turystycznej. Punkt jest jednak zamknięty a na schodach przed budynkiem siedzi jakiś koleś z dwoma chłopakami. Niestety koleś nie jest w stanie odpowiedzieć na moje pytanie, gdzie tu jest jakaś szkoła (robię sobie mianowicie nadzieję, że jest tu jakieś schronisko młodzieżowe), ponieważ nie mówi po polsku. Rzeczywiście, dość południowy ma wygląd. Podsumowując więc: z jednego końca świata docieram na kolejny, a tam pod zamkniętym punktem informacji turystycznej jakiś obcokrajowiec udziela informacji w języku angielskim.

Szkołę znajduję bez większych trudności. Przed nią jakieś starsze panie o wyglądzie szurniętych artystek pakują do jednego z samochodów namalowane zapewne jeszcze tego samego dnia malunki. Czyli tak jak mówił pan ze skansenu – plener malarski w Sosnowicy. Jedna z pań ochoczo udaje się do szkoły zapytać się kucharek, czy jest jeszcze jakieś wolne miejsce noclegowe, tak jakby to kucharki podejmowały takie decyzje. Na szczęście zanim wróciła udało mi się wydębić od innej mapkę z polami namiotowymi i innymi noclegami w okolicy, i w okolicach zachodu słońca dotrzeć na pole namiotowe nad jeziorem Czarnym, gdzie koleś pobierający skasował mnie na dwa razy po pięć złotych. Gdybym się zdecydował spać bez rozbijania namiotu, zapewne zapłacił bym o połowę mniej. Ileż to płaciłem we Włodawie?


Szlachetne koło, jako się sprawujesz, nikt się nie dowie, aż się zepsujesz.
Sobota, 21.07.2012

Jedna wieczorna kąpiel w jeziorze musiała starczyć, bo po obudzeniu się o piątej rano i krótkim wyjściu na zewnątrz namiotu przeszła mi wszelka ochota na kolejną kąpiel. Pospawszy więc jeszcze trochę udałem się w stronę Poleskiego Parku Narodowego, czyli na południowy-wschód. W miejscowości Zienki, gdzie niestety nie udaje mi się odnaleźć odchodzącej ścieżki prowadzącej do kurhanu neolitycznego, udaje mi się znaleźć w ramach rekompensaty postpegeerowski kurhan złożony ze wszelkiego rodzaju złomu. Ze tego nie ukradli na złom to chyba tylko dlatego, że nie ma gdzie sprzedać.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Mój ogólny plan zwiedzenia PPN to zaliczenie jak największej ilości ścieżek przyrodniczych przy możliwym zminimalizowaniu opłat za wstęp na nie. Uiszczanie wszystkich opłat może podwoić mój dzienny budżet. Więc jak nikt nie pobiera kasy to i ja nie będę nadgorliwy. Na pierwszy ogień jezioro Moszne. Po trzech kilometrach lasu wreszcie wyjazd na sam brzeg jeziora po drewnianej ścieżce osadzonej na sięgających dna jeziora słupach. Wokół spleja, czyli kwintesencja bagna – to, co jak wciągnie to po jakimś czasie wypluwa kości. Z wierzchu niczym sympatyczny trawnik gdzieniegdzie porośnięty karłowatymi brzózkami. Mam ochotę zostać tu na noc i popatrzeć jak słońce wschodzi.

Podjeżdża dwóch rowerzystów. Jeden z nich wchodzi na spleję i zaczyna wyciągać wbity w nią kij. Potem, nie dawszy rady wsuwa go z powrotem tak głęboko jak tylko może. Nie osiągnąwszy dna przywraca kij do pozycji wyjściowej. – Ten kij to punkt obowiązkowy każdej wycieczki – objaśnia.

Żeby wydostać się do cywilizacji nie wracając tą samą ścieżką przebywam ściśle chroniony bór bagienny – gęstwinę młodych powyginanych sosenek – widok wywołujący lekki dreszczyk. Miejscami ścieżka prowadzi metr nad podłożem i ma nie więcej niż metr szerokości. Dzięki barierce z jednej strony przejście z rowerem jest wyczynem karkołomnym. Następnym jeziorem jest Łukie, największe naturalne jezioro PPN, w całości otoczone lasem. Spokój. Pomost nie stoi na dnie, tylko pływa. Można się kołysać. Znowu mam ochotę zostać tu na noc.

Po opuszczeniu ścieżki i dostaniu się na asfalt nawiedzają mnie złe duchy przeszłości. Z tylnej dętki zeszło podejrzanie dużo powietrza. Na tyle dużo, że boję się już siadać na rower. Jakby tego było mało, mam wrażenie że koło lata na boki, jest jakby lekko powyginane. Cały czas kropi. Dwa kilometry dalej człowiek, którego tego samego dnia miałem okazję wyprzedzać, gdy sam prowadził rower, zachęca mnie do podjęcia ryzyka i jechania. Jego zdaniem to ryzyko jest dość małe. I na szczęście posłuchałem i na jeszcze większe szczęście jakieś 2 kilometry dalej wielka tablica: WULKANIZACJA. Pożegnałem się więc ze swoim towarzyszem i za jedyne 10 złotych zwulkanizowałem starą dętkę i dopompowałem obecną.

Wczesnym popołudniem docieram do schroniska w Urszulinie, które, ku wielkiej uldze jest czynne, choć trzeba poczekać kwadrans zanim pani opiekunka schroniska przybędzie. Uiszczam więc opłatę 30 złotych za dwie noce i staję się panem i władcą całego budynku szkoły, gdzie zostawiam wszystko co nie jest mi potrzebne do krótkiej popołudniowej wycieczki po okolicy.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Wereszczyn – południowy wschód od Urszulina. Na lekkim rowerze po gładkiej szosie jedzie się bardzo przyjemnie, nie da się jedynie oprzeć wrażeniu, że tylne koło lata na boki, bądź też ma kształt bardziej owalny niż okrągły. Trochę jak na koniu. Bardzo niepokojące odczucie, gdy się wie, że to bądź co bądź dwa kółka, nie koń. Minąwszy Wereszczyn, gdzie spotkałem sklep oraz roztrąbioną grupę samochodów wiozących gości weselnych, znalazłem się najpierw w miejscu dość ustronnym i spokojnym, gdzie bocian spaceruje po świeżo skoszonym polu mając w tle bardzo fotogeniczny czerwony kombajn, potem zaś trafiłem w okolicę absolutnie już spokojną i dziką, gdzie pola przechodzą w łąki, a te w północny kraniec Bagna Bubnów (Obszar Natura 2000, jakieś 20 km2). Na skraju tego bagna wśród zarośli i drzew przysiadłam sobie na wieży obserwacyjnej, z której za dużo mi się jednak zobaczyć nie udaje.

