Dziś jest 31.08.2025
Imieniny obchodzą Rajmund, Ramona, Paulina, Albertyna
Autor: Ewa Pluta
Data publikacji: 08.05.2012 10:00
Liczba odwiedzin: 10647
Tagi: wywiady, ameryka południowa, panama, kolumbia, przesmyk darien
Tego miejsca nie znajdziecie w żadnym folderze biura podróży. Co więcej, nie przeczytacie o nim zbyt wielu relacji i artykułów. Bo opowiedzieć o nim może naprawdę niewiele osób. Mowa o Przesmyku Darien, podobno jednym z najdzikszych i najmniej odkrytych miejsc na ziemi. Z Michałem Zielińskim, jednym z uczestników ekspedycji „DO JĄDRA CIEMNOŚCI – STREFA DARIEN” rozmawialiśmy o tym, jak odkrywa się tajemnice Przesmyku Darién.
Członkowie ekspedycji „Do Jądra Ciemności – Strefa Darién”. Fot. Lena Waśniewska
Ewa Pluta: Ekspedycja „Do Jądra Ciemności – Strefa Darién” zakończona. Czy to, co spotkało was w jej trakcie pokryło się z waszymi wcześniejszymi wyobrażeniami? Krótko mówiąc: co wydarzyło się w Przesmyku Darién?
Michał Zieliński: Wyjeżdżając do Darién, wiedzieliśmy, że to nie będzie wyjazd jak każdy inny. Podświadomie czuliśmy, że czeka nas wielka przygoda. No ale – jak to często bywa – rzeczywistość nieco przerosła nasze oczekiwania czy wyobrażenia. Już na początku ekspedycji pojawiły się przygody, choć akurat te były raczej niegroźne. Nie wypłynęliśmy z Panama City do Garachine (miejscowości w prowincji Darién) zgodnie z planem, lecz dzień później – zadziałała tutaj nieformalna latynoska filozofia „mañany”. Ta „mañana” trochę nam, Europejczykom przyzwyczajonym do ustalonego porządku, do rozkładów i planu, dała po nosie. Wypływamy spóźnieni. I choć niepokoi nas czarny dym idący z komina, to jednak idziemy spać. Jacy jesteśmy zdziwieni, kiedy rano, zamiast w wyczekiwanym przez nas Garachine budzimy się w Panama City!
E.P.: Kapitan nie poinformował was o zmianie planów?
M.Z.: Nie. W połowie drogi, na wysokości Wysp Perłowych kapitan postanowił zawrócić do Panama City – filtry do komina okazały się niezbędne.
E.P.: Czego się obawialiście jadąc do Darién?
M.Z.: Mieliśmy sporo obaw związanych z tym, co bezpośrednio wiąże się z niesławą Przesmyku Darién, czyli partyzantami z FARC. Ruszaliśmy do dżungli z wioski Pavarando, ostatniej wioski przed granicą kolumbijską. Dwa lata wcześniej Pavarando odwiedzili partyzanci. Od tamtej pory wioska żyje w lekkim strachu – jej mieszkańcy wykorzystali pierwszą lepszą okazję, by stamtąd uciec. Kiedy płynęliśmy w górę Rio Sambu, zauważyliśmy na gałęziach drzew czerwone skrawki materiału. I choć wiedzieliśmy, że to często Indianie pozostawiają sobie różne znaki rozpoznawcze, to jednak nie mogliśmy przestać myśleć, że równie dobrze znowu mogli tutaj być FARC-owcy…
Marsz przez dżunglę. Fot. Łukasz Czeszumski
E.P.: Wyobraźnia zadziałała?
M.Z.: Owszem, ale nie działała tak zupełnie bez podstaw. Zdarzało się przecież, że turyści byli porywani przez partyzantów. Wcale nie uśmiechało mi się zostać w dariénowskich lasach. Skórę mógł nam jednak uratować prosty fakt: jesteśmy z Polski, nie zaś z Ameryki. To z Polski pochodzi Jan Paweł II, a papież, jak wiadomo, cieszy się ogromnym szacunkiem w Ameryce Łacińskiej, a my jako jego rodacy tylko na tym korzystamy. Hasło: „Polska, Jan Paweł II” potrafi przełamać pierwsze lody.
E.P.: Co okazało się najtrudniejsze w trakcie wyprawy?
