Dziś jest 03.07.2020

Imieniny obchodzą Anatol, Jacek, Otton, Heliodor

Portal podróżniczy etraveler.pl

gwarancja udanych wakacji
Accredited Agent

NO PAIN NO GLORY… czyli "hej, tam gdzieś znad czarnej wody..."

Mój pierwszy raz na Ukrainie. Nie, proszę się nie czerwienić ani nie czekać na opis erotycznych przeżyć za wschodnią granicą, to był mój pierwszy raz na wyprawie, na off roadowo i pierwszy raz za wschodnią granicą. Bez specjalnego wojskowego przygotowania (nieśmiertelników, tytanowego kompasu i spisanego testamentu), bez wojowniczego nastawienia, i oczekiwań na odkrycie trzeciej Ameryki, ot wyprawa. A tu proszę…

Pamiątki z granicy.
 
Pamiątki z granicy.
fot. Patrycja Psuj

Pomysł na wyjazd nie był dziewiczy, bo miała być to już druga edycja Laytowych Manevrów, wyprawy spontanicznej, bez ścisłego planu i ram przejazdów, tym razem w słonecznym lipcu (doświadczeni survivalowcy jednak pamiętali zbyt dobrze swoje zimowe dotkliwe doświadczenia i zaproponowali letni wyjazd), który jednak w swych planach nie obejmował: kurzu obecnego ABSOLUTNIE wszędzie (człowiek nawet nie wie jak bardzo jest nieszczelny i ile otwartych przestrzeni mieści się w jego organizmie), spalin, poparzeń i mini udarów na zmianę z lodowatymi górskimi rzekami, spaniem w rowach (!) i dzieleniem się chlebem ze stadami dzikich (?) krów. Po szoku, że nie trzeba się spieszyć, zbierać pieczątek, zaliczać waypoint'ów i w ogóle nie myśleć o rywalizacji na trasach dotychczasowych wyścigów, zaczęliśmy się zastanawiać, po co była człowiekowi ta adrenalina i doceniać dostojniejsze tempo wyprawy w górzyste Zakarpacie.

Wielka Zakarpacka Przygoda!
 
Wielka Zakarpacka Przygoda!
fot. Patrycja Psuj

Godzina zero przypadła na ciemną północ w przygranicznym Użhorodzie (Ужгород), największym mieście obwodu Zakarpackiego (multikulturowego historycznego Zakarpacia, jednego z 24 obwodów ukraińskich zajmującego ziemie historycznej Rusi Zakarpackiej, Marmaroszu oraz kawałka historycznej Czechosłowacji). Jednak zanim przekroczyliśmy granicę, swoje musieliśmy odstać w ogonku pod szyldem „UE”. Uprzedzeni do uciążliwych kontroli staraliśmy się nie niecierpliwić, bo trzeba pamiętać, że Ukraina nie tylko geograficznie leży na wschodzie, ale także mentalnie. W dodatku na dalekim. Dlatego trzeba spodziewać się pytania: „dokąd i po co?” przy wjeździe na Ukrainę oraz kontroli bagażu przy wyjeździe. Przewieszona przez samochodowe drzwi, cicho pogwizdywałam „hej sokoły…” wprowadzając się we wschodniosłowiański nastrój i ze znudzeniem podpatrywałam dwa leżakujące spaniele. Nagle świat przesłonił mi wielki strażnik graniczny z jeszcze większym karabinem i wymachując rękami, doprowadził mnie do stanu przedzawałowego.

Zrozumiałam tylko, że gwizdanie na psy (jak się okazało wartujące!) może grozić w najlepszym wypadku rozstrzelaniem lub dożywotnimi pracami w kamieniołomach, moja skrajnie przerażona mina nie rozczuliła jego siczowskiego serca i dopiero po sprawdzeniu wszystkich bagaży, przeliczeniu śrubek, spisaniu numeru vin i mam nadzieję retorycznego pytania o posiadane ładunki wybuchowe, ruszyliśmy dalej. Na pewno byłoby szybciej w zamian za ponadetatowe hrywny, ale w imię walki z korupcją czekaliśmy z niewinnymi minami do końca „kontroli”.

Ahoj przygodo!

Przechyły..
 