W drodze powrotnej skusiłem się jeszcze na średniowieczne, a konkretniej XIII-wieczne grodzisko w Andrzejowie. Wspiąwszy się na niewielkie wzniesienie przedarłem się wąską ścieżką przez zboże i znalazłem się w lesie przed potężną fosą, za którą wyrastało wzgórze grodu. Umocowawszy rower o drzewo, przeprawiłem się przez fosę. Na szczycie grodziska – była to dość mała powierzchnia – stoi kapliczka, a raczej cztery ściany i dach. Nic więcej z niej nie zostało. Tylko ze środka zieje mrok. Na zarośniętym poletku gdzieniegdzie wystają nagrobki. Prawosławny cmentarz – na oko widać, jak dawno musiał zostać porzucony. Tam pewien niesamowicie piękny stary nagrobek… Poza tym o tej porze cmentarz zaczyna straszyć…

Polesia czar, co na Białoruś uciekł.
Niedziela, 22.07.2012

Wymontowawszy i z powrotem założywszy dnia poprzedniego tylne koło od roweru, co miało mi dać złudne poczucie, że je naprawiłem, choć po naprawie chodziło tak samo na boki tudzież góra-dół jak i przed, udałem się chłodnym porankiem bez zbytniego dociążenia na całodniową rundkę po Poleskim Parku Narodowym, w złudnej nadziei, że nie spotka mnie żadne nieszczęście. Po 11 kilometrach nieustannego pedałowania w kierunku północno-zachodnim udało mi się zatrzymać na chwilkę a następnie popedałować na wschód jeszcze 5 kilometrów dość niskiej jakości krętą drogą do przysiółka Lipniak, gdzie zaczyna się ścieżka przyrodniczo-edukacyjna „Obóz powstańczy”. 150 lat temu był to prawdziwy koniec świata, skoro rozbijali się tu powstańcy. Dzisiaj, gdyby nie było kilku domów i drogi do wsi Lipniak, też byłoby nieźle.

Dnia poprzedniego zachwalano mi również ścieżkę o wschodnio brzmiącej nazwie „Perehod”. Dotarłem na nią korzystając ze skrótu oznaczonego jako szlak konny. Kreatywnie zdewastowany znak drogowy poinformował mnie, że „koń wierzchni”. Mój wierzchowiec jednak doskonale spisał się na nierównej drodze a manualna nawigacja zaprowadziła mnie do wsi Pieszowola. Okoliczne stawy należały kiedyś do dworu, z którego zostało równie niedużo. Znajdujący się pod wsią cmentarz Krassowskich – właścicieli wsi – nie powala ilością krzyży. Bo czy ilość dwa może powalić na kolana? Stawów jest 11, a jeden bardziej zarośnięty od drugiego. Natura zabrała sobie wykopane przez człowieka doły na wodę i zagospodarowała je na swój sposób.

Później, z pomocą różnych objazdów, docieram do mieściny Stary Brus, gdzie tamtejszy kościół z początku XIX wieku jest równie oryginalny co i brzydki, oraz do Zagrody Poleskiej, oznaczonej na mojej mapie prawie że jako skansen – w istocie bez fajerwerków. Ze Starego Brusu ruchliwą drogą krajową w stronę Urszulina. Mam dosyć już po 7 kilometrach i przy najbliższej okazji (Wytyczno) skręcam w prawo by w spokoju wyciszeniu objechać Jezioro Wytyckie – nawet kosztem powrotu na nocleg po zachodzie słońca. Cisza jest z początku pojęciem dość abstrakcyjnym, gdyż zaraz po przekroczeniu granicy Parku Narodowego do moich uszu docierają jakieś dzikie wrzaski. Okazuje się, że to wydzierają ryje schlani goście weselni stacjonujący na oddalonym pół kilometra dalej polu biwakowym. Co ciekawe, obok jest leśniczówka, ale najwyraźniej za wynajęcie pola biwakowego zapłacono, to i nawet rakietę można by odpalać.

Jezioro Wytyckie późnym popołudniem urzeka. Wśród trzcinowisk na zachodnim brzegu ukryta łódka. Dalej spokojne wody usiane liliami. Gdyby nie łańcuch i kłódka, odpłynąłbym na daleki wschód…

Dyskretny urok walki z rowerem.
Poniedziałek, 23.07.2012

Moje rowerowe koło coraz bardziej chodzi mi po głowie. Dzisiaj jadę do Chełma, gdzie mam zamiar zobaczyć miasto, przenocować w schronisku młodzieżowym i udać się koleją do Zamościa. Tymczasem w tylnym kole zauważyłem brak trzech szprych. A więc może to jednak nie być wcale takie proste. Z jednej strony ubytek trzech spośród trzydziestu sześciu wydaje się mało groźny, bo nacisk na pozostałe wzrasta zaledwie o niecałe 10%, z drugiej strony nacisk wzrasta aż o 10%.

Tak więc sobie jadę, może już ostrożniej niż swego czasu na po Roztoczu, ponieważ bądź co bądź bez tylnego koła zostanę niemalże zupełnie uziemiony. Do Chełma nie jadę jednak najprostszą możliwą drogą – tak nie można nazwać drogi przez Świerszczów, Małków, Wólkę Tarnowską, Chylin, Kozią Górę. Mam na to zbyt dużo czasu, więc roztrwaniam go na pchanie roweru po piaszczystych bezdrożach i wylegiwanie się na trawie przy drodze i ogólne nie przemęczanie się. Nie przemęczanie się kończy się na długim i dość stromym podjeździe w okolicy Kozia Górka. Niestety zjazd jest jeszcze krótszy i bardziej stromy a rower… no, już nie ta kondycja.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po 35 kilometrach jazdy, przed samym Sawinem, niewielką mieściną będącą siedziba gminy, usłyszałem niepokojący szum dochodzący z tyłu roweru. Zanim zdążyłem się zatrzymać i zejść z roweru, tylne koło było praktycznie puste. Doczłapałem się z rowerem jeszcze kilometr na rozległy trawnik nadający się na miejsce do wymiany dętki, po czym przystąpiłem do dzieła. Zorientowałem się przy tym, że w tylnym kole brakuje już czterech szprych. No zarąbiście, szprychy mnie opuszczają…

Na szczęście dobry humor mnie nie opuszczał. Przy okazji drobnych zakupów w lokalnym sklepie spożywczym dowiedziałem się, gdzie mogę kupić dętkę do roweru, tam zaś dowiedziałem się, gdzie kupić szprychy. Zakupiwszy więc wszystko co potrzebne udałem się ze spokojem uzupełnić brakujące w kole szprychy. Niestety, o tym nie miałem już zielonego pojęcia i po pół godziny bezskutecznego użerania się z założeniem choćby jednej, zrezygnowałem, bo co jak co, ale każdy czas się kiedyś kończy.

Tak więc sobie jadę na pozostałych 32 szprychach tylko czekając aż kolejna nie wytrzyma napięcia. To trochę jak chodzenie po polu minowym – jeden nieostrożny ruch i wszystko się może rypnąć. Do centrum Chełma tylko 19 kilometrów. Po drodze dowiaduję się co nieco o stylu rusko-bizantyńskim na przykładzie murowanej cerkwi w Czułczycach. To jakby murując cerkiew nie układali cegieł prosto, tylko niektóre bardziej a inne mniej wystające. Tylko że jest w tym pewna harmonia.

W Chełmie odnajduję schronisko dzięki mapie znalezionej w pobliżu dworca kolejowego, gdzie trzykroć musiałem się pytać o pociąg do Zamościa. Jak się okazuje, jeśli pociąg nie jest bezpośredni to dla kasjerki tak jakby nie istniał. Trzeba więc przesiąść się w Rejowcu Fabrycznym. Po około 15 minutach od mojego telefonu do schroniska pojawił się gospodarz – w tym czasie zgromadziła się już dość pokaźna grupa osób chcących skorzystać ze schroniska. Tymczasem gospodarz, nieświadomy faktu, że spora cześć ludzi, w tym ja, ma jeszcze tego samego dnia zamiar ruszyć na miasto by się narżnąć lub narąbać bądź też w inny sposób rozerwać się po ciężkim dniu, zaczyna opowiadać o schronisku, w szczególności zaś o tym, że nocował tu generał de Gaulle, a dane osobowe spisuje tak „namiętnie”, że każda literka nazwiska czuje się dopieszczona w najmniejszym szczególe.