M.Z.: Dżungla stawiała opór. I to dosłownie. Marsz był możliwy tylko dzięki maczetom – widzisz przed sobą zieloną ścianę, przejście będzie, ale jak je sobie wyrąbiesz maczetą. Poza tym jest pod górkę, dźwigasz 20-kilogramowy plecak. Kiedy już wleziesz na szczyt wzniesienia, słyszysz od przewodnika, że: „O, proszę, kilka minut temu przechodził tędy jaguar…”. I faktycznie, na ścieżce była odbita łapa… A więc idziesz, nie jest lekko, i jeszcze ciągle musisz być w pogotowiu, bo nie wiadomo, czy za chwilę wąż nie przetnie ci drogi, czy do oka, z rośliny wielkości dużego samochodu, nie wpadnie kropla toksycznej substancji, czy przypadkiem… Ciągłe napięcie, trudne warunki terenowe, świadomość, że jesteś w naprawdę niebezpiecznym miejscu sprawiają, że twoje nerwy są ciągle napięte, że musisz być cały czas w pogotowiu. No i brak wody. Pocisz się, masz sucho w gardle, ale nie możesz się zatrzymać bo nie masz wody więc musisz znaleźć źródło…
E.P.: W waszym przypadku to niebezpieczeństwo było jak najbardziej namacalne…
M.Z.: W trakcie marszu Lena, jedna z uczestniczek ekspedycji, nagle dała nam znak, żebyśmy się zatrzymali. W trawie, w odległości ok. 1,5 metra leżał zwinięty wąż, który zwykle na powitanie wstrzykuje delikwentowi potrójną dawkę jadu. Mając dużo szczęścia i zdrowy, odporny organizm, po takim spotkaniu można pożyć jeszcze maksymalnie 12 godzin. Na szczęście udało nam się wyjść z tej sytuacji bez szwanku. Poza tym nie sprzyjała wówczas pogoda – padało, a więc te wszystkie pająki, insekty zaczęły wychodzić. I dawać nam się we znaki. Z czasem dopadło nas znużenie i zmęczenie. Nie pomagał fakt, że skończył się prowiant. Ratowały nas batony energetyczne, które mieliśmy skrzętnie pochowane w kieszeniach. Jakby tego było mało trzeciego dnia w dżungli trafiliśmy w miejsce, w którym byliśmy dzień wcześniej. Zgubiliśmy się. Nie pozostało nam nic innego, jak rozbić namioty. I wówczas nasz przewodnik stanął na wysokości zadania. Opuścił nas na moment i wrócił z dziewięcioma okazałymi krewetkami. Jedna krewetka dla każdego! Mieliśmy słodki dylemat: zrobić z nich zupę czy usmażyć.
Na postoju. Fot. Tomasz Zakrzewski
E.P.: W tamtych warunkach to musiała być niezła uczta…?
M.Z.: I była!
E.P.: Wracając do waszej decyzji, by wydłużyć trasę i zamiast planowanej doby maszerować cztery dni, jednocześnie mając zapasy tylko na jeden dzień – czy uważasz, że warto wystawiać się na takie niebezpieczeństwo?
M.Z.: Ale przecież na tym polega ekspedycja! Żeby podejmować ryzyko i próbować się z nim zmierzyć. Gdybyśmy tego nie zrobili, tylko wrócili do wioski, zjedli sytą kolację i poszli spać, to pewnie byśmy do końca życia czuli ogromny niedosyt. To, co zrobiliśmy było niebezpieczne, może nawet nieodpowiedzialne, ale nie żałuję tego, bo przygoda w Darién była warta takich poświęceń. Do tego jedna z uczestniczek – Marta Kolanowska, doktorantka Uniwersytetu Gdańskiego – odkryła i od razu opisała jak się później okazało nowy gatunek orchidei, który nie był znany dotąd nauce! Spenetrowaliśmy rejon, na którym stopa lokalnych myśliwych nawet nie stanęła, a dodatkowo natknęliśmy się na ślad „dzikich”.
E.P.: Jak w takich ocierających się o ekstremalne warunkach sprawdziła się wasza grupa?
M.Z.: Bez kokieterii – rewelacyjnie. Byliśmy bardzo zgrani, nasza ósemka dobrze się dogadywała. Przykład? Sytuacja, kiedy skończyło nam się jedzenie. Część z nas miała batony energetyczne schowane w kieszeniach na czarną godzinę, która – jak się okazało – szybko przyszła. Za każdym razem, gdy ktoś wyciągał batona, dzielił się nim z resztą grupy. Nieważne, że to dostało się jeden „gryz”. Liczy się w takich warunkach solidarność z grupą.
E.P.: Grupa została wcześniej wyselekcjonowana. Nie każdy mógł wziąć udział w projekcie?
M.Z.: Ten wyjazd można spokojnie zaliczyć do tzw. trudnych. Trzeba było mieć dobrą kondycję fizyczną i psychiczną. A więc wcześniej był ponad 20-kilometrowy bieg przez mazurski las, były też wykłady o tym, czego można się spodziewać na miejscu, z jakimi zagrożeniami powinniśmy się liczyć etc.
E.P.: A czego można było się spodziewać?
