Dziś jest 06.12.2019

Imieniny obchodzą Mikołaj, Jarema, Leontyna, Agata

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

Klejnoty Karakorum – Batura Muztagh Pakistan 2011

Autor: Piotr Picheta

Data publikacji: 10.10.2012 19:50

Liczba odwiedzin: 7500

Tagi: azja, pakistan, góry, relacje, podróżnicze hardkory, turystyka górska, ranking, piotr picheta, góry relacje z podróży

„Nie można zrealizować własnych marzeń wedle dyktatu innych. Przygoda czy poszukiwanie nowego rodzą się w głębi naszej duszy, są wytworem naszej osobistej wolności i tej cząstki nas samych, która nie podlega regułom zdrowego rozsądku” Simone Moro.

Widok na wieżę o nazwie Koti Chok. Cel główny wyprawy.
 
Widok na wieżę o nazwie Koti Chok. Cel główny wyprawy.
fot. Piotr Picheta



Moskiewski prolog

Z każdą godziną przestrzeń lotniska stawała się coraz bardziej przyjazna. Leżeliśmy na wykładzinie pawilonu D, wciśnięci w kąt. Była godzina 23:00. Wyizolowana ścianami przestrzeń dawała pozorne poczucie intymności. Oswajaliśmy hol, który przez kolejne dwadzieścia godzin miał być świadkiem naszej obecności. Byli też inni ludzie, podobni do nas, i równie unieruchomieni oczekiwaniem na swój lot. Część z nich spała na wykładzinie, a ci co czuwali, niczym lunatycy zawieszeni między snem a jawą, snuli się bez celu po korytarzach Szeremietiewa. Oswajali hol.

Był 26 lipiec 2011 roku. Początek naszej wyprawy, której celem były dziewicze wierzchołki w otoczeniu lodowca Sath Marau, w podgrupie górskiej Purian Sar, w regionie Batura Muztagh West (Karakorum Zachodnie).

Chłopaki spali, a ja leżałem na wykładzinie i zapamiętywałem wciąż te same twarze. Cóż innego można robić, gdy sen przychodzi bardzo opornie. Można iść na spacer, ale po paru godzinach zna się już wszystkie istotne miejsca.

Kilka metrów dalej stara Chinka ćwiczyła tai chi. Jej naturalne i niewymuszone ruchy przyciągały uwagę. Była pełna harmonii i łagodności. Po chwili poddałem się jej hipnotycznym gestom. Zapadłem w głęboki stan zadumy, który leniwym nurtem niósł mnie przez kolejne etapy naszej podróży. New Delhi, Amritsar, skrawek niczyjej ziemi Attari – Wagah, Islamabad, Karakorum Highway, Gilgit, wioska Bar, trekking z tragarzami i wreszcie upragniona wspinaczka. Tyle miejsc, tylu niezwykłych ludzi.

PODRÓŻ
Indyjskie koleje losu

Na twarzach naszych współpasażerów widać było strach. Mimo niezadowolenia, nikt nie odważył się odmówić 10 rupii haraczu. Niektórzy dawali więcej. Była to i tak niewielka cena za błogosławieństwo, a jeszcze mniejsza za uniknięcie klątwy. W Indiach uważa się, że ci ludzie obdarzeni są nadprzyrodzonymi mocami, które mogą zapewnić płodność, oddalić nieszczęście czy też usunąć najzwyklejszy pech. Za swoją usługę nachalnie żądają zapłaty, a gdy spotykają się z odmową lub złym traktowaniem potrafią rzucać klątwy i publicznie się obnażać.

Z niedowierzaniem obserwowaliśmy jak transwestyta (hidźra) sprawnie podliczał pieniądze. Indie to chyba jedyne miejsce, w którym można spotkać tyle sprzeczności. Dziesięć minut wcześniej przez wagon pociągu przeczołgał się chłopak chory na atrofię. Wlókł za sobą chude jak patyki nogi i nikt nie dał mu jałmużny, a tymczasem postawny facet w kobiecych ciuszkach zbierał obfite żniwo!

Do Amritsaru dotarliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem, a następnego dnia po noclegu w hotelu, wynajętą taksówką dotarliśmy na przejście graniczne. Rozgrzane powietrze falowało nad skrawkiem ziemi rozdzielającej Indie i Pakistan. W oddali widzieliśmy uzbrojonego strażnika, który skryty w cieniu budynku uważnie nam się przyglądał. Strefa buforowa – niczyja przestrzeń rozdzielająca dwa skłócone ze sobą kraje miała szerokość kilkuset metrów. Wystarczająco dużo, żeby się bronić, i wystarczająco mało, żeby szybko przekroczyć granicę wroga. Każda ze stron była czujna.

Po godzinie wypełniania papierków wreszcie przekroczyliśmy granicę. Pakistan przywitał nas pustynnym krajobrazem. Był 30 lipca.

Po przekroczeniu granicy - Pakistan
 
Po przekroczeniu granicy - Pakistan
fot. Piotr Picheta


Informacje praktyczne. Wiza pakistańska

Planując wjazd do Pakistanu od strony indyjskiej konieczne jest wcześniejsze posiadanie wizy. Zdobycie wizy w Delhi graniczy w zasadzie z cudem. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest staranie się o wizę w ambasadzie pakistańskiej w Warszawie. Na wizę czeka się standardowo dwa tygodnie, ale możliwe jest uzyskanie wizy w ciągu jednego dnia (kilku godzin). Wszystko zależy od humoru ambasadora i determinacji proszącego o wizę.