W Chełmie nie mam zbytnich problemów z zobaczeniem najciekawszych obiektów miasta, gdyż większość z nich leży na Górze Zamkowej, u stóp której leży schronisko. Chełmska góra znana jest jako miejsce mocy, podobnie jak Wawel, Grabarka, Jasna Góra, Ślęża, Łysa Góra… Na szczycie wybudował gród Daniel Romanowicz. W grodzie stoi zaś kurhan, z jego szczytu rozległy widok na dalekie wzgórza, przez które brnąłem tu dziś.[/align]


Nienaganne prowadzenie. Powrót na Roztocze.
Wtorek, 24.07.2012

Dzisiaj opuszczam Chełm, który przyjął mnie dość gościnnie. Wieczór w schronisku minął wśród dość pokaźnego towarzystwa wszelakiego pokroju. Po konsultacjach telefonicznych z podłączonym do Internetu bratem nabyłem namiary na znajdujący się w Zamościu serwis rowerowy, gdzie miałem zamiar naprawić koło. Gdyby to się nie udało, była tylko jedna alternatywa. Powrót.

Podróż minęła pod znakiem przesiadki w Rejowcu Fabrycznym (pozdrowienia dla Uli). Przy pakowaniu roweru do pociągu dała się już zauważyć znaczna różnica w porównaniu z podróżą do Horyńca. Za około 120 złotych udało się zmienić koło i oponę. Jak powiedział mi kierownik sklepu – skądinąd Ślązak z Jastrzębia – nie opłaca się wymieniać szprych w tak powyginanym kole. Nie minęła godzina – w trakcie której rozsiadłem się w trzykołowym rowerze z ekspozycji, na którym przemieszcza się w pozycji leżącej – i jechałem w kierunku rynku, by tam oddać się lokalnym przyjemnościom. Z nowym kołem czułem się jakbym się przesiadł z Trabanta na BMW.

Lokalne przyjemności skończyły się dość brutalnie wraz z powrotem do roweru, w którego tylnym kole nie zaznasz ni odrobiny powietrza. Tak, na pewno się komuś z kawiarni nie spodobało, że oparłem rower o barierkę ogródka piwnego. Powietrze nie spuszczone przez wentyl bo koła się nie da napompować a w oponie ani śladu przebicia. Cholera jasna. Z błagalnym wzrokiem zostawiam bagaż na informacji turystycznej i pcham rower do punktu serwisowego. Tam też nie wiedzą o co chodzi, ale/więc wymieniają na nową dętkę. Czyżby poprzednio włożyli dętkę z odzysku?

Późne wtorkowe popołudnie, nie mając zamiaru szukać noclegu w Zamościu, przemieszczam się dostojnym tempem swoim ciężarowym BMW drogą w kierunku południowo-zachodnim, następnie po 15 kilometrach półobrót i 5 kilometrów do Szewni Dolnej (cerkiew) i skręt na południe; 4 kilometry dalej Potoczek i urocza cerkiewka w kolorze wyblakło zielono-lazurowym z przewagą zieleni koszonej właśnie trawy. Przy dzwonnicy, od której prowadzi kabel z prądem do kosiarki, koleś położył telefon. Nie wie, że tu jestem, bo kosi za cerkwią i nic nie słyszy. Gdy już zobaczy jak opuszczam trawnik, pójdzie schować telefon.

Po makabrycznej rowerowej wspinaczce (na piechotę oczywiście) nic tak nie chodzi po głowie jak chłodne piwo. Nic też jednak bardziej nie odbiera wyobraźni (i potencjalnie prawa jazdy nie wspominając o innych rzeczach) podczas stromego i krętego zjazdu nowiutką drogą. Dlatego uraczywszy się lodem typu bigmilk, który doskonale zaopatruje organizm w wodę i cukry, nie przekraczam 40 kilometrów na godzinę. Bez nowego koła chyba by mnie szlag trafił. W miejscowości Jacnia tę drogę dopiero budują, dlatego zawczasu skręcam na Krasnobród, który ma największy noclegowy potencjał w całej okolicy. Widać ten potencjał nad lokalnym kąpieliskiem, gdzie na deptaku tłok jak na Krupówkach. Na szczęście pole namiotowe, które znajduję, zlokalizowane jest na prywatnej posesji, gdzie mając dostęp do wody we wszelakiej postaci, mogę za całe 10 złotych rozbić się na trawie wśród młodych sosenek. Wody pitnej mam jednakowoż dostatek, bo po drodze jeszcze do pełna zatankowałem przy źródełku o wdzięcznej nazwie Belfont. Gdzie jak gdzie, ale na Roztoczu człowiek pragnienia nie zazna.


Sinusoidalny urok Roztocza i ekologiczny prysznic.
Środa, 25.07.2012

Nie powiem, żebym się tej nocy nie wyspał. Nadzwyczaj wypoczęty ruszyłem drogą na Tomaszów Lubelski odbijając jeszcze na chwilę na północny wschód do kapliczki na wodzie. Kapliczka stoi na palach dosłownie nad źródełkiem w taki sposób, że jak chce się nabrać wody, to trzeba uważać, żeby się nie walnąć w łeb o strop. Kapliczkę wybudowano zaś w miejscu, gdzie kiedyś ktoś się komuś objawił i na pamiątkę tego wybiło źródełko. Kapliczkę zaś postawiono w oparciu o tę samą zasadę, wedle której kapliczkę postawiono koło SCC w Katowicach. Zaś obok niej parking rowerowy. Strzeżony. Przez cudowną obecność kapliczki.

Wracając zaś na trasę – po minięciu krasnobrodzkiego klasztoru i około 4 kilometrach prostej jak strzała drogi skręcam w szeroko rozumianym kierunku południowym, który w pewnych momentach przybiera (że się tak po fizycznemu wyrażę) północno-zachodni zwrot. Pozostając zaś przy terminologii fizycznej, prędkość kształtuje się dość sinusoidalnie, tak jak zresztą tutejsza rzeźba terenu. Długo nie mogąc nadziwić się swojej głupocie, która pchnęła mnie na tą właśnie zaimprowizowaną na potrzeby „szybszego” pokonania trasy drogę, męczyłem się ponad trzy kilometry pod jakąś lokalną leśną przełęcz czując się wśród tutejszych lasów jak w górach a co najmniej na podgórzu. Moja głupota nie zaś nie kwapiła się, żeby pomoc mi pchać rower.

Gdy tak już chyba osiągnąłem szczyt, zza zakrętu wyłoniła się jakaś wioska a za nią karkołomny zjazd po dziurawej drodze. Ze łzami w oczach patrzałem jak z trudem zdobyta wysokość względna rozpływa się między łatami w asfalcie. Zaliczywszy więc jeszcze kilka długich podjazdów zwieńczonych krótkimi acz panoramicznymi zjazdami (a spróbuj nie patrzeć pod koła) wylądowałem w Suścu, kolejnej miejscowości z obszerną bazą noclegową – w linii prostej 14 kilometrów od mojego poprzedniego noclegu, skąd odbiłem na wschód.

Przy rozjeździe na Wolę Łosiniecką minięcie kombajnu tak zeszło się z zejściem powietrza z koła (no zgadnijcie, którego), że zacząłem winić kombajn za to nieszczęście. Zeszłem (a nie, zszedłem) więc szybko z roweru i ile mogłem tyle dopompowałem, co dało mi tę przewagę, że uziemiony zostałem przy drodze na środku wsi, kilkaset metrów dalej, z jednej strony mając zabudowania a z drugiej łąkę i dalej las. Znalazłem się więc w idealnej lokalizacji, żeby siąść na poboczu i powiedzieć: Kur..., ja pierdole!