M.Z.: Wszystkiego! Miałem świadomość, że dosłownie wszystko może się zdarzyć. Dlatego przed wyjazdem starałem się w myślach przepracowywać różne sytuacje, nawet te najgorsze, by jak faktycznie wyniknie nieciekawa sytuacja, mieć w głowie jakiś schemat działania. Żeby nie reagować histerycznie, a po prostu z głową.
E.P.: Kto nie powinien jechać na taką ekspedycję?
M.Z.: A można poprosić o inne pytanie?:) Mówiąc serio, to w takich ekspedycjach nie powinni uczestniczyć ludzie niezdecydowani, w każdym znaczeniu tego słowa. Jak ktoś jest niezdecydowany w związku, w pracy, szkole, na kolokwium trzyma ściągę w dłoni i rozważa, co robić – skorzystać z niej czy nie, to lepiej niech zostanie w domu. Bo w dżungli trzeba szybko podejmować decyzje. Nie powinna też jechać osoba, która nie ma marzeń i która boi się ryzyka. Jeśli ktoś ma rodzinę, też niech się poważnie zastanowi, czy taki wyjazd jest mu bądź jej niezbędny do życia. Swoją drogą, marzenia nie są po to, by o nich śnić, tylko je realizować.
E.P.: Dlatego pojechałeś do Darién?
M.Z.: Tak.
E.P.: Pora na statystykę. Ilu Polakom udało się przejść Darién
M.Z.: Z Darién sprawa nie jest taka prosta. Otóż wiemy, że byli tam Cejrowski i Pawlikowska. Już jakiż czas temu okazało się, że wbrew temu co podali oni opinii publicznej, wcale nie byli pierwszymi Polakami, którzy przeszli Darién z północy na południe. Bodajże 5 lat wcześniej tego samego wyczynu udało się dokonać dwójce poznaniaków – Grzegorzowi Sołtysiakowi i Jackowi Lidwinowi. Czy byli tam też inni Polacy? Ciężko powiedzieć, bo przecież nie wszyscy podróżujący robią to w sposób, hmmm… medialny. Wielu z nich pozostaje w cieniu. My byliśmy w Darién, ale nie pokonaliśmy przesmyku, którego pasmo górskie ciągnie się z północy na południe na długości 160 kilometrów. Przekroczyliśmy je ze wschodu na zachód. I dlatego bardzo chcę jeszcze tam wrócić, żeby właśnie przejść te 160 km łańcucha górskiego.
E.P.: Czy dzięki tej wyprawie dowiedziałeś się czegoś nowego o sobie?
M.Z.: Nie wiedziałem, że mam tak dobrą kondycję fizyczną:) Bo szczerze mówiąc pod względem kondycyjnym nie przygotowywałem się jakoś specjalnie do ekspedycji. A jeszcze raz podkreślę – 20-kilogramowy plecak, 30 stopni Celsjusza, 15-centymetrowej grubości ściółka leśna, która nie ułatwiała marszu, prawie 100-procentowa wilgotność powietrza – to wszystko nieźle dało nam w kość. Okazało się też, że mogę żyć bez telefonu i Internetu! No ale najważniejsze – myślałem, że nie podołam psychicznie – jestem w zupełnie nowym miejscu, nie wiem, co za chwilę się wydarzy, nie wiem, czy za tym dobrze wyglądającym krzaczkiem nie czai się jakieś niebezpieczeństwo… Przykłady można mnożyć.
Fot. Michał Zieliński
Pytasz, czego się nauczyłem? Nabrałem większego szacunku do swoich najbliższych i znajomych. Nie raz zdarzyło mi się pomyśleć: A jeśli już ich nigdy nie zobaczę? Co wtedy? Zacząłem też darzyć innych większym zaufaniem. Bo bez zaufania ten wyjazd by się nie udał. Muszę ufać swojej koleżance, która maczetuje teren, że zrobiła to dokładnie. Za chwilę rozbijemy w tym miejscu namiot i jeśli ona zawaliła, to może coś nam się stać. Ale wierzę, że zrobiła to, dokładnie.
E.P.: Po Darien chyba ciężko byłoby ci pojechać na typowo turystyczny wyjazd, no wiesz: plaża, drineczki, zwiedzanie „głównych atrakcji turystycznych”. Mylę się?
M.Z.: Nie! Na pewno chcę wrócić do Darién, żeby powtórzyć sukces wspomnianej czwórki Polaków. I jest jeszcze coś, o czym opowiem, ale tylko niewiele, bo tu chodzi o odkrycie pewnej tajemnicy…:) Otóż planujemy wrócić w okolice Darién, bo tam żyje prawdopodobnie osiem, dotąd dzikich plemion, o których świat jeszcze nie słyszał. Chcemy do nich dotrzeć.
Infolinia(22) 487 55 85
Pn.-Pt. 8-19;So-Nd. 9-19
Powered by Webspiro.