Informacje praktyczne – przejście graniczne Attari – Wagah

Wagah – małe miasteczko na granicy Indii i Pakistanu jest jedynym, otwartym drogowym przejściem granicznym, łączącym oba zwaśnione kraje. Granicę przekroczyć można jedynie między godziną 8 a 15. Po godzinie 17 rozpoczyna się tu niezwykła ceremonia (teatralna demonstracja sił), podczas której żołnierze obu stron, ubrani w galowe mundury, defiladowym krokiem przygotowują się do symbolicznego zamknięcia granicy i zaciągnięcia flagi.

KKH

Mówi się, że każdy, kto był w Pakistanie powinien przynajmniej raz w życiu przejechać się „autostradą przyjaźni” (ang. Friendship Highway). Karakorum Highway, droga łącząca Abbottabad (Pakistan) i Kaszgar (Chiny), wybudowana została w 1986 roku, po 20 latach ciężkich, inżynieryjnych robót. Wytyczenie KKH było nie lada wysiłkiem, bowiem w środkowej części droga wykuta jest w granitowej skale i biegnie często nad olbrzymimi przepaściami. Jej niezwykłość podkreśla fakt, że przecina ona trzy najwyższe na świecie pasma górskie – Himalaje, Karakorum i Hindukusz. W niektórych przewodnikach turystycznych te tysiąc trzysta kilometrów wąskiej drogi określanych jest, z pewną dozą przesady, jako ósmy cud świata. Być może jest to spore nadużycie, ale jednego nie można odmówić KKH – to jeden z najważniejszych szlaków handlowych współczesnej Azji, który oferuje niezapomnianą przygodę.

Kolorowe ciężarówki na Karakorum Highway
 
Kolorowe ciężarówki na Karakorum Highway
fot. Maciek Chmielecki


Zapadał już zmrok, gdy wynajętym od agencji Adventure Tour Pakistan busem dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego. Byliśmy w Kohistanie, prowincji północnego Pakistanu, którą postrzega się, jako najbardziej niebezpieczne miejsce podczas całej podróży. Z niepokojem obserwowaliśmy ożywioną rozmowę naszego kierowcy z uzbrojonym policjantem. Oficer dawał jasno do zrozumienia – dalsza podróż bez policyjnej obstawy jest niemożliwa. Mimo opóźnienia byliśmy wdzięczni policjantom za ich upór, bowiem w pamięci wciąż mieliśmy mrożącą krew w żyłach opowieść Kuby. To właśnie tutaj w 2007 roku Kuba i inni pasażerowie linii autobusowej NATCO zostali brutalnie obrabowani przez uzbrojonych w broń maszynową bandytów.

Kolejne godziny nocnej podróży przez Kohistan były prawdziwym kalejdoskopem wydarzeń, w którym tylko surowe otoczenie nie ulegało zmianie. Zmieniali się natomiast sami policjanci, ich środki transportu, oraz przeszkody napotykane na drodze. Karakorum Highway to prawdziwy sprawdzian dla pojazdów. Wreszcie koło godziny drugiej w nocy policyjna sztafeta dobiegła końca. Osiągnęliśmy Chillas. Na karku mieliśmy kilkanaście godzin męczącej podróży, a kolejny dzień wcale nie zapowiadał się lepiej – do Gilgit było wciąż 10 godzin jazdy.

Informacje praktyczne – podróż z Islamabadu do Gilgit lub Skardu

Droga lądowa to zdecydowanie najtańszy sposób. Do dyspozycji mamy kilka linii autobusowych oraz licznie kursujące prywatne marszruty. We wszystkich przypadkach cena biletu waha się w granicach 25 dolarów od osoby (przeszło 600 km jazdy). Podróż trwa około 28 – 30 godzin. Inną opcją wartą uwagi jest wynajęcie prywatnego busa np. od agencji turystycznej. Koszt wynajęcia przy czterech osobach waha się w granicach 50 dolarów od głowy.

Droga powietrzna to zdecydowanie najszybsza opcja (koszt około 108 dolarów w jedną stronę). Niestety, nie jest ona pozbawiona wad. Bilety na lot są często wcześniej zarezerwowane (konieczna rezerwacja z wyprzedzeniem, np. przez agencję), a samolot, mimo posiadanej rezerwacji, może nie wystartować. O tym czy samolot poleci czy też nie, decyduje pilot, po wcześniejszej analizie aktualnych warunków pogodowych (w Gilgit, Skardu). Załamanie pogody (np. niski pułap chmur, deszcz, silny wiatr) wyklucza bezpieczne lądowanie w terenie górzystym i nie jest to zjawisko rzadkie.

na ulicach Gilgit
 
na ulicach Gilgit
fot. Piotr Picheta


Z Gilgit do Baru

To był początek ramadanu. Posępne miny mijanych na ulicy Pakistańczyków dobitnie świadczyły o rygorze, jaki panuje w okresie świętego postu. Wszyscy byli głodni, mimo że na ulicach było bardzo dużo jedzenia. Drugi dzień ramadanu niczym się nie różnił od najzwyklejszego dnia w roku. Może tylko pod jednym względem był inny – nikt nie jadł, nie pił, ani nie palił tytoniu. W Madina Guest House, w którym zatrzymaliśmy się, wisiała sugestywna karta. „Sierpień jest miesiącem święta Ramadan. W tym okresie muzułmanom od świtu do zmierzchu nie wolno jeść żadnych posiłków. Prosimy o uszanowanie naszego święta i niespożywanie jedzenia na ulicach Gilgit”. Dopiero po godzinie 19, gdy cichnie ostatni modlitewny śpiew muezina, całe Gilgit rusza na wielką ucztę – „Allah nie widzi, można jeść”. W tym czasie handel zamiera, a bary i restauracje zapełniają się ludźmi, którzy nagle zaczynają się uśmiechać.