Jednakowoż w takiej sytuacji pierdolenie na dłuższą metę nie jest w stanie poprawić sytuacji a moje nadzieje na spadający z nieba ratunek mijają jak jedyny przejeżdżający tą drogą samochód. A to nie jest przelotówka. Kilometr dalej asfalt kończy się wraz z wsią i raczej nie przejeżdża tędy co pół godziny pomoc drogowa. Biorę się więc za zdejmowanie opony i sam już nie wiem, czy tę ogromna dziurę w dętce przed chwilą sam zrobiłem śrubokrętem, czy też może sama się zrobiła.

W napadzie pierdolenia nadszedł jednak ratunek. Przypomniało mi się, że mam przecież jeszcze jedną dętkę, a mianowicie tę kupioną w Sawinie, dętka ta okazała się pasować do koła (długi wentyl). Głupi to ma szczęście. Urąbawszy się w smarze i innym rowerowym brudzie, pojechałem więc dalej, wystrzegając się kombajnów jak zarazy. I znowu jadąc po lokalnych drogach i dróżkach o stanie od szutru do właśnie położonego jeszcze ciepłego asfaltu docieram po 11 kilometrach do Bełżca, który ma mi zapaść w pamięć jako lokalizacja XVIII wiecznej cerkwi, całej w drewnie, w towarzystwie niewielkiego kamiennego krzyża, zapewne równie starego. Zaraz za cerkwią jedna nić torów kolejowych. Podróż w jedną stronę… Nie, nie da się zapomnieć.

8 kilometrów dalej na południowy zachód Narol. Nie wiem, ale jakoś mnie barokowe kościoły ani zespoły pałacowe nie pociągają. I mam ogromny dylemat, bo po okolicy poutykane jest jeszcze pięć cerkwi, które mnie bardziej pociągają a ja nie mam jakoś cholernie dużo czasu, jest po 16 a ja bym chciał się jeszcze przez 40 kilometrów rozbijać i nie wiadomo czy nie zakopię się jeszcze gdzieś po drodze. Więc tak stoję na rozjeździe i się zastanawiam, ale nie za długo.

Jak jadę na wschód to wieje ze wschodu. Jak wracam to mam wrażenie że nie chce wiać. Wola Wielka. Spora drewniana świątynia w dość centralnym punkcie wsi, otoczona kamiennym murem, wokół trochę starych krzyży, walących się. Budynek nie odwiedzany, robi coraz bardziej ponure wrażenie. Dach pokryty rdzewiejącą blachą. Szyby w oknach gdzieniegdzie zdezerterowały. Tam gdzie jeszcze są, odbijają w schowanej za nimi cerkiewnej ciemności drewniane zabudowania wsi. Leniwe popołudnie snuje się po polach. Przy drodze wśród traw medytuje stara drewniana chałupa, popołudniowe słońce grzeje jej czoło i włosy.

Po wspięciu się na punkt widokowy na zachód od Huty Złomy staję się dwukołową łodzią w morzu zbóż. Jak okiem sięgnąć od lewej do prawej żółte morze, z którego nie wystaje nawet najmniejszy zielony żagiel. Nade mną niebieskie niebo. To jest jak flaga Ukrainy. Złoty step i upalne niebo o chłodnym odcieniu. Ale nie ma cienia w tym odcieniu, nie ma chmurki. To jest czysty odlot, słońce niżej i niżej już ucieka na zachód, ja muszę za nim. Do Łówczy zjeżdżam po bardzo stromej i wyboistej drodze. Kolejna cerkiew odkryta nie tak znowu szybko i łatwo. To przeszłość, która chowa się przed współczesnością w cień sosnowego lasu, przeszłość, która szuka swego ukojenia w zapomnieniu. Pośród krzyży zapisanych gęstą cyrylicą jeden z nagrobków zadedykowała żona mężowi: Patrz! o to posąg z kamienia wykuty. Nad zimnym grobem śmierci upominek. Zapłacz wyrazem żalu i pokuty. Tu mąż i ojciec znalazł swój spoczynek. (Ignacy Thullie, dziedzic Łowczy i Czerniechowiec, umarł dnia 15 stycznia 1842 r. w 76(?) roku życia swojego).

Około godziny 19 docieram do Płazowa. Droga przez las jest już chłodna. W Płazowie rozsiadam się wygodnie na trawie i próbuję się dodzwonić do schroniska, które w moim nie wiem już nawet skąd zaczerpniętym przekonaniu znajduje się w odległej o 4 kilometry Rudzie Różanieckiej. A może w Hucie Różanieckiej? Ale to z kolei kolejne 5 kilometrów. W każdym razie chcę dowiedzieć się, na czym stoję. I okazuje się, że leżę, leżę i to nie w łóżku a w najlepszym wypadku na karimacie pod namiotem. Tylko jeszcze nie wiem czy na dziko czy może jakoś lepiej. W samej Rudzie też ni śladu schroniska. Jadę więc sobie grzecznie w stronę Huty, jak by tam się nie udało, to za kolejne cztery kilometry jest Susiec. I tak dalej, i tak dalej, kiedyś w końcu gdzieś dojadę…

Wyglądające na mapie jak stawy rybne niebieskie plamy za wyjazdem z Rudy okazują się tętnić życiem i to bynajmniej nie jest to podwodna impreza Neptuna. O w pysk, cały ośrodek wypoczynkowy, na środku jeziora molo i wysepka na palach, na której przybytek dyskotekowo-alkoholowy, a gdzieś dalej, nad brzegiem jeziora, zbawienie, namiot stoi! Tak, jest jeden namiot to znaczy, że zaraz może być całe pole namiotowe. Za przyzwoleniem więc pani Iwony z zajazdu (przyzwolenie to kosztowało zaledwie pięć złotych) rozbijam się wśród względnej ciszy w odległości dość znacznej od pierwszego namiotu, koło którego ognisko już w półmroku płonie. Światła przybytku dyskotekowo-alkoholowego padają ścianę lasu pod którą się chowam. Wraz z nadejściem nocy jeszcze światła przechodzącej burzy i wspaniały prysznic w strugach deszczu. Jakby mocniej lało to jeszcze bym mydło wyciągnął…


Holenderscy turyści (fietsen fietsen!!!) i koniec zahamowań.
Czwartek, 26.07.2013

Podczas burzy zawsze bałem się że piorun trafi w drewniany dom lub pobliskie drzewo, od którego zapali się dom. Gdy burza przechodziła nad moim namiotem zupełnie się tego nie bałem. Maszty z włókna szklanego raczej nie przyciągają piorunów. Martwiły mnie jedynie kołyszące się niemalże nad moją głową sosny.

Na szczęście teraz już jest wspaniały czwartkowy poranek Wyruszam na północ zapchawszy się jeszcze dwoma bułkami kupionymi rano w Rudzie Różanieckiej. Po drodze spotykam holenderskie małżeństwo, jadące z Cypru (chyba promem) do Estonii. Mają zamiar odwiedzić po drodze Puszczę Białowieską. Opowiadam im o swoich przygodach z kołem, czego z kolei oni, wyposażeni w porządne rowery turystyczne jakoś szczególnie nie rozumieją. Jak się również dowiedziałem, noc spędzili w lesie. Poranek zgotował im leśniczy bardzo miłym stwierdzeniem „dzień dobry”. Na tej wymianie zdań (i uśmiechów) się najwyraźniej skończyło, w przeciwnym razie dzień nie byłby taki dobry.