Przechyły..
fot. Patrycja Psuj

Załogi naszych dwóch 23-letnich Land Cruiserów i nowego rodzinnego, jeszcze wymuskanego Pajero zrozumiały co to klasa extreme tuż po zjeździe z drogi, w której zawartość asfaltu i tak oscylowała w granicach 40%. Niewiarygodnym wydawało się poruszanie po Zakarpaciu innymi pojazdami niż UAZ, Kamaz lub Ural. Najlepiej na gąsienicach.

Pierwszy odcinek nocny poddaliśmy po 2 godzinach jazdy, padając ze zmęczenia po granicznych kolejkach, usnęliśmy koło drogi, pod ciepłymi kołami i gołym niebem, wydawałoby się skryci w krzakach. Obudzeni dość brutalnie przez ciekawskich grzybiarzy i najmłodszych członków załogi, ćwiczących podania piłką, gdzie nasze śpiwory wyznaczały granice polnego boiska…

Celem wyprawy były połoniny z zapierającymi dech widokami horyzontu wyznaczanego przez górskie szczyty, monstrualnie duże stada wełnistych owiec na trawiastych zboczach, doliny z krystalicznymi jeziorami i stada koni pasące się dziko na górskich przełęczach. Nie mogłam się już tego doczekać.

Mijaliśmy małe, samotne osady, cerkwie z połyskującymi w słońcu kopułami, samochody z innej epoki, wznosiliśmy za sobą tumany kurzu, w które wbiegały machając do nas gromady dzieci. Wieś, do której wjechaliśmy tylko trochę przypominała te nasze, w ogródkach rosły malwy, na sznurach wisiało pranie, sąsiedzi rozmawiali wisząc nad płotami. Za to pylistymi drogami rządzą wałęsające się krowy i kozy, a gdy zapada noc, pomijając niepowtarzalnie rozgwieżdżone niebo, robi się zupełnie ciemno. W sklepach nie ma kas, za to jest dobre zimne piwo i świeży ser, nie ma pośpiechu, są ludzie – dumni, spracowani Huculi, gościnnie witający przyjezdnych w swoich skromnych, drewnianych progach. Czas podróży przedłużał się niemożliwie przez targ, rozciągający się po obu stronach drogi i w którego środek wjechaliśmy. Kto chciałby w jednym miejscu kupić gumofilce, wersalkę, nagrobek, kurę, czołg i obrazek od popa trafiłby do raju.

Rozstaliśmy się z ekipą turystyczną i zaczęliśmy zdobywać stromizny, kilkukrotnie wyszarpywaliśmy się z kolein, ale szczęśliwie i o dziwo jeszcze w pełnym słońcu bufetowaliśmy na przełęczy. Paleni słońcem i omiatani krowimi ogonami zebraliśmy się niechętnie do kontynuowania podróży, przecież tylko 15 km dalej i spotykamy się z resztą naszej ekipy… w planach to my mieliśmy być pierwsi na miejscu obozowiska i zająć się ogniskowymi obrzędami zawierającymi elementy kiełbasy, piwa, wiejskiego chleba i jeszcze odrobiny piwa. No ale jak to bywa, plany lubią brać w łeb...

Jak nie drzwiami, to oknem!
 
Jak nie drzwiami, to oknem!
fot. Patrycja Psuj

W Wielkiej Ukraińskiej Błotnej Dziurze, która została nią mianowana po 4 godzinach walki o odzyskanie samochodu, musieliśmy trochę spokornieć, nasza kobieca wspaniałomyślność dała wykazać się męskiej części ekipy i z wygodnych leżaków motywowałyśmy ich do dalszej walki. W końcu po wyswobodzeniu ruszyliśmy dalej, nie przewidując kolejnych komplikacji.

Rozpadało się, czemu nie poświęciliśmy większej uwagi, woda cudownie zamieniała się w błoto. Jednak nerwowego unoszenia kącików ust nie można było odebrać jako uśmiechów. Ale kiedy do błota doszedł grad wielkości pączków, mogących skutecznie obić głowę i wykluczyć z zabawy na dłuższą chwilę, oraz że pioruny próbujące ustrzelić kogokolwiek z nas to nie gra zręcznościowa, zaczęliśmy się modlić. Każdy na swój sposób, do różnych Bogów. Dobrze, że nie słyszały nas dzieci, pobożni katolicy i osoby z wrażliwą kulturą osobistą. Żarty się skończyły, zaczął hardkorowy survival, na bosaka, z liną w zębach, szeklami zaczepianymi o szlufki przemoczonych spodni, wśród okrzyków: „zaraz zginiemy, a jak nie, to na pewno zostaną blizny!”