Drugi sierpnia spędziliśmy na zakupach dużej ilości jedzenia, które miało stanowić naszą górską dietę. Pięć 23-kilogramowych konopnych worków dało nam pewność, że z głodu nie powinniśmy umrzeć. Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór przyjechał po nas Jawed, z którym udaliśmy się do wioski Bar, malutkiej pasterskiej osady, zamieszkałej przez szyickich pasterzy.

Droga była niezwykle kręta i przepaścista. W zasadzie była to bardziej ścieżka, na której nie było możliwości minięcia się z pojazdem jadącym z naprzeciwka. W samochodzie siedział Szachid (nasz przyszły przewodnik) zabrany z wioski Chalt, i prowadził ożywioną dyskusję z Kubą. Znali się z 2007 roku, i dzięki temu – będąc jeszcze w Polsce – mieliśmy zaklepanych tragarzy po cenie niższej, od tej, którą zaproponowała nam agencja.

Po kilku godzinach brawurowej jazdy w końcu dotarliśmy do celu. Ugoszczeni w domu Jaweda rozpoczęliśmy trudną sztukę negocjacji. Do ustalenia były limity wagowe dla tragarzy, cena za jeden odcinek drogi do bazy, oraz wszelkie inne elementy składające się na skomplikowaną logistykę wyprawy.

Następnego dnia wszystko się zaczęło. Wreszcie ruszyła dwudniowa karawana ku ośnieżonym szczytom Karakorum!

Ulice Gilgit
 
Ulice Gilgit
fot. Piotr Picheta


Krótki rys historyczny: Gilgit – Baltistan

Gilgit – Baltistan (kiedyś: Northern Areas) jest częścią zajętego w 1947 r. Kaszmiru ze stolicą w mieście Gilgit. Po rozpadzie imperium brytyjskiego na subkontynencie indyjskim utworzone zostały dwa niezależne państwa – Indie i Pakistan. Oba konstytuujące się państwa rościły sobie prawo do posiadania ziem, nad którymi wcześniej kontrolę sprawowali Brytyjczycy. W związku z tymi pretensjami na forum międzynarodowym podjęta została decyzja, że podział terenów dokona się według określonych kryteriów. O przynależności poszczególnych prowincji zadecydować mieli mieszkańcy w drodze plebiscytu, a w przypadku suwerennych księstw ich władcy (wciąż jednak zgodnie z wolą ludu).

I tak w drodze powszechnego referendum, tereny, na których dominowała religia islamu przypadły Pakistanowi, a obszary zamieszkiwane przez większość wyznawców hinduizmu włączone zostały do Indii. Niestety, rozwiązanie to, z pozoru słuszne, stało się przyczyną konfliktu indyjsko-pakistańskiego o Kaszmir, bowiem hinduski władca Hari Singh (pragnął zachować władzę, którą i tak potem utracił), wbrew większości muzułmańskiej, zdecydował się na akcesję Kaszmiru do Indii (w tym regionu Gilgit – Baltistan). To dało pretekst Indiom do wysłania na terytorium Kaszmiru swoich wojsk, które rozpoczęły postępującą okupację kraju. Agresywna polityka hindusów wywołała natychmiastową falę sprzeciwu muzułmanów. Pakistańska władza widząc bezskuteczność swoich protestów na forum międzynarodowym, postanowiła siłą wkroczyć na część przynależnych im w plebiscycie ziem. Doszło do wojny między oba krajami. Dopiero interwencja ONZ w 1948 doprowadziła do zawieszenia broni i ustalenia tymczasowych granic.

Przez kolejne dziesiątki lat oba kraje jeszcze wielokrotnie sięgały po broń, wzajemnie się oskarżając o szpiegostwo, akcje dywersyjne, zamachy terrorystyczne, których celem była destabilizacja wrogiego państwa. Niestety, do dnia dzisiejszego na szczeblu politycznym konflikt ten pozostaje nierozwiązany. Obie strony szczerzą do siebie zęby, a lokalna społeczność cierpi.

W drodze do obozu głównego
 
W drodze do obozu głównego
fot. Piotr Picheta


W drogę póki słońce za horyzontem!

Było już późne popołudnie, gdy dotarliśmy do Birgarbari, małego pasterskiego szałasu, otoczonego zewsząd górskimi halami. To właśnie w tym miejscu, przez kilka miesięcy w roku górale wypasają owce i kozy, wyrabiają ser i inne produkty mleczne, które później sprzedawane są na targach w dużych miastach. Sprzedawane jest również mięso, które stanowi jeden z podstawowych składników diety lokalnej społeczności.

Ci ludzie żyją również z rolnictwa. Dzięki sprytnie przemyślanej sieci irygacji, te ubogie pustynne grunty zamienione zostały w niezwykle wydajne ziemie, na których rosną niezliczone rodzaje owoców i warzyw. Morele, jabłka, brzoskwinie, winogrona i inne nieznane nam gatunki, przez kilka miesięcy w roku dojrzewają w rozpalonym pakistańskim słońcu, przez co stają się niezwykle słodkie i soczyste. Prawdziwy raj dla podniebienia.