Dzień natomiast zapowiadał się znakomicie. Za Hutą Różaniecką zjechałem na niebieski szlak, który obiecywał bardzo bliski kontakt z atrakcjami przyrodniczo-krajobrazowymi rezerwatu Nad Tanwią. Szlak niebieski okazał się jednak być szlakiem pieszym. Poznałem to w momencie, gdy zszedł na sam skraj rzeki i prowadził mnie bardzo wąską i śliską ścieżką między rzeką (metr w dół) a skarpą (trzy metry w górę). Wpadnięcie do rzeki wprawdzie nie groziło utopieniem, ale już na pewno bardzo skomplikowaną operacją wyciągania z niej roweru i suszenia zawartości sakwy.

Minąwszy ten fragment rzeki nieco się od niej oddaliłem i znalazłem się na otwartej przestrzeni, gdzie pod lasem u stóp stromej skarpy ulokował się harcerski namiot. Zgubiwszy szlak umocowałem rower w okolicy i udałem się na poszukiwanie śladów szlaku. Na szczycie skarpy cały harcerski obóz. Tutejszy człowiek wyjaśnia mi przebieg szlaku i mogę z czystym sumieniem wciągać rower do góry.

Bardzo gorący dzień się zrobił. Mam ochotę się normalnie w rzece schłodzić, a tu patrzę: tabliczka. Ochrona wód. Zakaz ingerowania w wody rzeki na jakimś tam odcinku. Tak więc gdybym wszedł do strumienia, mój pot mógłby być przyczyną ekologicznej katastrofy (no co, przecież wzrosłoby zasolenie) i wymarcia wielu gatunków ryb. Odpuściłem więc sobie kąpiel, a w każdym razie w bezpośrednim sąsiedztwie tabliczki.

Jakoś przygoda z niedoszłą kąpielą wraz z rowerem nie ostudziła moich zapałów i postanowiłem nie iść na łatwiznę. Wyprzedziwszy grupkę harcerzy najwyraźniej urządzających sobie w okolicznych lasach survival – jeden z nich miał coś jakby karabin – udałem się jeszcze raz na spotkanie z rzeką. Jakoś tak się jednak złożyło, że skarpa, po której schodziłem wraz z rowerem była zbyt stroma, albo też źle się za nią zabrałem, bo już po niedługim czasie leżałem wraz z rowerem w chaszczach, cały uwalony w ziemi. Rower miał zaś kierownicę skręconą o ponad 360 stopni, przedni hamulec wyrwany „z korzeniami”. Mocowania od sakwy też się w dużej mierze powyrywały. Tyle dobrego, że nie skończyłem w szuwarach. Drogę pod górę odbyłem już na raty.

Wyzbywszy się zatem połowy zahamowań dojechałem do Suśca. Zajęło mi to ponad dwie godziny zamiast 20 minut szosą, bo w międzyczasie jeszcze zafundowałem sobie pełne zanurzenie pod wodospadem oraz wspinaczkę rowerem po piasku. Bardzo jednak sobie cenię ten skrót. Nigdy do tej pory nie byłem na rowerze w górach. Mój humor jeszcze bardziej poprawiła pinezka, która wbiła się centralnie w przednią oponę. Zauważyłem jakiś czas potem zupełnie przypadkiem. No cóż, żeby przebić przednie koło, nie wystarczy pinezka, na tylne zaś wystarczy „kombajn”.

W Suścu dzikie tłumy miastowych turystów, więc zjeżdżam czym prędzej budząc niemalże litość u sklepikarki, u której kupuję dwa batony ku regeneracji sił. Kolejny rezerwat (Czartowe Pole) czeka mnie 7 kilometrów dalej (teraz to faktycznie czuję, jak cudownie wiatr w plecy wieje!). Tym razem jednak chowam skrzętnie rower za jakimś pomnikiem ku czyjejś czci (przepraszam zainteresowanych za mój patriotyczno-martyrologiczny ateizm) i udaję się na spacerek wzdłuż doliny rzeki (a raczej strumienia) Sopot. A okolica wygląda faktycznie jak jakieś czartowe pole, mając na uwadze ilość porozrzucanych kamieni, pni i konarów drzew, ruiny papierni Zamoyskich…

Na wjeździe do Józefowa wita mnie deszcz. Jakoś mi się dzisiaj nie najgorzej moknie. Bo ciepło jest. W Józefowie oprócz jawnie wynikających z mapy pól namiotowych znajduję również oznakowane schronisko młodzieżowe. Jestem w szoku, ale nie mam z tego powodu zamiaru nagle nocować. Oprócz innych zaniedbanych i odrapanych budynków również stara bożnica (synagoga), kwadratowy biał(aw)y budynek o dużych od góry zaokrąglonych oknach. Jednakże Żydzi już tylko na nieodległym kirkucie, o który mam przyjemność zahaczyć. Choć może gdyby posłuchać opinii mieszkańców na temat swoich sąsiadów, znalazłoby się paru… Jak w całej Polsce zresztą. Na wzniesieniu nad Józefowem kamieniołom, w którym podobnież ćwiczą żołnierze jadący do Afganistanu. Ciekawe, czy to samo piszą o każdym innym kamieniołomie w okolicy. Choć trzeba przyznać, że jest się tu gdzie chować i gdzie wspinać. Za kamieniołomem wyłania się majestatyczna sylwetka wieży z kamienia zwieńczonej drewnianym zadaszeniem. Nowa, ale robi lekko średniowieczne wrażenie.

Przez cały mój urlop szukałem noclegu. Zdarzało się, że znajdowałem go tam, gdzie zaplanowałem przed urlopem (cztery miejsca), ale przede wszystkim była lekka improwizacja lub też totalna improwizacja tak jak podwórko w Siedliskach, łąka po lasem koło Mirczy, ostatnie pole namiotowe w Hucie Różanieckiej. Do takich niespodzianek należało również Górecko Stare, przez które przejeżdżałem z zamiarem przenocowania w Zwierzyńcu. Mój wzrok przykuła po raz kolejny zielona trójkątna tabliczka oznaczająca szkolne schronisko młodzieżowe. Wydawało mi się, że mam zwidy (w takiej wsi schronisko?!), więc zawróciłem, żeby się lepiej przyjrzeć. Niedowierzanie zaprowadziło mnie pod samo wejście niewielkiej szkoły (którą, jak się później dowiedziałem, mieszkańcy zbudowali sami), gdzie schwytał mnie gospodarz schroniska i nie wypuścił przez kolejne dwie noce, każda za jedyne 10 złotych. Takim okazjom się nie odmawia. Zostawiłem więc większą część bagażu i korzystając z późnej popołudniowej pory pojechałem „sobie pojeździć”.

Wyznając zasadę, że urlop służy wypoczęciu i wyspaniu się, pojechałem tylko do Górecka Kościelnego, trzy kilometry na południe, gdzie znalazłem brzydki drewniany kościół – i co z tego, że stary – oraz znacznie przyjemniejsze dla oka: aleję bardzo starych dębów oraz kapliczkę ozdobioną pociętymi w plasterki pniami drzew. Miejsce kultu św. Stanisława. Bynajmniej nie Szczepanowskiego. Nie zabrakło też źródełka z cudowną wodą, którą pił Mieszko I podczas wyprawy na Kijów, którą książę Daniel Halicki gasił kaca po imprezie koronacyjnej w Drohiczynie oraz której Jurij Gagarin użył jako paliwa chłodniczego we własnej konstrukcji rakiecie na Marsa.

W drodze powrotnej rezerwat Szum i bardzo niewielka elektrownia wodna. Swego czasu zaopatrywała całą wieś.