Nawigacja jest dla cieniasów…

Wielka Zakarpacka Przygoda
 
Wielka Zakarpacka Przygoda
fot. Patrycja Psuj

Żółty kolor szlaku, w naszym rozumieniu pokonywany przez matki z wózkami i trójnogie psy w Karpatach okazał się trasą wiodącą przez koryto rzeki, Toyoty jak na pierwszy górski crawling spisały się świetnie. Po orzeźwiającej (do dziś mam upośledzone czucie w odmrożonych dystalnych częściach ciała) kąpieli w wartkich nurtach, przedarliśmy się na miejsce biwaku. Oczywiście druga część ekipy, oczekując wieści o znalezieniu kilku polskich ciał, miała okazję zaprzyjaźnić się z miejscowym synem mistrza drwali z ‘67, który w Kanadzie wywalczył sobie szacunek Partii. Wynikiem tych znajomości było wino, którego krótkie leżakowanie w plastikowej butelce musieliśmy solidnie dosłodzić i przepić innymi trunkami.

Drugiego dnia wspólnie staliśmy oniemiali na połoninach, patrząc na świat z góry, nie wiedząc czy robić zdjęcia, czy rozbić namioty i pożegnać dotychczasowe życie i zostać na zawsze. Góry i niebo. Cisza, wiatr i zachwyt w pełnym słońcu. Rada dla podróżnych – chcecie komuś zaimponować? Oświadczyć się? Pogodzić z wrogiem? Albo zepchnąć w przepaść, tak by wyglądało to na wypadek? Jedźcie w Karpaty. Satysfakcja gwarantowana. Kolejne obozowisko rozbiliśmy przy brzegu górskiego morenowego Jeziora Niesamowitego (озеро Несамовите), które według legendy nie posiada dna, za to ma magiczną moc i jest popularnym miejscem biwakowym. Nad naszymi głowami, koło księżyca na przełęczy pasły się dzikie konie. Kraina czarów?

A może by tak...
 
A może by tak...
fot. Patrycja Psuj

Po odwiedzeniu Rachowa (Рахів), który leży u podnóża Świdowca i Czarnohory w dolinie Cisy – podobno najbardziej burzowego miasta na Ukrainie (43 burze w roku!) i zjedzeniu okolicznych specjałów, których pochodzenie niech na wieki pozostanie tajemnicą, uzupełniliśmy prowiant i z rykiem silników ruszyliśmy dalej na połoniny. Po opłaceniu wjazdu do Karpackiego Parku Narodowego (są dwa miejsca, w których trzeba uiszczać drobne opłaty, ale dostaje się pokwitowanie) strażnikom leśnym z życzeniami powodzenia na dalszą drogę dostaliśmy wielki kawał owczego sera.

Ponowna kąpiel w rzece, zimne piwo i kurs na Przełęcz Legionów. Po drodze przez przypadek i pomylenie tras przez ginący sygnał GPS trafiliśmy do kurortu przypominającego alpejską wioskę „all inclusive”, uciekliśmy szybko od zepsutej cywilizacji i znów na poboczu rozpaliliśmy ognisko Przyjaźni Polsko-Ukraińskiej i zbrataliśmy się z rdzennym mieszkańcem Kolą i jego zepsutą Ładą, który zainspirował nas do śpiewania polskich szlagierów a na każdą propozycję wypicia z nami piwa, uśmiechając się odpowiadał: „wódki!”. Nocną Eurowizję skończyliśmy, gdy zaczęło się przejaśniać.

Na następny dzień, po „odchorowaniu” wieczornej konsumpcji, zdobyliśmy Przełęcz Legionów, wracając, zgubiliśmy sygnał GPS po raz setny i jechaliśmy na azymut, przez kapryśną pogodę wylewaliśmy elementy fauny i flory z butów i spod maski, a także naprawiliśmy zepsuty rozrusznik dzielnej Toyoty metodą „na McGyvera”, czyli z zipami dookoła świata (opaskami zaciskowymi, na temat których mogłabym napisać pracę doktorską), którym zrobisz wszystko – nawet zupę. Zatoczyliśmy gigantyczne koło wracając do miejsca naszego pierwszego noclegu i po upewnieniu się czy nie będziemy dzielić karimat z uroczymy misiami lub wilkami, zasnęliśmy ostatnim ukraińskim snem.