Ania z zielonego wzgórza
 
Ania z zielonego wzgórza
fot. Piotr Picheta


W otoczeniu wioski hoduje się również konopie indyjskie, które wąskimi pasami, w formie miedzy lub „ziołopłotu” rozdzielają poszczególne pola uprawne. Byliśmy pewni, że oprócz miedzy pełnią one również inną, dosyć istotną funkcję – w końcu, to nie były roślinny dekoracyjne!
– To jest przepyszne – powiedział Szahid podając nam bliżej niezidentyfikowany kawałek czegoś owiniętego jelitem cienkim. Od dwóch godzin siedzieliśmy nad kotłem, w którym gotowała się owca. Po trudach dnia byliśmy koszmarnie głodni, tymczasem w garnku pływały mało apetyczne wnętrzności! Widok nie zachęcał, a zapach pogłębiał tylko to uczcie.

Ci ludzie są mistrzami przetrwania. W trakcie biesiady trwającej do późnych godzin nic się nie zmarnowało. Szczęśliwie i my, na początku lekko sfrustrowani poczęstunkiem, w końcu doczekaliśmy się prawdziwego mięsa.

Następnego dnia ruszyliśmy tuż po wschodzie słońca.
– W drogę, póki słońce za horyzontem – krzyknął Szachid. – Zapowiada się gorący dzień – dodał.

Informacje praktyczne – Sath Marau

Mapa rejonu, w którym działaliśmy
 
Mapa rejonu, w którym działaliśmy
fot. Źródło: Jerzy Wala: Karakorum Zachodnie [W:] Taternik 1/2004, oprac. Piotr Picheta


Kocioł lodowcowy doliny Sath Marau i spływający z niego lodowiec Sath Marau (zwany również: aka Satmaro, aka Rara Gamuk) znajduje się w podgrupie górskiej Purian Sar, w regionie Batura Muztagh, w Karakorum Zachodnim. Usytuowany na wschód od wielkiego lodowca Kukuar-Toltar, a ograniczony jest granią główną grupy górskiej Purian Sar. Grań ograniczająca od północy kocioł Sath Marau zaczyna się od wierzchołka Kuti Dorkush (5950 m n.p.m.) i dalej biegnie na zachód, by potem skręcić na południe. W obrębie tej grani wznoszą się wierzchołki: Koti Chok (5967 m n.p.m.), Swat Maras (6005 n.p.m.), rozległy masyw szczytu Gadeny (6015 m n.p.m.) i najwyższy Purian Sar (północny wierzchołek). Od masywu Purian Sar grań skręca ostro na wschód i biegnie w stronę szczytu Koran Peak (5700 m n.p.m.), który znajduje się już w grani bocznej, ograniczającej kocioł Sath Marau od południa. Grań tego wierzchołka opadając na północ, wraz z przeciwległym szczytem Kuti Pokush (zwany również: Kuti Dorkush, aka Kutio Deri Kush) tworzy wąskie gardło dla lodowca Sath Marau, który opadając na wschód potężnym lodospadem łączy się (jako lodowiec Rara-Gamuk, nazwa lokalna) z lodowcem Kukuar-Toltar Glacier. Szczyty otaczające w kształcie podkowy kocioł lodowcowy doliny Sath Marau w przeważającej ilości są nadal dziewicze.

Etymologia nazwy Sath Marau
W dialekcie Shina (odmiana języka dardyjskiego, którym posługuje się część ludności zamieszkującej region Gilgit – Baltistan), Sath Marau oznacza siedem zabitych (sath – siedem, marau – zabijać). Nazwa wzięła się z legendy o myśliwym, który po wielu dniach tropienia zwierzyny jednym strzałem zabił siedem kozic. Okoliczni mieszkańcy, aby uczcić to wydarzenie i zachować w pamięci niezwykły wyczyn, postanowili nadać tej dolinie nazwę Sath Marau, czyli „Siedem Zabitych”. Do dnia dzisiejszego legenda ta pozostaje niezwykle żywa, i wciąż z nie mniejszą siłą oddziałuje na wyobraźnię lokalnej ludności. Trudno się dziwić, w końcu ci ludzie byli i nadal są myśliwymi przemierzającymi trudno dostępne przełęcze w poszukiwaniu zwierzyny (również tej zagrożonej wyginięciem i chronionej przez prawo).

Obozy pracy

W drodze do obozu głównego
 
W drodze do obozu głównego
fot. Piotr Picheta

Nie od dziś wiadomo, że zakładanie obozów to niezwykle ciężka robota, która zabiera nawet jedną trzecią czasu przeznaczonego na całą wyprawę. Nie każdemu może się to podobać – siedem dni marszu z ciężkimi worami (tam i z powrotem), użeranie się z tragarzami, którzy w efekcie końcowym chcą iść w całkiem inne miejsce, opady deszczu i śniegu, niedziałający telefon satelitarny, zepsuta maszynka do gotowania, a przy tym wspinania tyle, co na lekarstwo, albo i wcale. Zatem, nie ma co się dziwić, że coraz częściej wybiera się łatwo dostępne góry, pod które przyjeżdża się samochodem, podejście pod ścianę zajmuje nie więcej jak dwie godziny, a na zdobywców ekstremum sportowego czeka ciepła strawa w schronisku.

Z nami było inaczej. Od samego początku wiedzieliśmy, że wspinania będzie jak na lekarstwo, od ciężkiej roboty nikt się nie wykręci, a szansa na pełny sukces i tak niewielka. Nie rozczarowaliśmy się ani na jotę!