No ładnie ładnie..
Piątek, 27.07.2012

Ojoj, 30 lipca, mój czas powoli dobiega końca, trzeba go jak najlepiej wykorzystać. Wieczór dnia poprzedniego napawa nostalgią, obok kuchni w budynku szkoły jest jakieś stowarzyszenie czy coś, w każdym razie całkiem sympatycznie śpiewają. Bardzo pasuje mi ich śpiew do mojego liofilizowanego obiadu wspomaganego kaszką kuskus. Pokój a raczej sala lekcyjna też ma swój dyskretny urok. Łóżka to tzw. kanadyjki (proszę sobie grzecznie wyguglować), co na pewno znacznie zmniejsza koszty noclegu (patrz: składane meble z Ikei), natomiast dodatkowo o standard odpowiadający cenie dba kilkanaście gatunków ciem trzepoczących się po całym pokoju w szczególności w okolicy okna. Po zabiciu kilkunastu (sztuk!) daję sobie spokój. Jak się gasi światło, to i ćmy i tak idą spać.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

Bez zbytniego obciążenia jadę więc szybkim tempem na północ najpierw do Florianki, gdzie mam nadzieję spotkać konika polskiego, niestety muszę uciekać przed rojem wściekłych much nie zobaczywszy tego co chciałem. W sumie po około 17 kilometrach docieram do kolejnego ważnego strategicznie celu – zagrody w Guciowie pełniącej rolę skansenu. Urocza chałupka kryta strzechą, płotek, malwy i żuraw. Nad chałupą bocianie gniazdo. Czegóż trzeba więcej? No jak to czego? Transportera opancerzonego.

Osiągnąwszy pierwszy w celów zawracam z powrotem by tym razem z całą premedytacją przeprawić się przez sam środek Roztoczańskiego Parku Narodowego oraz rezerwatu Jarugi. Wspiąwszy się tzw. Białą Drogą na szczyt wzniesienia mam przed sobą zjazd, który jednak okazuję się być drogą imienia miłośników roztrząsania dupy. Jak mi dupę wytrzęsło na tych kocich łbach, to tylko ręce wiedzą, bo wycierpiały to samo. Stuletnia kostka brukowa kończy się wraz z leśniczówką, gdzie z kolei wjeżdżam na Szlak Powstańczy. O szlaku można powiedzieć, że zachował swój powstańczy charakter do dziś. Powstańcy bowiem nie jeździli na rowerach.

Wydostawszy się z lasu zaraz musiałem szukać ochłody w cieniu polnych drzew, bo tak się zdążyło słońce w międzyczasie rozjuszyć. Na kolejnym karkołomno-trzęsidupnym zjeździe prosto w stronę Szczebrzeszyna czuję nagle, że coś mi łydkę chłodzi. Zwalniam, oglądam się nad siebie, za siebie, nie śladu jakichś chmur deszczowych. No cóż to mi łydkę chłodzi w taki gorący dzień. Zaniepokojony schodzę z roweru a tu zaczyna chłodzić udo. Ha, ha, gazowana woda mineralna z pękniętej butelki. Ostatni raz wiozę wodę mineralną na bagażniku roweru. Pozwalam więc wodzie chłodzić mnie od środka. Szkoda bąbelków na łydki.

W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie. Poza tym straszna sypiąca się prowincja. Pomnik chrząszcza na spalonym słońcem rynku dupy nie urywa. Może dlatego, że już mi wcześniej urwało. Znacznie lepsze są nadnaturalnych rozmiarów drewniane chrząszcze i inne robactwo włącznie z jakimś ćmopodobnym latającym osadzonym na metalowym pręcie. Nie lubiłeś robali? Tu możesz je polubić, przytulić się, pogłaskać, zrobić sobie zdjęcie z muchą. Wystawa robali (ze względu na rozmiary nie mogę ich nazwać robaczkami, choćby i nawet świeciły) zlokalizowana jest koło domu kultury ulokowanego w budynku dawnej bożnicy, która różni się od tej w Józefie czerwonym kolorem i brakiem odpadającego tynku. Żydzi zostali już tylko na lokalnym cmentarzu, jednym z najstarszych i najlepiej zachowanych kirkutów w Polsce. No i oczywiście po drugiej stronie płotu…

Posiliwszy się w dobrze zaopatrzonym delikatesie (no jest tu jednak parę plusów), udaję się na rowerową wspinaczkę na lessowy płaskowyż Szczebrzeszyńskiego Parku Krajobrazowego, poprzecinany niezliczonymi wąwozami. Na mapie oznaczono ów teren nazwą Piekiełko. Na górze upał panuje niemiłosierny, ale po osiągnięciu kulminacji wzniesienie jedzie się fajnie, a już najfajniej jak zaczyna się zjazd. Tylko w pewnym momencie przestają mi się zgadzać kierunki, rozjazdy i ogólnie zaczynam tracić orientację w terenie. Jak sobie zjadę na niewłaściwa stronę płaskowyżu to będzie problem, więc zapobiegawczo od razu wbijam z powrotem na wchód i po krótkim czasie ląduje przy szosie Szczebrzeszyn-Zwierzyniec. Tak się skończyła moja przygoda ze Szczebrzeszyńskim Parkiem Krajobrazowym.

Kurwa.

Tak, kurwa, to słowo doskonale nadaję się, żeby w pojedynkę wypełnić cały poprzedni akapit. Po pięciu kilometrach jazdy szosą ot tak, raz dwa trzy i w tylnym kole nie ma powietrza. Objawy identyczne jak poprzednio. Jakoś nie ulega wątpliwości, że dętka się sama przebija, ale ni w cholerę nie wiem jak. „Łoj, wiater zeszedł” stwierdza jakaś babcia, którą mijam pięć kilometrów przed Zwierzyńcem. Jak się nie będę obijał, to w cztery godziny (około 20) powinienem być w Górecku. W Górecku zaś wstanę o 6 rano żeby zdążyć na pociąg po 8. Jakoś tam się da radę.

Roztocze 2012
 
Roztocze 2012
fot. Piotr Szczepanowski

W tym momencie następuje scena jak z filmu sensacyjnego, gdzie w zupełnie niespodziewanej sytuacji pojawia się nieoczekiwana deska ratunku. O ile jednak w filmach jest to więcej niż pewne, bo przecież nie można zabić głównego bohatera, o tyle tu mamy samo życie. Przejeżdżający ciemny Golf zatrzymuje się, wystawia się zza szyby facet i każe mi się pakować z rowerem do samochodu. Przez chwilę jestem wmurowany, ale deska otwiera bagażnik, składa tylne siedzenia i brutalnie pakujemy rower, po czym w samobójczym tempie po krętych roztoczańskich drogach wiezie mnie do swojego sąsiada w Zwierzyńcu, który ma jeden z trzech zlokalizowanych w tej miejscowości warsztatów rowerowych. Koleś jest profesjonalistą. Łata dętkę i zabezpiecza ją przed kolejnym przebiciem ze strony felgi. Szkoda tylko, że to już ostatni (rowerowy) dzień mojego urlopu.

Nad Zwierzyńcem pada deszcz. Przelotny. Doskonała okazja żeby przykłódkować rower u stóp Bukowej Góry i udać się po stromych drewnianych schodach do rezerwatu ścisłego. Z samej góry rozległy widok na kwintesencję roztoczańskiego krajobrazu: falujące jak morze pagórki pocięte w podłużne kolorowe paski. Wychodzi popołudniowe słońce. Niezwykły las staje się jeszcze bardziej niezwykły. Nad stawami Echo unosi się już wieczorna mgiełka. Rozpoczyna się ta magiczna godzina przed zachodem słońca. Kończy się powoli mój czas.