Powrót na granicę, przez ukraińskie wertepy wytrząsł zebrane błoto, małe zwierzątka i parę skarpetek, co więcej – usunął nawet wspomnienie cellulitu z miejsc, o których damom nie przystoi opowiadać w towarzystwie.

.
 
.
fot. Patrycja Psuj

Kolejka na przejściu granicznym przypominała te z lat 80. Oszacowaliśmy z innymi podróżnymi, że za 12 godzin powinnyśmy się przesunąć o kolejne 3 metry… Jednak udało się wcześniej. Na widok lekko przybrudzonych samochodów, strażnik ofuknął nas, że wywozimy im góry i czy musimy jeszcze wracać…

Oczywiście, że wrócimy. To będzie prawdziwa „terenowela”, bo jesienne Laytowe Manevry planujemy na listopad!

Komentarze (14)

  • 19.10.16, 06:27

    Komentarz usunięty

  • 19.07.16, 22:50

    Komentarz usunięty

  • 15.06.16, 02:26

    Komentarz usunięty

  • 14.06.16, 13:40

    Komentarz usunięty

  • 05.06.16, 21:22

    Komentarz usunięty

  • WiWi (gość)

    WiWi (gość)

    13.07.14, 10:57

    Byłem, widziałem, podobne wrażenia miałem - nic ująć a pisać by wiele ... za pisanie się nie brałem bo nie jestem tak utalentowany :) Wyjątkowo fajny reportaż z wyprawy - szacun dla autorki. Co do rozjeżdżania połonin mam podobne zdanie co Góral. Uważam, że auta nie powinny mieś prawa wjeżdżać na połoniny najpiękniejszych pasm. Serce boli jak się widzi bezludne połoniny a mimo to naznaczone trwałymi śladami ludzkiego barbarzyństwa, rozjeżdżone autami, zbeszczeszczone gazociągami, zaśmiecone PET-ami - trudno nie wołać o pomstę !

    Zgłoś

  • patyczek

    patyczek

    24.01.13, 22:54

    Uważam, że off roadowcy- a przynajmniej Ci z którymi się zadaję, sa bardziej kulturalni niż polscy piechurzy, którzy robią kupę w drodze nad morskie oko, wyrzucają papiery na Smereku i rzucają puszkami po plaży. Serio. To że tam jest dzika natura, nie znaczy, że tez jestesmy dzicy.

    Zgłoś

  • MY? (gość)

    MY? (gość)

    24.01.13, 22:52

    połoniny nie są rozjeżdżone. nikt poza drogi nie wyjeżdża i szanuje przyrode.

    Zgłoś

  • Góral (gość)

    Góral (gość)

    02.12.12, 19:42

    Niestety ... Widziałem piękne ukraińskie połoniny rozjeżdżone przez takich jak Wy. Szkoda przyrody ...

    Zgłoś

  • Dorota i Marek (gość)

    Dorota i Marek (gość)

    30.11.12, 19:14

    Gratulujemy zwycięstwa w kategorii „Podróżnicze hardkory” i życzymy wielu kolejnych wspaniałych podróży, które przyniosą mnóstwo niezapomnianych wrażeń. Cieszymy, że mogliśmy współuczestniczyć w tym konkursie. Dorota i Marek z „Zanim znów wyruszysz w góry” [www.gorskiewedrowki.blogspot.com]

    Zgłoś

  • kruszyna (gość)

    kruszyna (gość)

    30.10.12, 17:53

    Byłem, widziałem pozdr. Kondzio

    Zgłoś

  • patyczek

    patyczek

    16.10.12, 11:10

    Nie jedna a dwie były. Owszem przygoda była świetna... tylko nie wiadomo dla kogo większa ;)

    Zgłoś

  • Kucio (gość)

    Kucio (gość)

    16.10.12, 09:17

    Spoko sprawa, super zdjęcia. Jedna kobieta i ilu chłopa... ? ehhh niezła przygoda musiała być... ><

    Zgłoś

  • Bolek (gość)

    Bolek (gość)

    15.10.12, 18:47

    To Twój kolejny artykuł? NARESZCIE! :)

    Zgłoś


Zamknij

Twój komentarz

Infolinia(22) 487 55 85

Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19

Wyszukiwarka lotów

Osoby podróżujące

Osoby podróżujące