Trekking z tragarzami do bazy
 
Trekking z tragarzami do bazy
fot. Piotr Picheta


WSPINANIE

Praca czyni wolnym

Ten dzień był długo wyczekiwany. Dzień, w którym słowa „praca czyni wolnym” nabrały dla nas innego znaczenia. Obozy pracy dobiegły wreszcie końca. Przez ostatnich kilkanaście dni jedynym sportem, jaki uprawialiśmy był t r a n s p o r t. Nosiliśmy jedzenie, sprzęt, paliwo, odzież, jedzenie, jedzenie i jeszcze raz jedzenie. A góry wciąż były poza naszym zasięgiem. Dziesiątego sierpnia wszystko się zmieniło. Tragarze stali się myśliwymi, na lodowcu stanął nasz obóz wysunięty (4747 m n.p.m.) z większością wyposażenia, wytyczone zostało bezpieczne przejście przez labirynt szczelin, a pogoda po sześciu dniach lampy definitywnie się załamała. Byliśmy gotowi do wspinaczki.

Wyszukiwanie bezpiecznego przejścia przez potężny lodowiec
 
Wyszukiwanie bezpiecznego przejścia przez potężny lodowiec
fot. Piotr Picheta


Jedenastego sierpnia (czwartek) postanowiliśmy ruszyć na rekonesans i aklimatyzację. Za pierwszy cel obraliśmy sobie szczyt Kuti Pokush (5750 m n.p.m.), zwany również przez miejscowych jako Kutio Deri Kush, co w lokalnym języku oznacza „Okno na Trójkątną Górę”. To był nasz cel aklimatyzacyjny, a zarazem punkt, z którego planowaliśmy dokładnie obadać linię naszej przyszłej wspinaczki na Koti Chok (5970 m n.p.m.).

Mimo sporego zachmurzenia i opadu śniegu ruszyliśmy do ataku o godzinie 5 nad ranem. Od plateau oddzielało nas solidne przełamanie lodowca, które tworzyło niezwykłą mozaikę szczelin, zawieszonych seraków i niewielkich mostów śnieżnych. Poruszaliśmy się wolno ważąc każdy krok. Związani liną, przypominaliśmy trochę olbrzymiego krocionoga, który klucząc pośród ślepych zaułków, wije się, zawraca, to znowu przystaje, by zaraz ruszyć we właściwym kierunku.

W końcu dotarliśmy do dużej, zawalonej potrzaskanym lodem szczeliny, nad którą wywieszał się serak. Był on wysoki na kilkanaście metrów. Po lewej stronie ograniczała go skalna turnia z lodowym słupem, a po prawej oberwany blok. Byliśmy w kropce, a chwilę później w martwym punkcie. Wszystko wskazywało, że to koniec wspinaczki – utknęliśmy w połowie drogi. Po krótkiej rozmowie postanowiliśmy obejść lodowy słup i tuż przy skale wspiąć się po lodzie. Wskoczyłem na zaklinowany w szczelinie blok, i wolnym krokiem zacząłem obchodzić lodowy słup. Rozległ się trzask, który mnie zmroził. Martwy punkt. „Żadnego bohaterstwa nie da się zaplanować; może się ono jedynie przytrafić”. Niezwykle szybko utraciłem animusz i wróciłem do chłopaków.

Deser wyprawy - wspinanie!
 
Deser wyprawy - wspinanie!
fot. Piotr Picheta


Chwilę później wybrałem kilkunastometrową śnieżno-lodową kolumnę po prawej stronie. Po pokonaniu kluczowej przewieszki minęło kilka minut, zanim odzyskałem siłę do założenia stanowiska. To było raptem parę ruchów, ale płuca pompowały powietrze jak kowalskie miechy. Wysokość zaczęła robić swoje. Godzinę później ktoś nagle wyłączył zasilanie. Staliśmy na przełączce (5450 m n.p.m.), przyglądając się zachodniej ścianie Kuti Pokush, i wiedzieliśmy, że to koniec. Ambicja cisnęła, ale ciała mówiły dość. W sukurs przyszła nam pogoda. Zaczął intensywnie padać śnieg, a chwilę później rozszalał się istny żywioł. Odwrót zarządziło pogoda!

19 sierpnia, podążając za wskazaniami GPS-a wróciliśmy pod ścianę. Po pokonaniu skomplikowanego lodowca i przekroczeniu szczeliny brzeżnej, wspięliśmy się 160-metrową lodową ścianą, przekopaliśmy przez nawis, i łatwą granią ruszyliśmy na szczyt. Na wierzchołku o wysokości 5750 metrów zameldowaliśmy się przy zerowej widoczności. Mówi się, że „nadzieja matką głupich, ale każda matka kocha swoje dzieci”, zatem siedzieliśmy na wierzchołku wierząc, że chmury wreszcie się rozstąpią.

Po 20 minutach daliśmy za wygraną. W rozmiękłym śniegu, powolnym krokiem ruszyliśmy w dół. Gdy tylko osiągnęliśmy rozkopany nawis, stał się cud. Gęste chmury nagle rozdarły się na strzelistych turniach i leniwie opadły na lodowiec. Przez kolejnych kilkanaście minut rozkoszowaliśmy się widokiem niezwykle pięknego Koti Chok, i co najważniejsze, po raz pierwszy widzieliśmy wschodnią ścianę, która stromym lodem wyprowadzała na wierzchołek. Byliśmy gotowi na deser.

Widok na wieżę Koti Chok z wierzchołka aklimatyzacyjnego
 
Widok na wieżę Koti Chok z wierzchołka aklimatyzacyjnego
fot. Piotr Picheta


Deser – 33 godziny lodowej akcji

„I do południa budzikom śmierć,
a po północy niech dzwoni kto chce”

Nie lubię Piasecznego, ale dość trudno się z nim nie zgodzić. Wspinanie to zabójczy sport – dla snu. Dobry alpinista to wyspany alpinista, ale jak pokazuje praktyka, jest to najtrudniejsza część górskiego wspinania.