Powrót, lub jak kto woli, epilog.
Sobota, 28.07.2012 i dalej.

I co, następnego dnia do domu. 12-godzinna podróż z długimi czasami oczekiwania, goniącą pociąg chmurą burzową i jazda z krakowskiego dworca po ciemku na nieoświetlonym rowerze. Podobno za to karzą grzywną, hehe. Co poza tym? Ponad 800 kilometrów w niecałe 15 dni. Niedużo, bo nie chodziło o kilometry, tylko o szlajanie się po okolicy. Zakopywanie się w błocie i piasku, pchanie na podjazdach, wylegiwanie się na trawie i innych przybytkach natury. Bo było zimno i padał deszcz. Ale nie wyobrażam sobie, żeby miało być cieplej. Żeby ani razu nie spadł deszcz.

Co było a co mogło być? Za ponad 1500 złotych mógłbym sobie pewnie polecieć na tydzień do Egiptu albo Tunezji i mówić, że byłem w Afryce, na innym kontynencie. A tu, nawet porządnie granicy kraju nie przekroczyłem. Rocznie do Egiptu jeździ około pół miliona Polaków. Jakby na Roztoczu czy Polesiu pojawiła się w tym czasie choćby jedna dziesiąta, chyba bym oszalał. Choć bazy noclegowej by nie brakowało.

Mój następny urlop będzie kosztował o tysiąc mniej i będzie jeszcze lepsza jazda. Bo wracając z urlopu nie patrzy się na uciekający krajobraz, tylko przed siebie. A tam kolejne nieznane do poznania.

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • Następna »

Komentarze (7)

  • Gaia (gość)

    Gaia (gość)

    09.05.18, 13:05

    Witam, bardzo piekna galeria zdjec do podziwiania. zainspirowala mnie tak gleboko, ze zapragnelam starej drewnianej chatki w malowniczym miejscu. zdjecia sa jednak nie podpisane z jakich miejscowosci pochodza. czy jest taka mozliwosc zrobienia tego ? dziekuje serdecznie za przyblizenie memu sercu tak pieknych miejsc. planuje zobaczyc je z bliska. przesylam serdecznosci, Gaia

    Zgłoś

  • malutka (gość)

    malutka (gość)

    28.06.14, 18:03

    witam. gratulacje. trzymałam kciuku do ostatnich dni twojego urlopu...czuję się związana z tobą poprzez spełnianie marzeń. opowiem tylko taką ciekawostkę. wracając z gór mijałam wiejski sklepik. chciałam tyko kupić picie. jakiekolwiek. pani kasjerka pomimo, że byłam pierwsza. odczekała chwilę obsługując osoby , które weszły po mnie do sklepu. dopiero widząc, że jestem już sama. z ociąganiem sprzedała mi napój. chylę głowę przed miejscowymi...hahaha jeszcze raz gratulacje. twoją podróż sprawdziłam na mapie. gratulacje

    Zgłoś

  • 01.12.13, 00:43

    Komentarz usunięty

  • 22.11.13, 00:15

    Komentarz usunięty

  • Gosia (gość)

    Gosia (gość)

    05.04.13, 20:33

    Tak, jest coś w tej tęsknocie za przeszłością i ciągłym szukaniu jej śladów. Niestety ludzkość ma też to do siebie, że najpierw niszczy te ślady, a potem rozgląda się, czy może jednak jakieś pozostały. Choć może to właśnie sprawia, że są one tym cenniejsze i bardziej cieszą tych, którzy je odnajdą i ... dostrzegą.

    Zgłoś

  • Piotr (gość)

    Piotr (gość)

    03.04.13, 19:22

    Gosiu, odpowiadając na Twoją refleksję: moja potrzeba ucieczki do takich miejsc jak Roztocze, Bieszczady, Beskid Niski (poza tym np. Pustynia Błędowska), do tego w taki a nie inny sposób (na półdziko, bez planu) wynika z mojej (i raczej ogólnoludzkiej) odwiecznej tęsknoty za przeszłością: szukanie miejsc, gdzie widać ślady przeszłości, gdzie jest pusto i nie ma śladów natrętnej cywilizacji, gdzie można poczuć się jak 100, 200, 500 czy 1000 lat temu, gdzie można żyć (prawie) tak jak kiedyś, choć to tylko namiastka. To jest mniej więcej to, co niemieccy romantycy uznali za swój program: tęsknota za przeszłością, tęsknota za dalą...

    Zgłoś

  • Gosia (gość)

    Gosia (gość)

    02.04.13, 19:50

    Drogi Piotrze (że tak się spoufalę), z zapartym tchem dobrnęłam do końca Twojej opowieści, co, sądząc po zatrważającej ilości komentarzy niewielu się udało. W internecie szukałam nieco mniej ekstremalnych relacji z Roztocza, a tu masz... . Mam taką retoryczną refleksję: jak to jest, że człowiek korzystając z zawsze zbyt krótkiego urlopu, na własne życzenie funduje sobie TAKIE przeżycia i emocje, a gdy się kończą, zamiast obiecywać sobie, że nigdy więcej, planuje już następne. Pozdrawiam serdecznie. Życzę kolejnych egzotycznych podróży. Gosia

    Zgłoś


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyprawy pod patronatem Etraveler.pl

  • Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Równoleżnik Zero 2015 – Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza

    Autor: Źródło: materiały promocyjne

    Data publikacji: 25.03.2015 09:20

    Liczba odwiedzin: 2454

    Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza Równoleżnik Zero, który odbędzie się w dniach 9-11 kwietnia 2015 r. w Mediatece (Pl. Teatralny 5) i Bibliotece Turystycznej (ul.Szewska 78) to wydarzenie skierowane do osób pragnących poczuć klimat podróżowania oraz wspaniała okazja do spotkania z podróżnikami i autorami książek. Tegoroczna edycja będzie poświęcona krajom Ameryki Północnej i Środkowej. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Spotkanie z podróżnikiem: „Chcieć to móc” – Paweł Kilen w pięć lat po świecie

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 02.03.2015 10:11

    Liczba odwiedzin: 2555

    Pięcioletnia podróż Pawła Kilena w poszukiwaniu przygody i spełnienia marzeń. Z lekkim zarysem planu i z bardzo małym budżetem. Udowadnia wszystkim, a przede wszystkim sobie, że powiedzenie „Chcieć, to móc” nie jest fikcją. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • WyCHILEoutowana

    WyCHILEoutowana

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.09.2014 12:38

    Liczba odwiedzin: 7459

    „Nigdzie indziej na świecie nie ma tylu Niemców, którzy mówią po hiszpańsku i czczą bohatera narodowego o nazwisku O’Higgins”. Właśnie ta, zasłyszana wieki temu opinia na temat Chile pchnęła moje zainteresowania w kierunku owego chudego jak patyk kraju. Choć od tamtego czasu minęło już wiele lat, ciekawość pozostała, ale decyzja o wyjeździe zapadła dopiero niedawno. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka południowa, chile, patagonia

  • Czas na debiut – Strefa Darien

    Czas na debiut – Strefa Darien

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 25.09.2014 10:24

    Liczba odwiedzin: 4153

    Książka Michała Zielińskiego to osobisty zapis wrażeń z wyprawy do jednego z najmniej uczęszczanych rejonów świata – południowoamerykańskiej selvy, czyli dżungli. »