Cały wieczór miotałem się w śpiworze próbując zasnąć. Wszyscy chrapali, a ja pławiłem się w bezsenności. Był 22 sierpnia. 120 minut do zarządzonej pobudki. Za kilka godzin miała się rozpocząć najważniejsza i zarazem ostatnia wspinaczka na tej wyprawie, a ja nie mogłem spać. Byłem podenerwowany, bowiem już raz nam się nie udało. Wówczas wspinaczka skończyła się nocą, na przełączce, i w nieznanym terenie (5800 m n.p.m.). Przez kolejnych osiem godzin pełnych napięcia trenowaliśmy zjazdy z Abałakowa. Do obozu powróciliśmy po 28 godzinach akcji – na tarczach. Tym razem miało być inaczej.

Chłód podstępnie wkradał się do namiotu, gdy o godzinie 23 prawie zerwaliśmy się na nogi. Gotowanie to proces, który robi różnicę. Można go z powodzeniem realizować w śpiworze. Samą wspinaczkę już nie – i to było najbardziej okrutne. Chłód, ciemność, poszarpany lodowiec i naprawdę długi atak. Trzeba znaleźć w sobie dużo motywacji do wyjścia z namiotu.

Dwie godziny później pokonaliśmy przełamanie lodowca i podeszliśmy do szczeliny brzeżnej. Początek drogi zapowiadał się dość łatwo. Kuluar, który wybraliśmy, przez pierwsze trzysta metrów przypominał kształtem tatrzański piarg u wylotu żlebu. Szeroko rozwarty, pozwalał jęzorom lodowca swobodnie rozlewać się u podstawy góry. Kilkaset metrów wyżej zamieniał się w wąską nitkę śnieżno-lodową, która prowadziła na wysoko położoną przełączkę (5800 m n.p.m.). Ponad tysiąc metrów wspinania w terenie, który już znaliśmy, ale ponad nim wciąż czekała na nas wielka niewiadoma.

Przez pierwsze trzysta metrów było łatwo. Wspinaliśmy się szybko i bez asekuracji. W pamięci wciąż mieliśmy wcześniejszy atak. Wówczas, w trójkowym zespole i z asekuracją na sztywno, zdobywaliśmy wysokość niezwykle wolno. O wiele za wolno, żeby wejść na wierzchołek. Tym razem nasza taktyka była inna. Dwa niezależne zespoły wspinające się z lotną asekuracją o wiele szybciej zdobywają wysokość – i tego się trzymaliśmy.

Pierwsze promienie słońca przedarły się zza linii horyzontu koło godziny 6 rano, rozświetlając odległe szczyty Karakorum. Nanga Parbat, Batura Wall i wiele innych znanych nam z książek szczytów, zapłonęło czerwienią wschodzącej gwiazdy. Zmarznięci zimną nocą, cieszyliśmy się z nadchodzącego ciepła, nie zdając sobie w pełni sprawy z zagrożenia, jakie tego dnia na nas czyhało. Trzy godziny później nitką lodową płynęła woda, a ze stromych ścian otaczających kuluar zaczął wytapiać się kamienny gruz.

Deser wyprawy - wspinanie!
 
Deser wyprawy - wspinanie!
fot. Piotr Picheta


Pierwszy solidny kamień przefrunął koło nas z furkotem. Nie byliśmy zdziwieni, chociaż nasze obserwacje i doświadczenia z poprzedniego ataku nie zanotowały bombardowania. Pół godziny później kolejny duży „telewizor” rozorał lód nad naszymi głowami, i koziołkując, pofrunął dalej.
– Śmierć w oczach – krzyknął z dołu Gała. Miał słuszność. Po spotkaniu z taką bombą ciężko byłoby zachować właściwą postawę ciała. Koło godziny 14, Maciek i Mikołaj osiągnęli wreszcie przełączkę. Po założeniu stanowiska zaczęli gotować herbatę, zachęcając nas do wzmożonego wysiłku.

Na przełączce siedzieliśmy około godziny. W zasadzie trudno to było nazwać siedzeniem. Jedyne dobre miejsca zajęli Maciek i Mikołaj. Ja i Kuba musieliśmy wisieć. Mimo lekkich niedogodności, upajaliśmy się tą chwilą. Zdjęcia, herbata i czekolada – prawdziwa słodycz wspinania. Byliśmy pewni, że wejdziemy na wierzchołek. W końcu pozostało nam mniej niż 200 metrów przewyższenia, a do zachodu słońca było jeszcze tak daleko.

Jakże się myliliśmy! Kolejne 160 metrów lodu zabrało nam przeszło pięć godzin! Napotkana w trakcie wspinaczki cienka polewka lodowa na skale efektywnie nas spowolniła. Minęła dłuższa chwila, zanim Maciek i Mikołaj zdecydowali się pokonać trudności, a ja z Kubą odnalazłem łatwe obejście trudności. Jeden wyciąg nad nami, chłopaki zbliżali się do podstawy skał, które tworzyły postrzępioną grań szczytową. Na nasze głowy sypały się kamienie i kruchy lód. Byliśmy dokładnie w linii ostrzału. Kolejne minuty przepełnione były soczystymi słowami, które szybowały w ich stronę. Zatrzymali się, a my trawersem uciekliśmy na prawo.

Środkowe partie nitki lodowej na Koti Chok
 
Środkowe partie nitki lodowej na Koti Chok
fot. Mikołaj Pudo


Jakąś godzinę później na grani szczytowej w końcu zapłonęła skała. Czerwień zachodzącego słońca był dla nas wyrokiem, którego tak bardzo się obawialiśmy. Mogliśmy wspinać się nocą, ale zjazdy za dnia, w rozwodnionym lodzie, przy akompaniamencie fruwających kamieni były trudne do zaakceptowania. Do tego dochodził jeszcze czynnik zmęczenia wywołany wspinaczką i wysokością (mieliśmy już za sobą przeszło 20 godzin wspinania).

Wreszcie zapadła noc. Ciemna, nieprzenikniona noc, podczas której na świat powyłaziły wszystkie nasze demony – wizja porażki i piekielne zmęczenie. Łydki paliły, jakby ktoś je przypiekał nad ogniem, pompa pracowała na pełnych obrotach tłocząc gęstą krew i rzadkie powietrze, a każdy ruch do góry poprzedzał okrzyk. Za wszelką cenę chciałem dojść do grani i wspiąć się na szczyt. Ta obsesyjna myśl zdominowała mnie bez reszty, i gdy wydawało mi się, że nic mnie nie zatrzyma, z dołu dobiegł mnie krzyk Kuby:
– Do chłopaków, do chłopaków – to był imperatyw, który nie podlegał dyskusji. Zamiast piąć się do góry, skręciłem w lewo, bezrefleksyjnie, jakby na rozkaz. Po chwili byłem na stanowisku. Maciek i Mikołaj właśnie przysypiali, gdy nakręciłem dwie śruby i założyłem drugie stanowisko. Po 10 minutach byliśmy w komplecie. Kilkadziesiąt metrów od postrzępionej grani i samego wierzchołka. Tak blisko, a tak wciąż daleko.

Na przełączce Koti Chok
 
Na przełączce Koti Chok
fot. Mikołaj Pudo


Przegraliśmy z górą! Ostatni zjazd założyliśmy koło godziny 8 rano. Kilkadziesiąt minut później siedzieliśmy i klarowaliśmy liny. Do szczeliny brzeżnej mieliśmy wciąż około dwustu metrów, ale już w łatwym terenie. Po 33 godzinnej akcji w lodzie napięcie opadło, a jego miejsce zajęło otępienie, które nasiliło się, gdy tylko ogrzały nas pierwsze promienie słońca. Po zimnej nocy byliśmy wdzięczni za odrobinę ciepła, ale tylko przez moment. Chwilę później wszystko się zmieniło. Kamień pojawił się nagle. Leciał do nas ślizgiem, to znowu odbijał się, koziołkował, i nie widzieliśmy go, dopóki nie było już za późno. Dostał na krawędzi kasku, który tylko w części przyjął uderzenie. Pojawiła się krew. Mikołaj zgiął się w pół, a potem puścił wiązankę ostrych słów. Koti Chok wciąż polował, i nagle uświadomiliśmy sobie, że dla nas atak jeszcze się nie skończył. Wystarczyła jedna godzina słońca, by kuluar ponownie zaczął wypluwać kamienie złapane w górnych partiach ściany. Uciekliśmy pod skały. W trakcie opatrywania głowy ze zgrozą obserwowaliśmy szybujące pociski. To było prawdziwe artyleryjskie bombardowanie, a kaliber iście szatański.

Obóz wysunięty - wysokość 4747 m. Kocioł lodowcowy Sath Marau
 
Obóz wysunięty - wysokość 4747 m. Kocioł lodowcowy Sath Marau
fot. Jakub Gałka


Podsumowanie wspinaczek

Schemat drogi na szczyt aklimatyzacyjny - Kuti Pokush
 
Schemat drogi na szczyt aklimatyzacyjny - Kuti Pokush
fot. fot. Jakub Gałka, oprac. Katarzyna Kowalska

W trakcie wyprawy przeprowadziliśmy kilka ataków szczytowych. Celem głównym był dziewiczy wierzchołek Koti Chok (5970 m n.p.m.), który na nasze nieszczęście obronił się dwukrotnie. Na jego południowo-wschodniej ścianie zrobiliśmy długą, około 1200-metrową drogę, która zakończyła się około 50 m przed wierzchołkiem. Do obozu powróciliśmy po 33 godzinach akcji non stop. Drogę w skali alpejskiej wyceniliśmy na D/D+ (bardzo trudno), na której napotkaliśmy lód o nachyleniu dochodzącym do 70 stopni (górne partie ściany). Góra miała dwa dominujące wierzchołki i kilka mniejszych turnic.

Celem aklimatyzacyjnym był wierzchołek Kuti Pokush (zwany też: Kuti Dorkush, 5750 m n.p.m.), który bronił się równie zaciekle. W trakcie drugiej udanej wspinaczki wytyczyliśmy nową drogę na wierzchołek. W skali alpejskiej wyceniliśmy tą drogę na AD- (trudno), lód ok. 60-70 stopni (160 m), podejście stromym lodowcem. Góra doczekała się nowej drogi i pierwszego polskiego wejścia.

W trakcie całej akcji górskiej towarzyszyły nam liczne załamania pogody, które uniemożliwiały bezpieczną wspinaczkę. Najdłuższe trwało 3 dni i przyniosło ze sobą spore ilości świeżego śniegu. W dolinie znajduje się wiele dziewiczych wierzchołków. Z uwagi na znaczne rozmiary kotła i potężny lodowiec, praktycznie każdy z tych szczytów może być traktowany jako cel główny dla osobnej wyprawy.