    Tagi: patronat medialny

  • Kurs na Indonezję

    Kurs na Indonezję

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 19.09.2014 09:47

    Liczba odwiedzin: 4956

    Karolina i Bartek, para młodych inżynierów z Krakowa i autorów bloga Kurs na Wschód, wkrótce rusza w kolejną podróż. Tym razem zamierzają odwiedzić Indonezję, przyjmując za cel nie tylko relaks pod palmami, ale także zebranie sporej ilości materiału reporterskiego, który ma czytelnikom ich bloga pokazać azjatycki kraj od podszewki. Karolina i Bartek obierają kurs na Indonezję! »

    Tagi: patronat medialny, azja, indonezja

  • 8000 km Across Canada

    8000 km Across Canada

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 01.08.2014 16:09

    Liczba odwiedzin: 4485

    Czy można pokonać pieszo dystans 8000 km w ciągu 8 miesięcy, samotnie, bez większego wsparcia z zewnątrz, mierząc się z różnorodnymi warunkami klimatycznymi oraz terenowymi? Można, trzeba mieć tylko jasno określony cel. A taki z pewnością przyświeca Jakubowi Mudzie, który wraz z początkiem stycznia 2015 roku wybiera się w pieszą wyprawę 8000 km Across Canada, od wybrzeża Pacyfiku aż po Atlantyk. »

    Tagi: patronat medialny, ameryka północna, kanada

  • 850 km, by znaleźć dom

    850 km, by znaleźć dom

    Autor: Anna Kaca

    Data publikacji: 16.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 4024

    W tegoroczne wakacje razem z moim czworonogiem pokonam pieszo 800 km, promując adopcje psów aktywnych. Od Karkonoszy po Bieszczady będę prezentować ludziom dwa bardzo aktywne psy, które od wielu lat nie potrafią znaleźć domu. Pokaże również, że wakacje można spędzać ze swoim czworonogiem w fajny dla obu stron sposób. »

    Tagi: patronat medialny

  • Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Archeolodzy (znowu) w podróży – czyli autostop w Skandynawii tropami wikingów

    Autor: Archeolodzy w podróży

    Data publikacji: 11.07.2014 12:45

    Liczba odwiedzin: 3364

    Minął ponad rok, odkąd grupa archeologów i jeden grafik zdecydowali się na podróż swojego życia, odwiesiła na jakiś czas pracę i studia i wyruszyła do Rosji. Teraz, projekt „Archeolodzy w Podróży” odżywa – w nieco zmienionym składzie (więcej info tutaj: http://archeolodzywpodrozy.blogspot.com/p/o-nas.html) ruszamy tym razem na północ! »

    Tagi: europa, norwegia, skandynawia, patronat medialny

  • Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Z uśmiechem na (Bliski) Wschód

    Autor: Tomasz Korgol

    Data publikacji: 01.07.2014 11:07

    Liczba odwiedzin: 2935

    Celem mojej najbliższej wyprawy jest Nepal. Trasa wiedzie z Wrocławia przez Węgry, Bułgarię, Rumunię, Turcję, Gruzję, Armenię, Irak (Kurdystan), Iran, Pakistan, Indie, Nepal. Łącznie 15 tysięcy kilometrów, samotnie, autostopem. Wyprawa jest częścią projektu pod nazwą ,,Z uśmiechem na (Bliski) Wschód”. »

    Tagi: patronat medialny, azja, indie, nepal

  • Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Podróżować to żyć – podsumowanie I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 30.05.2014 11:39

    Liczba odwiedzin: 2805

    W trakcie minionego I Festiwalu Podróżniczego Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej, któremu patronował między innymi portal Etraveler.pl, słuchacze mieli okazję nie tylko przenieść się w odległe i niezwykle różnorodne części świata, ale i dostali spory zastrzyk inspiracji, po którym na pewno niełatwo będzie wysiedzieć w domu. »

    Tagi: europa, polska, patronat medialny

  • Gobi Expedition 2014

    Gobi Expedition 2014

    Autor: Łukasz Kraka-Ćwikliński

    Data publikacji: 26.05.2014 16:34

    Liczba odwiedzin: 2951

    Wyprawa przez drugą co do wielkości pustynię na świecie zbliża się wielkimi krokami. Do jej rozpoczęcia zostały niespełna dwa miesiące, co sprawia, że jest to dobry moment, by przypomnieć zainteresowanym, na czym polega jej wyjątkowość. »

    Tagi: azja, mongolia, gobi, patronat medialny

  • Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Festiwal Podróżniczy u Przyrodników

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 26.05.2014 15:10

    Liczba odwiedzin: 2461

    Już w najbliższy piątek (30.05.) rusza w Lublinie Festiwal Podróżniczy u Przyrodników. W programie znalazły się slajdowiska z całego świata: Kolumbia, Antarktyda, Portugalia, Niemcy, Słowenia, Chorwacja) oraz z Polski (Opolszczyzna i Białowieski Park Narodowy). Ideą Festiwalu jest ukazanie piękna i bogactwa przyrody w skrajnie różnych rejonach świata. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • Bałkany Trip 2014

    Bałkany Trip 2014

    Autor: BusTrip into the Wild

    Data publikacji: 12.05.2014 09:20

    Liczba odwiedzin: 10291

    Jak opisać w kilku słowach projekt BusTrip Into The Wild? 26-letni volkswagen T3, siedmioro podróżników i 12 krajów, które chcemy odwiedzić w trzy tygodnie, jak najmniejszym kosztem. »

    Tagi: patronat medialny, europa

  • I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy Klubu Szalonego Podróżnika w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 28.04.2014 10:02

    Liczba odwiedzin: 14821

    Już 23 i 24 maja rusza w Środzie Wielkopolskiej pierwszy Festiwal Podróżniczy organizowany przez Klub Szalonego Podróżnika. Dwa dni festiwalowe będą składać się z prezentacji prelegentów o „Statuetkę Klubu Szalonego Podróżnika” za najlepszą prezentację podróżniczą, prezentacji filmów oraz relacji podróżniczych zaproszonych gości specjalnych. Poza tym na każdego z uczestników czekają liczne konkursy i atrakcje festiwalowe. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • 4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    4 Żywioły – podróż autostopem dookoła Islandii

    Autor: Joanna Maślankowska i Adam Wnuk

    Data publikacji: 15.04.2014 11:35

    Liczba odwiedzin: 3309

    1 miesiąc, 2 autostopowiczów i 4 żywioły do pokonania. Podczas miesięcznej wyprawy zasmakujemy dań gotowanych w rozgrzanej ziemi, wykąpiemy się w najwspanialszych wodospadach Europy, staniemy na skraju dwóch ogromnych płyt tektonicznych jednocześnie i (mam nadzieję) nie zostaniemy porwani razem z namiotem przez niezwykle silne wiatry. Wszystko to z dobytkiem na plecach i wyciągniętym w górę kciukiem. »

    Tagi: patronat medialny, europa, islandia

  • I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    I Festiwal Podróżniczy w Środzie Wielkopolskiej

    Autor: Etraveler.pl

    Data publikacji: 21.03.2014 14:44

    Liczba odwiedzin: 16374

    24 maja 2014 r. w Ośrodku Kultury w Środzie Wielkopolskiej w ramach Średzkich Sejmików Kultury 2014 odbędzie się I Festiwal Podróżniczy zorganizowany przez poznański Klub Szalonego Podróżnika. W ramach Festiwalu przewidziane są przede wszystkim prelekcje podróżnicze, slajdowiska, dyskusje i spotkania z podróżnikami. Prelegenci przedstawią swoje dotychczasowe podróże po różnych regionach świata i opowiedzą związane z nimi historie, przygody i wrażenia. »

    Tagi: spotkania i imprezy podróżnicze, patronat medialny

  • « Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • Następna »

Spotkania i imprezy podróżnicze