Schemat drogi na Koti Chok
 
Schemat drogi na Koti Chok
fot. Maciek Chmielecki, Mikołaj Pudo

POWRÓT DO DOMU

Wszystkie drogi prowadzą do...

Skardu – to największe i zarazem najważniejsze miasto Baltistanu, które głęboko wcina się w surowe góry Karakorum. Usytuowane jest ono na wysokości 2500 metrów nad poziomem morza. Zewsząd otaczają je suche, pozbawione roślinności wzgórza i szczyty, które podkreślają pustynny charakter tego rejonu. Miasto założone zostało w niezwykle rozległej dolinie (10 km szerokości i 40 km długości), w której to wartki nurt Indusu na krótką chwilę przemienia się w leniwie płynący ciek. Olbrzymie rozlewisko u podnóża miasta ujarzmia rzekę, ale tylko na krótką chwilę, bowiem już kilkadziesiąt kilometrów dalej, wzdłuż Karakorum Highway, Indus na nowo przemienia się w spienionego, górskiego demona.

Skardu to miejscowość turystyczna. Mimo niesprzyjających nastrojów politycznych Pakistanu, to miasto każdego roku przyciąga do siebie olbrzymią liczbę obcokrajowców. Jest ono bowiem główną bazą wypadową dla większości podróżników i wysokogórskich ekspedycji. To właśnie z tego miejsca najczęściej wyruszają karawany na osławione ośmiotysięczniki (Nanga Parbat, Broad Peak, K2, Gasherbrum), czy też na największe na świecie lodowce (np. Baltoro, 63 km długości).

Dolina Indusu. Zdjęcie wykonane z historycznego fortu w Skardu
 
Dolina Indusu. Zdjęcie wykonane z historycznego fortu w Skardu
fot. Piotr Picheta


Do stolicy Baltistanu dotarliśmy 30 sierpnia, wierząc, że uda nam się z tego miejsca wrócić do Islamabadu drogą powietrzną. To raptem jedna godzina lotu. Byliśmy zmęczeni: podróżą, wspinaniem, całą tą logistyką i presją czasu. Zależało nam na wydatnym skróceniu podróży, i było to całkiem realne – mieliśmy zarezerwowane bilety na lot.

Rejon Skardu obsługują linie lotnicze „Pakistan International Airlines” (PIA), które przez wielu ludzi nazywane są żartobliwie „Pakistan Inshallah Airline”. W wolnej interpretacji oznacza to mniej więcej tyle: polecisz jeśli Allah na to pozwoli. Niestety, nie zawsze pozwala. Niski pułap chmur, kiepska widoczność uniemożliwiająca bezpieczne lądowanie między górami, porywisty wiatr, święto z okazji końca ramadanu... – jest wiele powodów, dla których lot może być odwołany. Mimo to wierzyliśmy, że nam się uda.

Pierwszego września lot został odwołany. Był to koniec ramadanu, który bezsprzecznie wymagał świętowania. Mimo doskonałej lotnej pogody pilot samolotu podjął decyzję – kino zamiast lotu. Zostaliśmy w Skardu, i całe szczęście, bowiem mówi się, że „góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze”, o ile da im się szansę. Jeszcze tego samego dnia do naszego hotelu przyjechali Maciek i Wojtek z wyprawy Laila Peak 2011, a dzień później wspólnie udało nam się wprosić na uroczystą kolację do dziewczyn z wyprawy Sosbun 2011 (Polski Himalaizm Kobiecy).

Trzy wyprawy w tym samym czasie i w tym samym miejscu, a czwarta miała dopiero dotrzeć za klika dni. Miłka i Maciek, nasi przyjaciele z Krakowa od miesiąca przemierzali na rowerach Azję Centralną. Za sobą mieli już kilka tysięcy kilometrów po bezdrożach Kirgizji, Chin i Pakistanu. Spotkaliśmy się z nimi w Gilgit, tuż po zejściu z gór. Gdy wyjeżdżaliśmy do Skardu, obiecali, że będą szybko pedałować.

Drugiego września lot znowu został odwołany. Allah nadal trzymał nas na końcu świata i wyglądało na to, że sytuacja nie ulegnie zmianie. Pogoda była haniebna, prognoza jeszcze gorsza, a my nie mieliśmy czasu. Byliśmy na końcu świata a lot do Polski z Nowego Delhi za 3 dni! Po raz kolejny czekała nas przygoda na Karakorum Highway z liniami NATCO, ale to już całkiem inna historia.

Od lewej stoją: Mikołaj Pudo, Jakub Gałka. Kucają od lewej: Maciek Chmielecki, Piotr Picheta
 
Od lewej stoją: Mikołaj Pudo, Jakub Gałka. Kucają od lewej: Maciek Chmielecki, Piotr Picheta
fot. Jakub Gałka



Komentarze (2)

  • 12.10.13, 03:21

    Komentarz usunięty

  • Dorota i Marek (gość)

    Dorota i Marek (gość)

    30.11.12, 19:14

    Gratulujemy zwycięstwa w kategorii „Podróżnicze hardkory” i życzymy wielu kolejnych wspaniałych podróży, które przyniosą mnóstwo niezapomnianych wrażeń. Cieszymy, że mogliśmy współuczestniczyć w tym konkursie. Dorota i Marek z „Zanim znów wyruszysz w góry” [www.gorskiewedrowki.blogspot.com]

    Zgłoś


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyszukiwarka lotów

Osoby podróżujące

Osoby podróżujące